Image default
RECENZJE

N.Y.H.C. żyje i ma się świetnie. Recenzja „For the Cause” zespołu Madball

Tanie płyty CD, winyle, DVD rock i metalZacznę trochę filozoficznie – niemal wszystko wokół zmienia się w zastraszającym tempie. Ludzie się starzeją, technologie, które jeszcze wczoraj były innowacyjne, dziś są już przestarzałe, a ulubiona aktorka filmów porno ma już 50 lat i dawno zakończyła karierę. To akurat dobrze. W życiu warto jednak mieć kilka punktów zaczepienia, które pozwalają na chwilę zatrzymać się, spojrzeć na wszystko z dystansem i dać chwilę oddechu.

Może być to spacer na ulubioną polanę w lesie (o ile ktoś jej nie zagrodzi i nie zaorze), może być to rozmowa z dobrym kumplem (chyba że żona wzięła go pod pantofel i stał się nudziarzem – wtedy nie). Jednak osoby, które szukają prawdziwej opoki w życiu, czegoś, co nigdy nie zawiedzie, zawsze będzie wsparciem i prawdziwym powrotem do beztroskich czasów powinny ponownie posłuchać nowojorskiego hardcore’u. A okazja ku temu jest świetna, bo właśnie wyszła nowa płyta Madball – „For the Cause”.

Nie będę trzymać słuchaczy w niepewności. „For the Cause” mocno łapie za jaja od samego początku i nie puszcza do końca krążka!

Z jednej strony to esencja tego, co najlepsze w NYHC – jest więc wściekłość, wrzask, gniew i bunt. Z drugiej strony nie brakuje przebojowości, bujających riffów i refrenów, które od razu chce się skandować.

Album zaczyna prawdziwy walec, czyli „Smile Now Pay Later”. Ciężaru nie powstydziłyby się thrashowe kapele, ale za prawdziwą moc odpowiada tutaj motyw perkusyjny – siła tego beatu wprost wciska bębenki do mózgu. Można się nawet obawiać, że trudno będzie dorównać do tak świetnego początku. Jednak bez obaw – dalej jest nie gorzej.

„Rev Up” to z kolei prawdziwy upust punkowego szaleństwa, a skandowany refren z całą pewnością z pełną mocną wybrzmi dopiero na koncertach, bo jest po prostu stworzony do tego, aby wykrzyczeć go z pięścią uniesioną w górze. Trzeci numer – „Freight Train” – to przedstawiciel nurtu kawałków przebojowych – ze świetnym, wpadającym w ucho riffem i wbijającym się w pamięć refrenem. Całość okraszona jest fajną solówką. Takich utworów na krążku jest więcej. Bardzo udane i w podobnym stylu są „For You” czy tytułowe „For the Cause”.

Album jest bardzo metalowy, zwłaszcza pod względem riffów i rytmiki utworów.

Kawałek „Tempest” mógłby spokojnie znaleźć się w repertuarze Anthrax z lat 90. Energia i riff w „Old Fashioned” przywodzi mi na myśl Panterę z najlepszego okresu. Pytanie tylko, czy to Madball nie był pierwszy?

Na „For the Cause” pojawia się dwóch gości specjalnych i bez mrugnięcia okiem można o nich powiedzieć – legendy. Przede wszystkim Ice-T, kojarzony głównie ze sceną hiphopową, ale od dawna penetrujący również cięższe brzmienia ze swoją kapelą, czyli Body Count. Z Madballem wykonał utwór „Evil Ways”. Jego melodeklamacja i wykrzykiwane gniewnie słowa idealnie pasują do tej szalonej, trwającej mniej niż dwie minuty, petardy. Drugim gościem jest Tim Armstrong, który znany jest przede wszystkim jako współzałożyciel jednego z najpopularniejszych punkowych zespołów Ameryki, czyli Rancid. Kawałek „The Fog” ma w sobie zdecydowanie coś z “rancidowej” przebojowości i lekkości.

Warto wspomnieć jeszcze, że Armstrong jest też producentem „For The Cause” i również za to należą mu się wyrazy uznania. Album brzmi soczyście i klarownie – bas świetnie dudni w tle, ale kiedy potrzeba przejmuje stery i wychodzi na pierwszy plan.

Całość trwa niewiele ponad pół godziny, ale po przesłuchaniu palec od razu wędruje do odtwarzacza, aby nacisnąć „Play” jeszcze raz. Wszystko dlatego, że ta muzyka po prostu brzmi świetnie. Wykrzykiwane teksty są wiarygodne i prawdę mówiąc, gdybym chciał wzniecić rewolucję, byłby to dla niej najlepszy soundtrack. Na razie jednak nie planuję, ale z czystym sumieniem polecam „For the Cause” nie tylko fanom sceny hardcore’owej. Przy okazji warto też przypomnieć o sierpniowym koncercie zespołu w Warszawie.

Okładka płyty Madball - For the Cause 2018

Tracklista „For the Cause”:

1. Smile Now Pay Later
2. Rev Up
3. Freight Train
4. Tempest
5. Old Fashioned
6. Evil Ways
7. Lone Wolf
8. Damaged Goods
9. The Fog
10. Es Tu Vida
11. For You
12. For The Cause

  • 8/10
    Ocena autora - 8/10
8/10

Podobne artykuły

Recenzja: Hunter – NieWolnOść

Albert Markowicz

Recenzja: Philip Anselmo & The Illegals – Choosing Mental Illnes as a Virtue

Szymon Grzybowski

Udana korekta kursu – recenzja „The Sacrament of Sin” zespołu Powerwolf

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz