Strona główna » Lubię takie przypadki – recenzja “Thallium” zespołu Here on Earth
RECENZJE

Lubię takie przypadki – recenzja “Thallium” zespołu Here on Earth

Kto czytał moje recenzje debiutów Cereusa i Frontal Cortex ten wie, że Here on Earth to jeden z zespołów odkrytych przeze mnie przypadkiem. Kto nie czytał – parę słów, jak trafiłem na HOE. Idąc na koncert Frontal Cortex sięgnąłem przy okazji po płyty zespołów, które występowały wspólnie z olsztyńskimi progmetalowcami – Cereus i właśnie Here on Earth. W muzyce całej trójki zakochałem się bardzo szybko.

Dla nieznających Here on Earth, spieszę z informacjami o zespole

Katowicki sekstet powstał w 2014r. Rok później grupa wydała EP-kę “Day One”. Wśród swoich inspiracji muzycy Here on Earth wymieniają zespoły takie, jak Tool, Anathema, Porcupine Tree, czy Katatonia (“Evidence” Katatonii Katowiczanie grają podczas swoich koncertów). W 2016r. grupa wydała pierwszy album pt. “In Ellipsis”, a dyskografię Here on Earth zamyka płyta “Thallium”, będąca przedmiotem tego tekstu.

Lubimy łatki, czyż nie?

Zespoły wspomniane przeze mnie we wstępie, grają muzykę, którą można wrzucić do jednego worka z napisem “progmetal”. Jednak byłoby to znaczne uproszczenie, bo nie sposób pomylić jeden zespół z drugim.

Frontal Cortex siedzi bliżej Toola, warszawiacy z Cereus grają nieco agresywniej i bardziej niepokojąco. A “progmetal” w stylu Here on Earth określiłbym, jako coś w stylu “atmospheric prog rock/metal”. Wiem, koślawe. Szukając porównania odesłałbym Cię, Szanowny Czytelniku, do nowszych płyt Anathemy czy The Gathering, pełnych uroku i gracji, przestrzennych i rozbudowanych.

Podoba mi się staranna szata graficzna “Thallium”

Płyta została wydana w eleganckim, ładnie przygotowanym digipacku z książeczką. Moją uwagę od razu zwróciło nietypowe logo zespołu stworzone z trzech zachodzących na siebie okręgów. Na okładce widzimy schematyczne, a jednocześnie niezwykle plastyczne postaci, które mogą przywodzić na myśl okładkę albumu „The Division Bell” Pink Floyd. Skojarzenie, jak najbardziej słuszne, bo echa tego fenomenalnego zespołu słychać na “Thallium” całkiem wyraźnie.

Do tego drobne zapiski u góry okładki. Od razu wiadomo, że mamy do czynienia z czymś dziwnym, nieco tajemniczym, niesztampowym… Wkładka została utrzymana w takim samym tonie, a całość jest spójna i przyjemna dla oka. Ale żeby nie było zbyt różowo…

…”Thallium” zaczyna się od grubej wpadki

W pierwszych dźwiękach świetnego “Out Of The Blue” słychać wprost fatalną, ale na szczęście krótką melorecytację. Czemu fatalną? Bo język angielski jest tu bardzo “polskawy” i mocno boli w uszy. Zastanawiam się, jakim cudem zespołowi to nie zgrzyta i polecam po prostu przeskoczyć te naście sekund wstępu. Ale niech nikogo nie zrazi ten nieszczęsny początek!

“Out Of The Blue” to niezwykle klimatyczny, rozbudowany utwór, który pomimo niebagatelnej długości przekraczającej siedem minut nie nudzi słuchacza i intryguje on pierwszych (po tej melorecytacji) dźwięków.

