RECENZJE

Lepiej wcale nie znaczy dobrze – recenzja „Distance Over Time” Dream Theater




Drogi czytelniku, na początku muszę Cię serdecznie przeprosić za tak duże opóźnienie w napisaniu tej recenzji. Właściwie moim jedynym wytłumaczeniem tego stanu rzeczy jest fakt, że przez bardzo długi czas nie wiedziałem, co mam o płycie Dream Theater pt. „Distance Over Time” napisać. W zasadzie nadal do końca nie wiem, ale z drugiej strony sporo mówi to o nowym dziele legendy progmetalu. W żadnym wypadku nie jest to zła płyta, ale w natłoku różnych, najczęściej poruszających się w stanach przeciętności płyt, które wychodzą niemal każdego tygodnia, ta nie wyróżnia się w znaczny sposób. Znane logo na okładce i kilka już znanych, ale wciąż niezłych patentów i smaczków w muzyce, to za mało, żeby jednoznacznie pozytywnie ją ocenić.

Odwleczenie recenzji „Distance Over Time” ma też jeszcze jedną niezaprzeczalną zaletę.

Doskonale wiem teraz, jak krążek ocenili inni. I te oceny są dla mnie dość zaskakujące. Po kilkukrotnym przesłuchaniu muzykę na nowej płycie Dream Theater oceniałem umiarkowanie pozytywnie – ot, nic zaskakującego, przyjemne plumkanie, kilka „szalonych” (a tak naprawdę dość zachowawczych) przejść, James LeBrie wchodzi w „kozie” rejestry, niektóre melodie ładne, niebanalne, inne tak ckliwe, że aż mdłe. Więc, ja się pytam, skąd te maksymalne oceny? Skąd te 9/10 od wielu serwisów? Rozumiem, że w porównaniu do poprzedniego krążka – nudnej jak szkolna akademia „The Astonishing” – mamy do czynienia ze sporym skokiem jakościowym. Nie wydaje mi się jednak, żeby mowa tu była o jakiejkolwiek nowej jakości.





W czym zatem „Distance Over Time” jest lepsze od „The Astonishing”?

Ano przede wszystkim w tym, że jest krótsze i bardziej skondensowane. Zamiast ponad dwóch godzin męczenia buły, mamy tu zaledwie godzinę. I w zasadzie tyle wystarczy, żeby było lepiej niż wcześniej. Muzycznie jest to z grubsza to samo, ale ze względu na ilość muzyki, zanim zdąży naprawdę zmęczyć i zniechęcić, kończy się.

No dobrze, dość tych złośliwości, bo zaraz ktoś pomyśli, że jestem bezmyślnym hejterem.

Uważam, że zespół świetnie dobrał utwory promujące album. „Untethered Angel” i „Fall Into Light” to zdecydowanie najmocniejsze punkty „Distance Over Time” i gdyby więcej utworów było na tym poziomie, bez problemu można by mówić o powrocie w chwale.

W pierwszym ze wspomnianych utworów uwagę zwracają przede wszystkim świetne pasaże, gdzie każdy z muzyków ma swoją chwilę, aby popisać się umiejętnościami. A te, jak wiadomo, są iście cyrkowe. Drugi utwór zaczyna się bardzo prostym – jak na standardy Dream Theater – riffem i ogólnie wydaje się, że będzie to kawałek bez większych fajerwerków. Jednak im bliżej końca, tym zaczyna robić się ciekawiej.

Po mniej więcej trzech minutach większość zespołów uznałaby, że numer jest skończony i można brać się za następny, ale nie Dream Theater. Dopiero wtedy odpala – najpierw piękną, niebanalną, ale wpadającą w ucho melodią, a potem prawdziwą kanonadę solowych popisów.

Mogę z całą pewnością wyróżnić jeszcze zamykające płytę „Pale Blue Dot”, bo końcówka tego numeru naprawdę zostawia dobre wrażenie – dzieje się tam naprawdę dużo. Niemniej pozostałe numery zlewają mi się, a im dłużej ich słucham, tym trudniej mi je od siebie odróżnić. Nie są w żadnym wypadku złe, ale powtarzalne, w ogóle niezaskakujące, a przez to nieciekawe i nudne. No i jest jeszcze ballada „Out of Reach”. Pasuje bardziej do ścieżki dźwiękowej filmu animowanego Disneya, a nie na płytę metalową. Wcale nie chodzi mi o to, że w metalu nie powinno być ballad, po prostu nie powinno być TAKICH ballad. Ckliwych, landrynkowatych i rzewnych.

Brzmienie płyty „Distance Over Time” jest w porządku.

Brakuje mu być może trochę mocy i metalowego brudu, ale za to otrzymujemy pełną przejrzystość, a to w przypadku takich wirtuozów, jak muzycy Dream Theater o wiele istotniejsze – żaden smaczek z pewnością nie umknie. Było też trochę zamieszania z okładką  i do końca nie wiadomo, czy została zaprojektowana i wykonana na potrzeby zespołu, czy może jest zdjęciem stockowym. Tak czy inaczej, nie robi dużego wrażenia.

Dream Theater płytą „Distance Over Time” niczego nie zmienia, nie wprowadza nowej jakości, ale również nie zawodzi na całej linii. Jednym słowem – średnio. Niektórym to wystarczy, niektórym nie. Dla mnie to trochę za mało, aby ocenić ją wyżej niż poprawnie.

Dream Theater - Distance over Time, 2019
Dream Theater – Distance over Time, 2019

Tracklista „Distance Over Time”:

1. Untethered Angel
2. Paralyzed
3. Fall Into The Light
4. Barstool Warrior
5. Room 137
6. S2N
7. At Wit’s End
8. Out Of Reach
9. Pale Blue Dot
10. Viper King (Bonus Track)

Podobne artykuły

Recenzja: Eluveitie – Everything Remains As It Never Was

Kinga Parapura

Recenzja: Machine Head – Unto The Locust

Kinga Parapura

Recenzja: Paradise Lost – The Plague Within

Tomasz Koza

Zostaw komentarz