Image default
RECENZJE

W pogoni za dziwną modą – recenzja Moonspell „Lisboa Under the Spell”


Od pewnego czasu modne jest granie w całości swoich płyt. Odnoszę wrażenie, że to wręcz w dobrym tonie, by przypomnieć na koncercie któreś ze swoich klasycznych dokonań. Z pewnością ogromna grupa fanów docenia takie zabiegi, można wtedy usłyszeć na żywo utwory, które nie były grane od długiego czasu i być może już więcej nie będą. Ja nigdy nie byłem zwolennikiem grania na koncertach całej płyty. Zawsze uważałem, że koncert traci wtedy swoją magię na rzecz przewidywalności.

Moonspell podczas ubiegłorocznego koncertu w portugalskiej stolicy, zagrał w całości nie jedną, lecz trzy płyty: dwie pierwsze („Wolfheart” i „Irreligious”) oraz ostatnią („Extinct”, w momencie, gdy koncert się odbył, była to ostatnia płyta grupy).

Jak materiał z “Lisboa Under the Spell” wypadł na żywo?

Przyznam, że różnie. Największe zarzuty mam do edycji nagrań. Kilka miejsc wręcz prosi się, by wyciąć trwającą zdecydowanie zbyt długo ciszę. Najgorzej wypada pod tym względem set “Irreligious”. Bardzo długie przerwy oddzielające trzy ostatnie utwory sprawiają, że całość zaczyna się ciągnąć w nieskończoność. A pamiętajmy, że “Lisboa Under the Spell” trwa łącznie ponad 2h40min!

Męczą również długie pogadanki na temat… hmmm, mogę się jedynie domyślać, ponieważ wokalista zwraca się do publiczności w ojczystym języku. W wersji wideo z napisami ma to oczywiście sens, wersję audio zdecydowanie można było skrócić. Być może nabywcy wydania na płytach winylowych otrzymaliby wtedy kompletny set “Wolfheart”.

To może w końcu coś o samej muzyce?

Choć „Wolfheart” i “Irreligious” ukazały się blisko ćwierć wieku temu, materiał nie zestarzał się ani trochę. Jest jednocześnie ciężki i klimatyczny (te wyjące wilki przed “Full Moon Madness”!), a całość została zagrana bardzo sprawnie. Brawurowe solówki: klawiszowa w rockandrollowym “…Of Dream And Drama” czy gitarowe (ponownie “Full Moon Madness”) sprawiają, że całości słucha się bardzo dobrze.

Na “Lisboa Under the Spell” są oczywiście drobne wpadki.

Choć Fernando jest świetnym wokalistą, to chwilami ma problemy z utrzymaniem czystego dźwięku, wyraźnie słychać to choćby w „Awake”, czy momentami w secie “Extinct”. Doceniam, że nie poprawili tego w postprodukcji, dogrywając wokale w studio, ale Fernando zdecydowanie lepiej radzi sobie w mocniejszych momentach. I jest niewątpliwie wyjątkowym wodzirejem, cały czas utrzymuje kontakt z publicznością, która reaguje, jak przystało na oddanych fanów.

Tu mała uwaga, set “Wolfheart” został odegrany w nieco innej, niż pierwotna, kolejności.

Wspomniany wcześniej „Ataegina” znalazł się przed świetną „Vampirią”, zapewne po to, by na koniec zabrzmiał wyczekiwany przez wszystkich “Alma Mater”, odśpiewany chóralnie przez zgromadzoną publiczność. Z kolei “Irreligious” został zagrany bez przerywnika “Subversion”. Moim zdaniem to akurat zaleta, nigdy nie pasował mi do płyty.

W pierwszym odruchu uznałem za dziwne zestawienie ze sobą najnowszej płyty z dwiema klasycznymi. Po przesłuchaniu całości przyznaję, że takie połączenie świetnie eksponuje ewolucję, jaką Moonspell przeszedł przez niemal 25 lat kariery.

“Extinct” jest mniej brutalna i szorstka od wczesnych płyt, bardziej nastrojowa, a proste klawiszowe zagrywki ustąpiły miejsca rozbudowanym orkiestracjom. Wyraźnie słychać tu wpływy The Sisters of Mercy czy The Cure. Trafnym pomysłem było przesunięcie “La Baphomette” (który pierwotnie kończył “Extinct”) na początek setu. Dzięki temu na koniec wybrzmiał majestatyczny “The Future is Dark”, mocno oscylujący wokół świetnej “Disintegration” The Cure, a zostawiający słuchacza… w poczuciu niedosytu. Pisałem wcześniej, że całość trwa 2h40min? Pisałem, że mi się dłuży?

No to jak? Dobre to?

Jako oddany fan zespołu, mam problem z wystawieniem oceny. Z jednej strony koncert zagrany niemal bez zarzutu, wszystko brzmi, jak powinno. Dźwięk jest selektywny i mięsisty, materiał- bardzo dobry, a grupa- w szczytowej formie. Na “Lisboa Under the Spell” udało się również uchwycić niepowtarzalny klimat koncertu, ze swoistym dialogiem na linii zespół-publiczność. Z drugiej, jak zaznaczyłem na wstępie, nie lubię takich koncertów i nie potrafię odpędzić myśli, że takie wydawnictwa to żerowanie na fanach.

Niedawno wyszła reedycja „Irreligious”, a dosłownie przed chwilą- „Wolfheart”, więc sprzedawanie po raz kolejny tego samego… no cóż, uważam, że to trochę nie fair. Dodając do tego kiepską edycję: niepotrzebnie długie przerwy między utworami i zbędną gadaninę, przy których bardzo się męczyłem, a także paradoksalne okrojenie materiału w niektórych wydaniach, z ciężkim wilczym sercem wystawiam ocenę przeciętną.

Moonspell - Lisboa Under the Spell
Moonspell – Lisboa Under the Spell, 2018

Setlista:

“Wolfheart Show”

1. Wolfshade (A Werewolf Masquerade)
2. Love Crimes
3. …Of Dream And Drama (Midnight Ride)
4. Lua D’inverno
5. Trebaruna
6. Ataegina (brak na LP)
7. Vampiria
8. An Erotic Alchemy
9. Alma Mater

“Irreligious Show”

1. Perverse… Almost Religious
2. Opium
3. Awake!
4. For A Taste Of Eternity
5. Ruin & Misery
6. A Poisoned Gift
7. Raven Claws (Feat. Mariangela Demurtas)
8. Mephisto
9. Herr Spiegelmann
10. Fullmoon Madness

“Extinct Show”

1. All Gone From The Wild – La Baphomette (Intro)
2. Breathe (Until We Are No More)
3. Extinct (Feat. Carolina Torres)
4. Medusalem
5. Domina
6. The Last Of Us
7. Malignia
8. Funeral Bloom
9. A Dying Breed
10. The Future Is Dark

  • 5/10
    Ocena autora - 5/10
5/10

Podobne artykuły

Recenzja: Philip Anselmo & The Illegals – Choosing Mental Illnes as a Virtue

Szymon Grzybowski

Szczera prawda – recenzja Down to the Heaven „[ level – 1 ]”

Paweł Kurczonek

Wielka nadzieja rocka – recenzja Greta Van Fleet “Anthem of the Peaceful Army”

Bartłomiej Pasiak

Zostaw komentarz