Nawiązań i inspiracji na “Thallium” jest więcej

Pisałem we wstępie, że porównałbym muzykę Here on Earth do dokonań Anathemy i The Gathering. Ale to nie jedyne skojarzenie. Gdzieś w muzyce zespołu pobrzmiewają echa Paradise Lost, zaryzykuję stwierdzenie, że chwilami słychać nawet pesymistyczną wersję The Cure.

Na “Thallium” trafiły również momenty niemal ambientowe („Dream Walk”, „Light And Hope”). W “0,6 PPM” znalazła się wybitnie “floydowska”, bardzo przestrzenna solówka, a chwilami w utworze słychać brzmienie O.N.A. z czasów płyty “Mrok”.

Dużo tych nawiązań i inspiracji, jednak katowicka grupa z ogromną swobodą łączy to wszystko w niezwykle spójną całość. Słuchając “Thallium” nie mam wrażenia, że coś tu nie pasuje, że coś jest nie na miejscu.

Wyjaśnienie tytułu płyty “Thallium”

Tal, czyli po łacinie thallium, to pierwiastek chemiczny. Miękki, srebrzysty metal podobny do ołowiu. Silnie toksyczne są zarówno związki talu, jak i sam pierwiastek w formie pyłu. Do zatruć talem lub jego związkami może dojść drogą pokarmową lub oddechową. Charakterystycznym objawem zatrucia jest łysienie, poprzedzone czernieniem mieszków włosowych. Ponadto tal i jego związki powodują zaburzenia trawienia, bóle neuralgiczne, zmiany psychiczne, a nawet uszkodzenia układu sercowo-naczyniowego.

A co jest trucizną na płycie „Thallium”?

Religia, która pod płaszczykiem „pieprzonego miłosierdzia”, jak w „Out Of The Blue” śpiewa Krzysztof Wróbel, tłamsi i zniewala ludzi pełnych ignorancji, modlących się bezmyślnie. Która wręcz zastrasza i szantażuje ludzi. Która nakazuje wyłączyć myślenie, a osobowość zamienia w służalczość i ślepe posłuszeństwo („Inhumane Tools”).

Trucizną jest także wychowane w nienawiści społeczeństwo („Alterity”). Nienawiści do wszystkiego, co inne, wszystkiego, co odmienne. Społeczeństwo, w którym rodzice wychowują swoje dzieci w bezwarunkowym, tępym posłuszeństwie i uległości.

Ludzkie myśli zatruwa również przeszłość. Bolesne wspomnienia i doświadczenia, które człowiek rozpamiętuje, wciąż i wciąż na nowo („Dream Walk”).

Lecz Here on Earth na „Thallium” bynajmniej nie truje

I nie nudzi. Godzina muzyki zawartej na płycie mija bardzo szybko. Aż zbyt szybko, chciałoby się powiedzieć. Jak zaznaczyłem wcześniej, „Thallium” to bardzo spójny album. Wszystkie utwory zostały oparte na podobnych fundamentach. Na ładnych i spokojnych melodiach, jak w nastrojowym, nieco nostalgicznym „Laniakea”.

Na bardziej zadziornych i cięższych riffach – tu wyróżnia się „Alterity” ze swoim walcowatym, masywnym riffem. To najbardziej agresywna kompozycja na płycie. Na subtelnych klawiszowych ozdobnikach („Light And Hope”), melodyjnym wokalu i ciekawej pracy perkusji.

Jesteśmy tu na Ziemi, lecz spoglądamy w rozległe niebiosa

Z ciekawości wpisałem słowo „laniakea” do szukajki. Wywodzi się z języka hawajskiego („lani” – niebo, „ākea” – rozległy, niemierzalny) i jest nazwą supergromady galaktyk o średnicy ok. 500 milionów lat świetlnych. Czym jest laniakea na „Thallium”? Celem? Kresem podróży? Odskocznią od codzienności? Najbardziej niejednoznaczny i enigmatyczny tekst na płycie daje sporą swobodę do interpretacji.

