Recenzja: Machine Head – Catharsis


Ilość pomyj, które wylano na „Catharsis”, czyli najnowszą płytę Machine Head, na długo przed jej wydaniem, była dosadnym sygnałem fanów, że kierunek, który zespół zaprezentował na singlach – mówiąc w dyplomatycznych słowach – niezbyt im się podoba. „Petru metalu”, „nowe wcielenie Papa Roach”, „wypadek przy pracy”, „lewacki bełkot” – to tylko kilka z epitetów, którymi określano zespół i jego twórczość. Teraz, gdy dostaliśmy już możliwość przesłuchania albumu w całości, możemy przekonać się kto miał rację – krytycy, którzy wieszczyli największą metalową katastrofę 2018 roku, czy Robb Flynn, który na każdym kroku podkreślał, że to wybitne dzieło.

Pomijając kwestię jakości muzyki, pod kątem kompozycyjnym jest to na pewno krok wstecz.

Przełomową płytą, która w XXI wieku zdefiniowała Machine Head było z pewnością „The Blackening”. Klasyczne thrashowe riffy; rozbudowane, progresywne kompozycje; zaskakująco dużo melodyjnych, łagodniejszych fragmentów – to były znaki firmowe Machine Head.

Na „Catharsis” zespół postawił bardziej na „piosenkowość” – utwory są najczęściej krótsze, mają bardziej schematyczną i prostszą budowę. W wielu z nich, zamiast klasycznego śpiewu, Robb melodeklamuje. Jest też bardzo dużo nie tyle łagodniejszych, co wręcz popowych wstawek, które z pewnością wielu, zwłaszcza bardziej hardcore’owym, słuchaczom mogą stanąć kością w gardle.

Kurtki dla fanów rocka i metalu!
Oryginalne kurtki dla fanów rocka i metalu.

Na albumie jest aż 15 kompozycji, które trwają w sumie blisko 75 minut.

I jest to zdecydowanie za dużo. Dobrych utworów jest kilka. Przykładem może być „Volatile”, które zaczyna płytę i od razu atakuje nas ostrym, szybkim riffem i skandowanym śpiewem. Kawałek jednak fajnie ewoluuje i w połowie zmniejsza szybkość, ale dodaje ciężaru, wszystko wieńczy fajna solówka. Z drugiej strony mamy sporo kiepścizny. Drugi utwór to „Catharsis”, z którym mam duży problem – o ile riff i bardziej metalowy fragment należy uznać za poprawny, o tyle wstęp i refreny z elektronicznym tłem i bardzo lirycznym śpiewem drażnią, zamiast stanowić fajny kontrast dla ostrzejszych momentów.

Z momentów „na plus” trzeba zdecydowanie wyróżnić „Beyond the Pale”, „Kaleidoscope” (gdyby tylko nie ten klaskany wstęp a’la Rubik), „Hope Begets Hope” z chyba najlepszą solówką na całym albumie, „Heavy Lies the Crown” – zaczyna się trochę jak muzyka filmowa, ale szybko zmienia się w prawdziwy rollercoaster emocji i dźwięków, jest też najbardziej rozbudowany utworem. Miłośnicy oldschoolu docenią z kolei „Razorblade Smile”, bo to czysty thrash.

Niestety równie dużo jest momentów słabych.

„California Bleeding” to taka trochę łagodniejsza kopia Slipknota, „Triple Beam” to z kolei trochę cięższa kopia Limp Bizkit. „Bastards” niesie być może ważne przesłanie, ale jest ono rozwodnione przez poprockową stylistykę. Gdyby nagrał to Bruce Springsteen, może uznałbym, że miał po prostu gorszy dzień, ale Machine Head? W mojej ocenie to totalne nieporozumienie. Reszta to zapychacze. Utwory, które być może nie powodują bólu zębów, kokluszu, ani nerwicy, ale z pewnością również nie sprawiają, że świat staje się lepszym miejscem.

Przeciętność – to słowo, które samo nasuwa się podczas słuchania „Catharsis”, ale jest to specyficznego rodzaju przeciętność.

Machine Head ma bowiem skłonność do popadania w skrajności na swoim najnowszym albumie. Z jednej strony potrafi podać absolutnego killera, tylko po to, żeby dwa utwory dalej zaserwować “wysryw” niegodny tak zasłużonej kapeli. Licząc więc arytmetycznie, album jest średni, ale amplituda jakości skacze po całej skali.

Podsumowując należy stwierdzić, że „Catharsis” nie jest tak złym albumem, jak twierdziła duża grupa fanów, ale na pewno trudno uznać go również za dobry. Jest na nim za mało jakości, za dużo dźwięków bez wartości i eksperymentów, które same w sobie nie są złe, ale wiele z nich się po prostu nie udało.

Machine Head - Catharsis

Tracklista “Catharsis”:

  1. Volatile
  2. Catharsis
  3. Beyond The Pale
  4. California Bleeding
  5. Triple Beam
  6. Kaleidoscope
  7. Bastards
  8. Hope Begets Hope
  9. Screaming At The Sun
  10. Behind A Mask
  11. Heavy Lies The Crown
  12. Psychotic
  13. Grind You Down
  14. Razorblade Smile
  15. Eulogy
  • 5.5/10
    Ocena autora - 5.5/10
5.5/10

KOMENTARZE

  • skull666
    27 stycznia 2018 | 22:12
    Link

    zgadzam się z recenzentem….może to nie jest totalny shit na jaki się zanosiło po tych kilku singlach, ale szału też nie ma…Kto oprócz Dream Theater w dzisiejszych czasach nagrywa płyty powyżej 70min? 🙂 Zrozumiał bym jeszcze gdyby to było 75 min zajebistego heavy prog/groove-thrashowego łojenia (w stylu The Blackening) a nie taki mix kaszanki z miodem 😛 Rozczarowanie roku 2018 już na samym początku.

    Odpowiedz
  • Przerażony
    30 stycznia 2018 | 21:51
    Link

    “Wysryw”? Litości…

    Odpowiedz
  • Marek
    16 lutego 2018 | 12:46
    Link

    “The Blackening” jest tak wysoko zawieszoną poprzeczką, że pewnie już do niej nie doskoczą. Mogło by być chociaż coś na poziomie “Locust” ale no trudno. Nowa płyta może i jest poniżej oczekiwań, ale nie ma co przesadzać z krytyką. Da się jej słuchać, choć może niekoniecznie za jednym podejściem 🙂 Moim skromny zdaniem wytykanie “rubikowego” klaskania jest zwykłym czepialstwem i myśleniem schematami (klaskanie=Rubik czyli trzeba wyśmiać).
    Przeczytałem już kilka recenzji tej płyty w polsko- i anglojęzycznej sieci. Pozwolę sobie na mały prztyczek do adresem recenzentów (autora tej recenzji dotyczy w najmniejszym stopniu), którzy zarzucając zespołowi wtórność itp. grzechy sami piszą recenzje jakby wygenerowane z jakiegoś szablonu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *