RECENZJE

Recenzja: Marilyn Manson – The Pale Emperor

Jeszcze długo przed wydaniem najnowszego albumu Mansona szczęśliwcy, którzy mieli szansę posłuchać pierwszych demówek czy singli przed premierą, w internecie głosili, że będzie to wielki powrót. Ciężko się nie zgodzić.

Marilyn Manson to jeden z tych kultowych artystów dla dzisiejszych dwudziestoparolatków (dla tych zaprzeczających możemy zamienić słówko „kultowy” na „wzbudzający nostalgię”). Pod koniec ubiegłego millenium – od wydania “Antichrist Superstar” – królował co najmniej do 2003 i płyty “The Golden Age Of Grotesque”. Niestety jego następne dokonania znacznie osłabiły blask jego gwiazdy.

Z ucznia Trenta Reznora, z tego, który industrial wymieszał z popowymi melodiami i skandalami, stał się nieco cieniem samego siebie – “The High End of Low” czy “Born Villain” to dla mnie wydawnictwa, które mają może dwa, trzy fajne numery, a reszta wieje nudą i kserowaniem siebie.

I w 2015 wypuścił The Pale Emperor, które w jednym rzędzie może stać z “Holy Wood” czy “Mechanical Animals”. Nie jestem pewien, czy nie nawet wyżej.

To pierwsza tak bardzo oszczędna płyta Mansona – w aranżu, w kompozycjach, czy nawet w składzie, bowiem w personelu wymieniani są jedynie Manson i Bates. I choć Gil Sharone nagrywał na tej płycie perkusję, to nie można uświadczyć tu udziału „tego drugiego ważnego po Johnie 5” – Twiggy Ramireza.

Oszczędność wyszła płycie na dobre, mimo, że połączenie industrialnych wpływów z ascezą na pierwszy rzut oka wydaje się być oksymoronem. Elektronika również nie gra tutaj tak ważnej roli – gitary są na pierwszym planie. I to jakie gitary! Na całym albumie Manson i Bates postawili na dość proste, blues rockowe/garażowe brzmienie – riffu w “Killing Strangers” nie powstydziłby się Jack White, a ten z “The Mephistopheles of Los Angeles” chętnie przygarnęliby The Hives.

Wielbiciele cięższej i mroczniejszej strony Mansona również nie będą czuli się zawiedzeni – singlowy “Deep Six” to totalny hit z głównym riffem przywodzącym na myśl Slipknota, jednak z absolutnie hitowym refrenem. Przebojowość to bowiem domena tej płyty – refreny z banalnymi, popowymi harmoniami jak ten w “Killing Strangers” nie wychodzą z głowy już po pierwszym przesłuchaniu.

Cała ta ascetyczność, bluesowe riffy i skromne aranże przywodzi na myśl tylko jedną, inną rzecz… Depeche Mode. Wydaje się, że Manson za bardzo odpłynął w kierunku Depeszów na tym albumie, przez co sprawia wrażenie nieoryginalności. Wspomniana wcześniej przebojowość i to, że jest to „powrót” w bardzo udanym stylu działają jednak jako okoliczności łagodzące.

marilyn-manson-the-pale-emperor-duzeTrack lista:

01. Killing Strangers
02. Deep Six
03. Third Day of a Seven Day Binge
04. The Mephistopheles of Los Angeles
05. Warship My Wreck
06. Slave Only Dreams to be King
07. The Devil Beneath My Feet
08. Birds of Hell Awaiting
09. Cupid Carries a Gun
10. Odds of Even

 

 

 

Autor: Igor Prusakowski

Rok publikacji : 2015

  • Ocena autora:
3.5
Sending
User Review
0 (0 votes)

Podobne artykuły

Recenzja: Acid Drinkers – Peep Show

Albert Markowicz

Popkulturowa bomba – recenzja Nocny Kochanek „Randka w ciemność”

Bartłomiej Pasiak

Recenzja: Suffocation – Pinnacle Of Bedlam

Tomasz Koza

Zostaw komentarz