Recenzja: Iron Maiden – The Book of Souls: Live Chapter


Wydanie koncertowej płyty po trasie promującej niemal każdy nowy album Iron Maiden jest prawie tak pewne jak to, że po czwartku jest piątek, a po wódce – zakąska. Jedni się cieszą, bo to kolejna porcja muzyki od jednego z najważniejszych metalowych zespołów w historii, inni kręcą nosem, bo przecież ile razy można wciskać słuchaczom z grubsza to samo, co na każdej wcześniejszej koncertówce? Od razu można zdradzić, że żadnej ze stron do racji przeciwnej na pewno nie przekona najnowsze wydawnictwo Ironów, czyli “The Book of Souls: Live Chapter” – album dokumentujący trwającą blisko półtora roku trasę koncertową “The Book of Souls World Tour”.

Chłopaki z Iron Maiden, zamiast zaoferować jeden w całości zarejestrowany koncert, postanowili umieścić piętnaście utworów, które nagrano podczas różnych występów.

Na liście uwzględniono również wrocławskie wykonanie „Death of Glory”. Jest to na pewno fajny smaczek dla polskich fanów, a uczestnicy koncertów, którzy załapali się na album mogą z całą pewnością potraktować go jako swojego rodzaju pamiątkę z występu. Uczciwie jednak rzecz ujmując – podczas słuchania albumu nie ma to większego znaczenia. Brzmienie poszczególnych utworów ujednolicono, a jedyną wskazówką, która sugeruje, że zmieniło się miejsce jest słynne na całym świecie pokrzykiwanie Bruce’a Dickinsona „Scream to me… (i tu należy wstawić odpowiednie miasto czy kraj).”

Repertuar nie tylko albumu, ale i całej trasy zdominowany był przez utwory z płyty “The Book of Souls”.

Na krążku znalazło się sześć kompozycji z tego wydawnictwa – niestety żadna w jakiś szczególny sposób nie zyskała na koncertowym wykonaniu, na szczęście również nie straciła – ot, taka “maidenowa” dobra średnia, która utrzymuje się już od wielu lat. Wrażenie na pewno robi ponad 13-minutowe „The Red And The Black”. To kolejny bardzo głęboki ukłon w stronę progresywnego grania. Osobiście bardzo cenię te rozbudowane, wielowątkowe kompozycje, choć głosów, że trochę „męczą bułę” nie brakuję. Mojej nie męczą, więc tym bardziej żałuję, że zespół nie zdecydował się na zagranie na żywo ponad 18-minutowego „The Empire of The Clouds”.

PRZECZYTAJ NASZĄ RECENZJĘ “THE BOOK OF SOULS”

Z pozytywów repertuarowych na duży plus z pewnością trzeba zapisać zagranie „Children of the damned”, które przez lata wykonywane było raczej sporadycznie. Inne hity jak „Wrathchild”, „The Trooper”, „Powerslave”, „Number of the Beast” czy zawsze przyprawiające o ciarki „Fear of the Dark” brzmią świetnie i słychać, że to właśnie na te kawałki najbardziej czekała publiczność zgromadzona na festiwalach i stadionach. Dla wielu rozczarowujący będzie z pewnością brak wielu absolutnych klasyków – „Run to the Hills”, „Hollowed Be the Name” – ale setlista nie jest z gumy, a utwory te znajdują się niemal na każdej koncertówce maidenów, więc mała to strata. Osobiście wolałbym więcej nieoczywistych wyborów, bo świetnych numerów, które grane są rzadziej z pewnością nie brakuje.

Iron Maiden działa niczym dobrze zaprogramowana maszyna, więc do sfery wykonawczej nie można mieć absolutnie żadnych zastrzeżeń, choć słychać czasem w głosie Bruce’a pewne zmęczenie materiału. Nie należy jednak zrozumieć tego opacznie – nadal jest to poziom wokalny niemal nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników, niemniej jednak czuć większy wysiłek, który wokalista musi włożyć w śpiewanie. Album brzmi soczyście, selektywnie, a publiczność “wmiksowana” jest tak, że z jednej strony słychać, że to występ na żywo, ale z drugiej – ani nie drażni, ani nie dominuje. Przy tak wielkim doświadczeniu w wydawaniu albumów koncertowych – niczego innego nie można się było spodziewać.

Jednoznaczna ocena najnowszego wydawnictwa koncertowego Iron Maiden jest dosyć trudna.

Zespół nie schodzi poniżej pewnego, bardzo wyśrubowanego poziomu, a publiczność podczas ich występów jest zawsze bardzo żywiołowa i reaguje entuzjastycznie. Prawda jest taka, że “The Book of Souls: Live Chapter” trzeba oceniać przede wszystkim przez pryzmat nowych kompozycji. Jeśli więc komuś ostatni studyjny album Maidenów po prostu „podszedł”, to i ten album live sprawi mu frajdę. Jednak osoby, które oczekują zaskoczenia, koncertu w stylu „the best of” lub uważają, że wszystko, co po 1991 roku jest co najwyżej średnie – mogą bez żalu sobie odpuścić. W zależności od podejścia, do mojej oceny można sobie dodać lub odjąć jeden punkt.

Album Iron Maiden – The Book of Souls: Live Chapter

Tracklista “Iron Maiden – The Book of Souls: Live Chapter”:

01. If Eternity Should Fail – Sydney, Australia
02. Speed of Light – Cape Town, South Africa
03. Wrathchild – Dublin, Ireland
04. Children of the Damned – Montreal, Canada
05. Death or Glory – Wroclaw, Poland
06. The Red and the Black – Tokyo, Japan
07. The Trooper – San Salvador, El Salvador
08. Powerslave – Trieste, Italy
09. The Great Unknown – Newcastle, U.K.
10. The Book of Souls – Donington, U.K.
11. Fear of the Dark – Fortaleza, Brazil
12. Iron Maiden – Buenos Aires, Argentina
13. Number of the Beast – Wacken, Germany
14. Blood Brothers – Donington, U.K.
15. Wasted Years – Rio de Janeiro, Brazil

  • 6.5/10
    Ocena autora - 6.5/10
6.5/10

KOMENTARZE

  • Paweł
    26 stycznia 2018 | 13:35
    Link

    “choć słychać czasem w głosie Bruce’a pewne zmęczenie materiału. (…) nadal jest to poziom wokalny niemal nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników, niemniej jednak czuć większy wysiłek, który wokalista musi włożyć w śpiewanie”. Hmmm, poszedłbym nawet o krok dalej. Słuchając “Live Chapter” miałem nieodparte wrażenie, że… Bruce ma poważne problemy ze słuchem/odsłuchem (niepotrzebne skreślić). Nie potrafię tego jednoznacznie nazwać, ale płyta brzmi jakby muzyka i wokal były rejestrowane oddzielnie, w dodatku w innej tonacji. Mam wrażenie, że Bruce śpiewa poza muzyką, a nie do muzyki. A to sprawia, że najnowsza koncertówka Żelaznej Dziewicy jest dla mnie bardzo ciężka w odbiorze i z trudem dotrwałem do końca.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *