Recenzja: Paradise Lost – Medusa




Wakacyjny sezon ogórkowy z niedostatkiem nowych płyt już za nami. Zaczął się wrzesień, a z nim okres wielkich premier. Już w pierwszym dniu przyszło nam zaspokoić nasze muzyczne podniebienia o wytrawnie nazwane danie. Za jej powstaniem nie stoi byle kto, a ekipa z blisko 30-letnim stażem serwująca niejeden podgatunek, znana wszystkim jako Paradise Lost. Czy „Medusa”, bo tak zwie się ich nowe dzieło, ma szanse stać się ich popisowym daniem w menu?

Od kilkunastu lat serwują słuchaczom sinusoidę wrażeń, podgatunkowego choć indywidualnego misz-maszu stylów oraz brzmienia. Przy przedostatniej płycie „The Plague Within” ekipa z brytyjskiego Halifax zdecydowała się niesfornie puścić oczko w stronę fanów ich starszego grania, nawiązując do pierwszych dokonań z lat 90. Tegoroczna premiera stara się kontynuować ten zamysł… ale z jakim rezultatem? Płyta miesza w umysłach, gdyż jesteśmy zaznajamiani z głębszymi inspiracjami elementów kojarzonych z poprzednich nagrań, lecz niekiedy nie zostają zrealizowane tak samo ciekawie jak oryginały.

Zacznę od tego co wychodzi bardzo dobrze. Nie da się przejść obojętnie wobec podejścia artystycznego na płytę, jest bardzo różnorodnie w wykorzystywaniu wszelakich technik oraz możliwości instrumentów. Uchwycenie kwintesencji kilku stylów nie należy do najprostszych i jego utrzymanie w toku tworzenia płyty stanowi wyzwanie, a to udało im się udało znakomicie. Mamy tutaj głębokie zejście w doom z wyjawiającą się bezradnością brzmienia. Jest zaczerpnięta stosowna doom-death metalowa żywiołowość, a w całości wyczuwalna jest ponura „brytyjskość” zespołu, w umyśle pojawia się silne skojarzenie z dokonaniami Black Sabbath. Gotyckość lekko ustąpiła na znaczeniu i bardziej przewija się jako schemat do budowania klimatu, szczególnie w momentach kiedy ma miejsce udział czystego wokalu. Na wyróżnienie zasługuje bas z perkusją, są dosadne a zarazem świetnie wyważone w brzmieniu, zrealizowane z pomysłem, zaprezentowane bardzo szeroko i dobrze trzymają utwór „w ryzach”. Teksty to ta sama, sprawdzona formuła – nieprzesadne w objętości oraz metaforycznym opisie, dzięki temu zapadają w pamięć. Na całość nakłada się bardzo dobrze przyswajalne i łatwe do zrozumienia blisko 40 minut muzyki podzielonych na 8 utworów.Rzeczą zrealizowaną niepoprawnie jest fakt dokonania eksperymentu w brzmieniu co wyszło jej na ogólną niekorzyść w odbiorze. Utwory starają się w dosyć sztuczny sposób być bardziej doom-metalowe niż sam gatunek. „Medusa” na swój sposób zdaje się być trochę monotematyczna w pomysłach na brzmienie, a panowie z Raju Utraconego przyzwyczaiło słuchaczy do dosyć odmiennego podejścia na materiał. Nawet w kontekście wzorowania się na dwóch pierwszych płytach różnorodność przekazu pozostawia trochę do życzenia. W tym wszystkim wyłania się jeden niepasujący do reszty element – gitary. Choć te mają bardzo ciekawe riffy, cierpią na brak donośności czy wyrazistości. Ich wydźwięk jest bardzo ciemny, zbity przez co każde indywidualne zagranie brzmi nieswojo i tracą na przekazie przez co udziela się im pozorna dysharmonia. Gdyby dodać im na przejrzystości utwory zyskałyby na charakterze, różnorodności i ogólnej głębi.

Tegoroczna „Medusa” pozostawia niedosyt. Materiał na krążku jest bardzo wysokiej jakości, jednak nie został on poprawnie podany. Ewolucję brzmienia można uznać za jak najbardziej udaną, zmiany postępują w dobrym kierunku, inspirując do powrotu klasycznego brzmienia w nowej odsłonie.

Paradise Lost - MedusaTracklista:

01.Fearless Sky
02. Gods of Ancient
03. From the Gallows
04. The Longest Winter
05. Medusa
06. No Passage for the Dead
07. Blood & Chaos
08. Until the Grave

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *