Image default
RECENZJE

Recenzja: Slayer – Repentless

Slayer kazał czekać na swoją nową płytę aż 6 lat – to najdłuższa przerwa w dyskografii zespołu. W tym czasie wydarzyło się wiele – nie ma się co rozpisywać, tę historię śledził cały metalowy świat. Dosyć powiedzieć, że pod naporem takich wydarzeń niejeden zespół by się rozpadł. Tymczasem Slayer wziął się w garść – z nową wytwórnią i w odświeżonym składzie grupa wydała płytę „Repentless” – czyli w wolnym tłumaczeniu (to słowo wymyślił sobie Kerry King) oznacza mniej więcej „bez skruchy / bez żalu”. Takim tytułem oraz w obliczu wspomnianych wcześniej wydarzeń Slayer znowu postawił na swoim i pokazał wszystkim środkowy palec. No i jeszcze ta okładka – zdecydowanie jedna z najlepszych i najbardziej kontrowersyjnych, jakie Slayer miał okazję zaprezentować.

Miałem to szczęście, że byłem na pierwszym koncercie Slayera w odnowionym składzie (Impact Festival w czerwcu 2013 roku w Warszawie). Zespół prezentował się wtedy świetnie – wciąż był pełen mocy i agresji. Araya zażynał głosem, Kerry nadal miał tę agresję i wycinał zabójcze riffy, Holt jako solidny gitarzysta również się sprawdził, poza tym okazał się bardzo rozrywkowym facetem (utrzymywał świetny kontakt z publiką, a swoim znakiem firmowym uczynił koszulki z prześmiewczymi napisami), a Bostaph znowu dawał sobie wyśmienicie radę na perkusji. Ubiegłoroczny koncert w Poznaniu tylko umocnił mnie w przekonaniu, że Slayer to wciąż kurwa Slaaaaaayer!

Jakże mocno się więc zawiodłem, gdy usłyszałem „Repentless”. Tak, zawiodłem – grupa nagrała jak dla mnie najsłabszy album od lat. Nie zrozumcie mnie źle – ogólnie jest to przyzwoita płyta, ale nie przyzwoitości oczekuje się od takiej grupy. To zespół legenda, wyznaczający trendy, będący wzorem dla tysięcy innych kapel. Ojcowie thrashu. Każdy, kto postrzega się za metalowca, zna ich dyskografię – taki dorobek zobowiązuje. Nowa płytaSlayera powinna być kopniakiem w twarz, powinna swoją siłą i agresją topić mózg. Tymczasem „Repentless” wzbudza takie emocje wyłącznie momentami, a przez resztę albumu raczej zmusza do patrzenia na zegarek lub przewijania kawałków.

Wbrew całościowej ocenie album zaczyna się świetnie. „Delusion of Saviour” to instrumentalne intro – ciężkie, rytmiczne, z dobrym, wpadającym w ucho riffem i harmonią. Doskonale buduje napięcie (to będzie idealne koncertowe intro). Słuchając tego kawałka aż czeka się na wybuch bomby. Ta bomba faktycznie wybucha w postaci tytułowego „Repentless”. Ten kawałek to idealny Slayer – ultra szybki, ziejący agresją, narzucającą szalone tempo perkusją, ostrymi riffami i obłędnymi solówkami. Araya wyrzucający z siebie wściekle „Live fast, on high” sprawia, że od razu ma się ochotę rozwalić wszystko, co znajduje się dookoła. Jedyne co mogę mu zarzucić, to że nasuwa lekkie, kompozycyjne skojarzenia z „Hate Worldwide”. Kolejny „Take Control” tylko zwiększył moje oczekiwania – to chyba najlepszy utwór na całym albumie. Wyróżnia go porywający, motoryczny riff, idealnie zgrany z wokalem. Ten kawałek ma specyficzny, bujający, ale wciąż wściekły groove. Głowa momentalnie sama zaczyna machać w jego rytm. Niestety, po tak świetnym początku następują duży spadek, który z kilkoma wyjątkami raczej już nie wybija się ponad ogólną przeciętność. „Vices” nie zapada w ogóle pamięci. Brzmi jak typowy wypełniacz. Owszem posiada charakterystyczny sznyt Slayera, ma moc i siłę – jednak zupełnie nie porywa. Takich riffów i zagrywek Kerry’ego pełno na każdym albumie Slayera, Bostaph się nie wysila, kompozycyjny standard – niestety nic nowego. Podobnie z „Cast The First Stone”. Utwór jest trochę cięższy, wpada w ucho, ale poza tym nie wybija się ponad średnią – jest w porządku. Rozumiem, że zespół zawsze słynął z tego, że grał to samo i nie zmieniał swojego stylu – w tym tkwiła jego moc, zawsze był wierny swojemu brzmieniu. Jednak mimo tego nastawienia, tworzył ciekawe utwory, które nieraz zaskakiwały kompozycją lub zwyczajnie porywały swoją siłą. Tym utworom tego brakuje. Trochę lepiej jest z „When the Stilness Comes” – zaczyna się mrocznym i tajemniczym riffem, który powoli zaczyna się rozkręcać do potężnego riffu. Czuć tu echa „South of Heaven”. Jednak ciężar staje się tutaj zbyt monotonny, utwór trochę się rozmywa. Ściana gitar i rozdzierający wokal nie mają szans na dobre się rozkręcić, a kiedy już wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku, gdy gitary i perkusją załapują świetne tempo i zaczynają atakować głośniki, kawałek nagle się kończy. Niestety trochę tutaj chaosu. „Chasing Death” mimo, że również w cięższej stylistyce, nie jest tutaj żadnym odświeżeniem. Muzycznie jest przeciętny – prosty, acz chwytliwy riff, banalna perkusja, a wokal to raczej deklamacja. Kawałek wpada w ucho, ale nic poza tym. „Implode” także nie porywa. Brzmi trochę jak odrzut z „World Painted Blood”, a kompozycyjnie przypomina „Americon”. Utwór jest w porządku, ale to znowu powtórka z rozrywki – jednak szczególnie razi jego prostota. Następny jest „Piano Wire”, którego zalążki tworzył jeszcze Jeff Hanneman. Nie wiem, jaki był zamysł na ten utwór i co było w głowie Jeffa, gdy go pisał, ale to co wyszło z niego finalnie jest po prostu tak rozmyte i bezpłciowe, że trudno powiedzieć o nim coś pozytywnego. Nie ma tempa, ani ciekawego rytmu, perkusja i gitary tworzą jednolitą ścianę dźwięku i nic poza tym. Wielki zawód. Z kolei „Atrocity Vendor” to jakiś rymowany potworek, niby buja, ale znowu nie wzbija się ponad przeciętność (słowo klucz tej recenzji, jeżeli ktoś jeszcze nie zauważył). Poza tym brzmienie perkusji jest tutaj boleśnie prostackie – w sumie oddaje idealnie ten kawałek. Chaos na tej płycie uwypukla „You Against You”, bo to kolejna dobra propozycja, wybijająca się na tle całości. Rozpoczyna się od ciekawego intra i mocnego riffu. Potem nagła zmiana tempa i rozpoczyna się świetna galopada w rytm przewodniego, naprawdę ostrego riffu – znaku rozpoznawczego Kerry’ego. Są tutaj ciężar i siła, które podbija dodatkowo potężny, energetyczny wokal. Końcówka to już jazda bez trzymanki. Taki Slayer to ja rozumiem! