Image default
RECENZJE

Recenzja: Shining – International Blackjazz Society

Z czym kojarzy Wam się saksofon? Założę się, że metal, jeżeli w ogóle, znalazł się na szarym końcu przywoływanych przez Was skojarzeń. Tymczasem norweski zespół Shining uczynił z saksofonu jeden z wiodących instrumentów, tworząc ciekawy podgatunek „Blackjazz” – czyli połączenie metalu z jazzem. Nie ma się co dziwić, w końcu Norwegia to awangarda metalu. To właśnie w tym kraju politycy mają w obowiązku promować norweski metal za granicą, a ich Pani premier soczyście katuje perkusję z iście metalowym zacięciem. Trudno więc się dziwić, że wydała na świat taki zespół jak Shining. Słowem wstępu – Shining zaczynał jako akustyczna grupa jazzowa, która wraz z kolejnymi albumami zmieniała swoje brzmienie. Pomyślcie tylko jaką absurdalną drogę przeszli, skoro ich najnowszy, siódmy album „International Blackjazz Society”, można opisać jako eksperymentalny, agresywny heavy metal… z elementami jazzu rzecz jasna.

Jak przystało na tak niecodzienny zespół, początek „International Blackjazz Society” zaskakuje. Kakofonia dźwięków saksofonu, perkusji i gitar atakuje uszy bez pardonu w otwierającym album „Admittance”. Za nic nie wiadomo na czym skupić uwagę, wszystkie instrumenty brzmią jakby z innej bajki. Jeżeli tak kojarzą Wam się eksperymenty z metalowym jazzem to jesteście w błędzie, bo nagle z tego chaosu zaczyna wybrzmiewać świetny, agresywny i wpadający w ucho motyw przewodni. To instrumentalne intro intryguje i, jak się później przekonałem, doskonale oddaje charakter całego albumu.

Intro gładko przechodzi w kolejny utwór „Tha Last Stand”. Kawałek zaczyna prosty riff i mroczne syntezatory, w rytm których wchodzi trochę szorstki, ale mocny wokal Jørgena Munkeby. Późniejsza, motoryczna ściana gitar wchodzi w bujający groove, a refren jest idealnie hardrockowy, zresztą jak cały numer. Utwór bardzo szybko wpada w ucho i zupełnie nie zapowiada niczego specjalnego, przynajmniej do połowy, kiedy to rozpoczyna się obłędne solo… wykonane na saksofonie! W połączeniu z bujającą ścianą dźwięku i wybijającą prosty rytm perkusją robi fenomenalne wrażenie. Nie wiem jak Wy, ale ja wcześniej czegoś takiego nie słyszałem. Nadmienić trzeba, że na saksofonie gra tutaj wspomniany wcześniej Munkeby.

Z kolei „Burnt it All” zaczyna się od elektroniki i zahacza o industrial. Kawałek ma hipnotyczny rytm i nastrojowy klimat. Dlatego tym większe wrażenie robi tutaj refren, który wchodzi w naprawdę intensywną, bezwzględną galopadę. W połączeniu ze skrzeczącym, agresywnym wokalem i późniejszą świdrującą, gitarową solówką utwór przywodzi na myśl najlepsze utwory z „Mechanical Animals” Marylina Mansona. Następny na liście „Last Day” trzyma się tego klimatu, jest jednak bardziej przebojowy i ma zdecydowanie piosenkowy refren. Nie ma się więc co dziwić, że pełni rolę singla (swoją drogą zobrazowanego fajnym teledyskiem, poszukajcie w sieci). W tym utworze Munkeby znowu daje popis na saksofonie i znowu, ku mojemu zaskoczeniu, świetnie wplata go w gitarowe i perkusyjne łojenie. Z kolei „Thousand Eyes” to już jazda bez trzymanki – jest energicznie, agresywnie, szybko i z dużą mocą. Zupełnie jak grupa wkurzonych na świat garażowców, tyle że z muzycznym warsztatem. W refrenie zespół nabiera cięższego brzemienia, po to, żeby wrócić do industrialu i ostrej młócki. Ogólnie takie zmiany tempa i rytmu są częste na albumie Norwegów. To, co jednak mnie najbardziej zachwyciło w tym utworze, to porywające solo na gitarze – po prostu poezja, metalowa poezja rzecz jasna. W środku kawałek zmienia się nagle w ciekawą improwizację, która z każdą kolejną nutą wchodzi w mocniejsze klimaty, tak by zakończyć całość naprawdę mocnym uderzeniem. Bezsprzecznie najlepszy utwór na całej płycie.

Drugą część albumu otwiera instrumentalny „House of Warship”. Utwór wymaga dużo cierpliwości od słuchacza, bo muzycy folgują swoim jazzowym upodobaniom, oferując nam wciągający, acz skomplikowany aranżacyjnie seans. Munkeby na saksofonie odlatuje w mocne improwizacje i solówki. Wielu osobom ten utwór może wydać się jednym wielkim chaosem i przerostem formy nad treścią, jednak dobrze wkomponowuje się w brzmienie i koncept całego albumu. Poza tym nie można odmówić mu muzycznego kunsztu. Późniejszy „House of Control” jest balladowy, trochę monotonny i przyciężkawy. Ożywia się nieznacznie w refrenie i końcówce, jednak nie rozkręca na dobre. Brzmi jak standardowy, albumowy wypełniacz. „Church of Endurance” trwa niecałą minutę i jest jakby wstępem do kończącego płytę „Need”.Otwiera go stonerowy riff i świdrujące gitarowe solo, które z wokalem nadają kawałkowi groove podobny do tego z początku płyty. W refrenie przechodzi on sprawnie w headbangingowe wymiatanie. Jest tutaj progresywnie i czadowo.

Dawno żadna płyta nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Po pierwszym odsłuchu byłem oszołomiony. Z każdym kolejnym coraz bardziej zachwycony. Shining ma niesamowite brzmienie i styl absolutnie nie do podrobienia. Słychać na ich albumie energię, agresję i przede wszystkim muzyczny kunszt. Ponadto obiecuję, że po przesłuchaniu „International Blackjazz Society” saksofon będzie Wam się kojarzyć wyłącznie z metalem.

shining-international-blackjazz-society-duzeTrack lista:

01. Admittance
02. The Last Stand
03. Burn It All
04. Last Day
05. Thousand Eyes
06. House of Warship
07. House of Control
08. Church of Endurance
09. Need

 

 

 

 

Autor: Robert “Bob” Sierpiński

Rok publikacji: 2015

  • Ocena autora:
4
Sending
User Review
0 (0 votes)

Podobne artykuły

Nieboskie (arcy)dzieło – recenzja Gorycz “Piach”

Paweł Kurczonek

Idealnie dobrana kombinacja – recenzja Disturbed „Evolution”

Bartłomiej Pasiak

Recenzja: Archspire – Relentless Mutation

Hubert Onisk

Zostaw komentarz