RECENZJE

Dwa bieguny – recenzja “Sulphur English” zespołu Inter Arma

Spotkałam się z opinią, jakoby miłość “od pierwszego usłyszenia” była tą, która zwykła ulatywać w eter dość szybko. W odróżnieniu od tej drugiej, zapoczątkowanej niechęcią, okupionej wieloma podejściami i poszukiwaniami tego czegoś, co mogłoby nam się jednak spodobać. Różnie to u mnie bywało. Dziś podpiszę się pod tą drugą ścieżką docierania do utworów. W kontekście jednego z moich ulubieńców – Inter Army.

Tym, którym Inter Arma obca, słowo wstępu.

W, obecnie kwartecie, spotykają się różne gusta muzyczne. Od sludge i death metalu, przez black (wokalista jest wielkim fanem Mgły), po Pink Floyd. Członków grupy szanuję za tworzenie niesamowitego, spójnego połączenia powyższych. Za długie, niezwykle ekspresyjne kompozycje… Ale i, kiedy trzeba, surowe uderzenie pozostawiające słuchacza w niemym odurzeniu.

„Sulphur English”, czyli nowy dzieciak na podwórku.

12 kwietnia grupa wydała czwarty krążek studyjny, trzeci w barwach Relapse Records, zatytułowany „Sulphur English”. Jakichkolwiek znaków o nowym materiale wyczekiwałam miesiącami i kiedy w lutym trafił na YouTube pierwszy singiel… Podeszłam do niego nieufnie. Utwór zatytułowany „Citadel” niby przypominał starą, dobrą Inter Armę, ale coś z nim było nie tak. Zdawał się nie być ciężki, a ociężały. Powolny. Monotonny… Pierwsze wrażenie? Nieudolne przedłużenie ogranego stylu. Inaczej niż wcześniej poprowadzony punkt kulminacyjny utworu, inna dynamika. A jednak wciąż nieodparcie przywodząca na myśl poprzednie tytuły: „Sky Burial” i „Paradise Gallows”.

Ten sam problem miałam z kolejnymi singlami z albumu „Sulphur English”.

Przed premierą płyty ukazały się jeszcze aż trzy. Balladowe „Stillness”, „The Atavist’s Meridian” i „Howling Lands”. Z każdym z nich miałam ten sam problem. Z łatwością odnajdowałam podobieństwa do wcześniejszych wydawnictw, tak samo łatwo odnajdując różnice. Tą na pewno określę powracającą monotonię. Struktura wszystkich kompozycji jest bardzo oszczędna. Środek ciężkości zaś – przesunięty niemal na koniec. Stara Inter Arma to narastanie, eksplozja gdzieś w środku… I jeszcze jedna, mniejsza, im bliżej ostatnich sekund.


Cztery z dziewięciu utworów to dość sporo.

Znacie pewnie ten zawód, kiedy nowy materiał ukochanego zespół nie do końca odpowiada Waszym wyobrażeniom. To uczucie ciągnęło się za mną od lutego. Cztery dziewiąte płyty, tak podobne do siebie, nie zwiastowały moim zdaniem nic dobrego.

W dniu premiery…

… od rana odświeżałam kanał Relapse Records chcąc mimo wszystko przekonać się, że moje wnioski były zbyt pochopne. Około trzynastej pojawiła się wyczekiwana miniaturka ze znaną już okładką. Jako że pora premiery zastała mnie w pracy, zakamuflowałam się za biurkiem ze słuchawkami. Przed wciśnięciem „odtwórz” prosząc, by jednak okazało się, że byłam w błędzie.

Prośby zostały wysłuchane.