Ciężko mi wskazać jednoznacznie najlepsze utwory na płycie, bo w każdym znalazło się coś niezwykle interesującego

Zdecydowanie najbardziej klimatyczną kompozycją jest wieńczący płytę utwór „Light And Hope”. Jak wskazuje tytuł, dla zatruwanego regularnie człowieka jest nadzieja, jest szansa, nie wszystko zostało stracone, nie wszystko przepadło. To jedyny utwór, który wnosi odrobinę pozytywnych emocji do tej, ponurej w swojej wymowie, płyty. Lecz, gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki „Light And Hope”, słuchacz ma wrażenie, że coś bezpowrotnie przepadło. Że ta nadzieja jest jednak złudna.

Na „Thallium” jest też parę wad

O “polskawym” angielskim już wspomniałem. Słychać go w kilku fragmentach, ale dalej nie razi już tak mocno, jak w tym nieszczęsnym wstępie “Out Of The Blue”. I choć chwilami język kuleje, to i tak są na “Thallium” momenty, w których wydobyłbym bardziej wokal w miksie. W refrenach “Let Me In” linie wokalne wydają mi się nieco zbyt wycofane, zbyt ciche w stosunku do muzyki. Choć sam utwór bardzo mi się podoba, wyróżnia się na tle innych, połamanym, nierytmicznym riffem i taką samą pracą perkusji.

Co z tym wokalem?

Spotkałem się również z opinią, że wokal Krzysztofa Wróbla nie jest zbytnio interesujący. W zarzutach padały określenia “płaski”, “bez charyzmy”, “nijaki”. Chwilami faktycznie prosiłoby się zaśpiewać nieco mocniej, brakuje nieco tej swobody i ogromnej zdolności do interpretacji tekstu, którą ma na przykład Michał Dąbrowski z Cereus. Ale nie określiłbym wokalu Krzyśka, jako nijakiego. Podobają mi się te wysokie rejestry, z wyciągnięciem których wokalista Here on Earth nie ma najmniejszego problemu. Podoba mi się spokój i swego rodzaju minimalistyczna oszczędność wokali na „Thallium”.

Here on Earth idzie w dobrym kierunku

Mówi się, że druga płyta zespołu to poważny test. Że właśnie drugi album gruntuje pozycję zespołu, albo spycha go w zapomnienie. Uważam, że Katowiczanie z “testu drugiej płyty” wychodzą na silnej pozycji. Druga płyta Here on Earth jest bezpośrednią kontynuacją stylu wypracowanego na “In Ellipsis”. Jednak zespół od czasów swojego debiutu rozwinął się w każdym aspekcie. Kompozycje na “Thallium” są ciekawsze, aranże bardziej rozbudowane, wokale ładniejsze i bardziej dopracowane. A i produkcja płyty jest bez porównania bardziej czytelna i przejrzysta. Po prostu lepsza.

Pisałem wcześniej, że tal i jego związki są silnie toksyczne. Ale bez obaw, obcując z płytą “Thallium” z pewnością nie wyłysiejecie, zaburzeń trawienia i uszkodzeń serca również nie przewiduję.

Okładka płyty Thallium zespołu Here on Earth
Okładka płyty “Thallium” zespołu Here on Earth

Tracklista “Thallium”:

01. Out of the Blue
02. Believers and Liars
03. Laniakea
04. Let me in
05. 0,6 ppm
06. Alterity
07. Dream Walk
08. Layers
09. Inhumane Tools
10. Light and Hope

Podobne artykuły

Słaby ten nalot – recenzja Drive-By „2”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Metallica – Hardwired… To Self-Destruct #1

Albert Markowicz

Recenzja: Mord’A’Stigmata – Hope

Michał Bentyn

Recenzja: Megadeth – TH1RT3EN

Redakcja

Recenzja: Frank Carter & The Rattlesnakes – Blossom

Tomasz Koza

Recenzja: Corexit – Sundown Metropolis

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz