Recenzja płyty Age of Capricorn zespołu metalowego Arkona
Strona główna » Recenzja “Age of Capricorn”, czyli polska Arkona w nowym wydaniu
RECENZJE

Recenzja “Age of Capricorn”, czyli polska Arkona w nowym wydaniu

Nie jest tajemnicą, że polskie podziemie przeżywa w chwili obecnej prawdziwy renesans, a niemal każda płyta wydana przez rodzime formacje black metalowe okazują się prawdziwymi hitami. Nie inaczej jest w przypadku założonej w 1993 roku Arkony, znanej z bardzo surowego, nieco płytkiego brzmienia.

Po zmianach jakie zaszły w zespole w 2016 roku, ciężko doszukać się w ich twórczości muzycznej toporności, tak charakterystycznej dla początku ich kariery. Przełomowym albumem w twórczości Arkony okazała się wydana w listopadzie 2016 roku “Lunaris”, która spotkała się ze sporą krytyką ze strony zagorzałych fanów poprzednich albumów. Na “Lunaris” słychać znacznie nowocześniejsze brzmienie i swoisty powiew świeżości wprowadzony przez młodszą część składu, jednak z dobrymi tekstami starszych członków.

“Lunaris”, mimo wysokich ocen, było mocno krytykowane za zbyt duże efekciarstwo, skutkiem czego było nieco tandetne brzmienie spowodowane przez nie do końca umiejętne użycie instrumentów smyczkowych, a także nachalne organowe brzmienie klawiszy, które pojawiają się niemal w każdym kawałku.

Dodatkowym minusem tej płyty było zastosowanie standardowych, charakterystycznych dla klasycznego BM, zagrywek gitarowych, które pozostawiały pewien niesmak i sprawiały, że miałam ochotę przeskoczyć na następny kawałek nie słuchając do końca bieżącego numeru.

“Age of Capricorn” – nowe lepsze brzmienie Arkony

13 grudnia 2019 roku premierę miało najnowsze wydawnictwo polskiej formacji black metalowej Arkona. Wydany pod nadzorem Debemur Morti Productions album zatytułowany “Age of Capricorn”, może być nie lada zaskoczeniem zarówno dla nowych jak i starych fanów tego zespołu.

“Age of Capricorn” zaskakuje nieprawdopodobnie melancholijnym, ale bardzo nowoczesnym i dynamicznym brzmieniem, znacznie różniącym się od poprzednich płyt. Fani surowego brzmienia “Imperium” mogą być nie do końca zadowoleni. Choć ich uwagę powinien przykuć fakt, iż na tym albumie słychać inspiracje czerpane ze starszych wydawnictw, trudno tu szukać głuchej garażowej napierdzielanki, która była dość charakterystyczna dla kapel powstałych na przełomie wieków.

Z kolei zwolennicy budzącej dość skrajne emocje, acz wysoko ocenianej “Lunaris”, również mogą odczuwać pewien niedosyt, zwłaszcza jeżeli ich uwaga skupiała się na zbyt wyeksponowanych klawiszach, klasycznych zagrywkach i instrumentach smyczkowych.

“Age of Capricorn”, od swojej poprzedniczki jest pozornie uboższa w dodatkowe efekty dźwiękowe, co w moim odczuciu wyszło bardzo na plus. Najnowsza płyta Arkony nie wiele ma wspólnego z nieco symfonicznym brzmieniem “Lunaris”, a kompozycje w dużej mierze opierają się o melancholijne, nieco rozmyte dźwięki gitar, które uzupełniają się wzajemnie nadając kompozycjom harmonii.

Bardzo dużym pozytywem jest umiejętne użycie klawiszy, które nie są elementem dominującym, a jedynie nadają charakter kompozycjom. Najnowszy krążek Arkony charakteryzuje się dość prostym, ciężkim i bardzo dynamicznym brzmieniem. Na próżno szukać tu technicznych gitarowych popisów, granych tremolo w tempie 666, które potrafi nieprawdopodobnie okaleczyć zarówno utwór, jak i narząd słuchu.