Już samo intro przeniosło mnie w inny wymiar. Niepodobne do singli, cięższe od tego, co uważałam za najcięższe do tej pory w twórczości Inter Army! Czy to na pewno ten album? Ledwie dwuminutowa, pełna niepokoju psychodela okazała się być wyśmienitą zapowiedzią tego, co dopiero miało nadejść. Już drugi utwór, „A Waxen Sea”, powrócił jednak na tory nieco monotonnej ociężałości… Po to jednak, by zaatakować niespodziewanie dopiero co poznaną w pierwszej ścieżce dzikością. Także wokal Mike’a Paparo został zniekształcony przez efekty w dobrze znany fanom sposób. Jesteśmy znów w domu! Tej destrukcji i tego chaosu zabrakło mi na singlach.

Kolejne ścieżki to wspomniane wcześniej tytuły sprzed premiery. Przetknięte jednak czymś nowym: „Observances of the Path”. Kolejna, krótka instrumentalna wstawka. Zdarzały się Inter Armie podobne w przeszłości. Tę wyróżnia jednak wydźwięk melancholii. Duet klawiszy i pogłosu gitary uzupełniony o odległy szelest talerzy. Dawniej zespół zawierał w takich przerywnikach Floyd’owy pierwiastek.

Ten odnalazłam w przedostatnim utworze, „Blood on the Lupins”. Niezwykle atmosferyczny, przejmujący swym smutkiem utwór skradł moje serce. Przejmujące, acz nieskomplikowane solówki gitarowe niosące się echem jako dominanta. Powolnie, choć stanowczo wybijany rytm na perkusji. „Blood on the Lupins” stanowi odpowiednią przeciwwagę dla idących w niespokojny stoner singli.

Nie miałam racji – i dobrze!

Zarysowując obraz całej płyty na podstawie singli obawiałam się przesadnej prostoty, męczącej powtarzalności… A także niespełniającej oczekiwań produkcji. Tytuły, które ukazały się przed 12 kwietnia sprawiały wrażenie minimalnie, choć nadal zauważalnie, wyszlifowanych. Zbyt czystych. Tym bardziej, że starsze utwory niejednokrotnie zdawały się być zarejestrowane w sesji na żywo.

Za realizację dźwięku odpowiadał Mikey Allred. Obecny przy produkcji dwóch poprzednich płyt. I tu zwracam mu honor. Wrażenie „płaskości” brzmienia singli było jak najbardziej celowe. Bardziej ekspresyjne partie płyty mają swoja głębię i wielowymiarowość. Jednocześnie nie odpychając perfekcyjną do bólu czystością.

„Sulphur English” oceniam jako nieopisanie miłe zaskoczenie.

Koniec końców, czego się nie spodziewałam, album zawarł w sobie wszystko. Znalazły się utwory kilkuminutowe, próbujące wciągać odbiorcę w trans. Tak jak znalazło się miejsce i dla długich na dziesięć czy dwanaście minut kompozycji o niebanalnej, zmiennej dynamice. Płyta jest kontrastowa, dzięki czemu ciężkość ma szansę uderzyć ze zwiększoną siłą, a mające nieść uspokojenie partie koją jeszcze bardziej. Choć całość zamyka się w godzinie i sześciu minutach, nie miałam czym poczuć się zmęczona czy przytłoczona. A to z kolei świadczy o przemyślanym rozkładzie sił na płycie. O ile poprzednie dwie uważałam za dojrzałe, tę mogę opisać jako umiejętne podsumowanie doświadczeń. Moim zdaniem Inter Arma niewątpliwie zasłużyła sobie na jeden z najlepszych tytułów roku 2019.

inter arma - sulphur english, 2019
Inter Arma – Sulphur English, 2019

Lista utworów:

1. Bumgardner
2. A Waxen Sea
3. Citadel
4. Howling Lands
5. Stillness
6. Observances of the Path
7. The Atavist’s Meridian
8. Blood on the Lupines
9. Sulphur English

Podobne artykuły

Recenzja: Arch Enemy – The Root Of All Evil

Kinga Parapura

Recenzja: August Burns Red – Rescue & Restore

Tomasz Koza

Recenzja: Cerber – Lust For Suffering

Tomasz Koza

Zostaw komentarz