RECENZJE

Recenzja: Virgin Snatch – We Serve No One

Wrócili! Po niemal sześciu latach od premiery ostatniego studyjnego krążka („Act Of Grace”), Virgin Snatch znów dają o sobie znać. „We Serve No One” – piąty album zespołu z Grodu Kraka wkrótce ujrzy światło dzienne. Do tej pory, za opus magnum krakowskiej kapeli uważałem „In The Name Of Blood” – najnowszy album Zielonego i spółki zdołał jednak przewyższyć poziomem tamten krążek. Bez przymilania – tak dobrze VS jeszcze nie grali! A na pewno nie tak różnorodnie.

Zgadza się. Na „We Serve No One” na próżno szukać jakiegokolwiek wypełniacza. Jest więc typowa naparzanka, znana z wcześniejszych wydawnictw zespołu („Under Fire”, czy utwór tytułowy), są kilkuczęściowe, bazujące na zmieniającym się klimacie numery („Sister Revolution”, „Fingerprints”) ale i zupełnie nowe rozwiązania stylistyczne (singlowy, doskonały w każdym calu „Devil’s Ride”) oraz przepiękna rockowa ballada („Promised Land” – notabene, najlepszy „przytulaniec” w historii zespołu). Słowem – dla każdego coś dobrego. Słyszalna jest zmiana wiosłowego. Charakterystyczny sposób gry Hiro został zmieniony przez nieco inną manierę, proponowaną przez Pawła Paska.

Zielony trzyma formę. Wciąż, jako jeden z niewielu polskich krzykaczy – świetnie growluje, ale i śpiewa. Spokojne wstawki wokalne w takich numerach jak „Escape From Tomorrow” (jedna z lepszych propozycji na płycie) czy „We Serve No One” przywodzą na myśl najlepsze dokonania Virgin Snatch z dotychczasowych płyt. Sekcja rytmiczna nie zawodzi, zarówno w szybkich partiach, jak i spokojnych, czy bardziej walcowatych, niemal “sabbathowych” fragmentach (marszowy wstęp „Sister Revolution”, „Devil’s Ride” czy „Promised Land”).

Teksty ciągle realizują przesłanie „wotum nieufności”. Gorzkie teksty na temat polityki zawsze były domeną twórczości VS. Świetna jest też oprawa graficzna. Wszystkie komponenty „We Serve No One” świetnie ze sobą współgrają. Na brawa zasługuje również produkcja krążka. Jest bardzo czysto, solidnie i przejrzyście. Odpowiednie proporcje i niezwykła selektywność w brzmieniu poszczególnych instrumentów oraz świetny master wokalu to kolejne atuty najnowszego albumu Snatch.

Moimi faworytami są „Devil’s Ride”, „Escape From Tomorrow”, „Viva La Hypocrisie!” oraz “Promised Land” (mimo, że z reguły nie znoszę ballad). Słabszym punktem „We Serve No One” jest w mojej opinii „Fingerprints”. To jedyny numer, który odruchowo przełączam, słuchając najnowszego albumu krakowian. Nie ulega jednak wątpliwości, że „We Serve No One” to najlepszy krążek Virgin Snatch w ich niemal trzynastoletniej historii. I gdy tylko pojawi się na sklepowych półkach – nie wahajcie się by poń sięgnąć. Nie pożałujecie. Albowiem powiadam Wam – to jeden z najsolidniejszych powrotów ostatnich lat.

virgin-snatch-we-serve-no-one-duzeTrack lista:

01. Coup De Main (Intro)
02. Sister Revolution
03. Fingerprints
04. Escape From Tomorrow
05. We Serve No One
06. No Justice, No Peace
07. Answers To Nothing (Instrumental)
08. Under Fire
09. Promised Land
10. Vive La Hypocrisie!
11. Disintegration
12. Devil’s Ride

 

 

Autor: Tomasz Kulig

Rok publikacji: 2014

Podobne artykuły

Równo, solidnie, mocno – recenzja Infliction “Revolution Machine”

Paweł Kurczonek

Po co te podchody? – recenzja „I, The Mask” grupy In Flames

Bartłomiej Pasiak

To jest łebski chłop – recenzja Devin Townsend „Empath”

Bartłomiej Pasiak

2 komentarze

Anonim 9 grudnia 2016 at 00:21
0

Visitor Rating: 4 Stars

Odpowiedz
Anonim 7 maja 2017 at 00:48
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz

Zostaw komentarz