Dodatkowo wielkie brawa za ograniczenie do absolutnego minimum efektu organów, które w moim odczuciu nadają danej kompozycji kiczowatego brzmienia w stylu Dimmu Borgir. W tym przypadku absolutnie mniej znaczy więcej, a postawienie na prostotę i wysokiej jakości brzmienie instrumentów, było strzałem w dziesiątkę.

Co znajdziemy na nowej płycie Arkony?

Najnowszy album zabiera nas w ponad 45 minutową podróż do świata po brzegi wypełnionego dynamicznymi black metalowymi kompozycjami dyskretnie podszytymi melancholią. Płytę otwiera “Stellar Inferno”, którego intro na początku może trochę zniechęcić, ale warto przebrnąć ten nie do końca udany początek, by później móc cieszyć się każdym dźwiękiem, aż do samego końca albumu.

Niewątpliwą i absolutną perłą wśród całego sznura perełek, jest tytułowy “Age of Capricorn”, będący absolutnym kompozycyjnym majstersztykiem. Kawałek absolutnie doskonały, wzbudzający bardzo silne emocje, zapewniający wręcz orgazmiczne uniesienie i solidne ciarki na plecach. Można słuchać bez końca fundując sobie niesamowite przeżycia, które wzbudzają niedookreśloną tęsknotę.

Sprawy techniczne, czyli brzmienie i okładka “Age of Capricorn”

Od pierwszych dźwięków słychać, że nie szczędzono środków podczas jej tworzenia i postprodukcji. Gitary, choć dobrze wyeksponowane, nie drażnią uszu ostrym jak piła brzmieniem, lecz uderzają ścianą dźwięku, by następnie cudownie otulić ciało, sprawiając wrażenie, iż można się w ich brzmieniu zapaść i unieść ponad świadomość. Sekcja rytmiczna nadaje kompozycji odpowiedniego ciężaru, dzięki czemu utwory nie brzmią jak wycięte szlifierką kątową. Ogromne brawa należą się perkusiście za bardzo świadome i umiejętne użycie podwójnej stopy, która nadaje niesamowitej dynamiki utworom nie powodując efektu monotonnego brzmienia.

Nowa Arkona zaskakuje nie tylko nowym brzmieniem, ale także zmianą stylu graficznego na znacznie bardziej prosty, choć niewątpliwie widać inspiracje czerpane z okładek grup rozkręcających scenę BM w latach 90-tych. Logo zespołu znajdujące się na okładce albumu w żaden sposób nie przypomina klasycznego black metalowego napisu, który ciężko odczytać. Litery są proste, czytelne i przywodzą na myśl pismo runiczne.

Z kolei okładka jest stosunkowo prosta i monochromatyczna, można wręcz rzec, że jest bardzo elegancka, choć nadal zachowująca dawny styl obowiązujący na przełomie wieków, co idealnie ilustruje zawartość płyty.

Okładka płyty Age of Capricorn zespołu Arkona
Arkona – Age of Capricorn (2020)

1. Stellar Inferno
2. Alone Among Wolves
3. Age Of Capricorn
4. Deathskull Mystherium
5. Towards The Dark
6. Grand Manifest Of Death

Podobne artykuły

Uzasadniona arogancja – recenzja „Adonai” AXIII

Redakcja

Słaby ten nalot – recenzja Drive-By „2”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Veil Of Maya – Matriarch

Tomasz Koza

Recenzja: Devildriver – Trust No One

Tomasz Koza

Recenzja: Metallica – Hardwired… To Self-Destruct #2

Michał Bentyn

Recenzja: Judas Priest – Firepower

Szymon Grzybowski

1 komentarz

kolo 11 lutego 2020 at 17:15

Dla mnie najlepszy album BM minionego roku… Zajebista muza…

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!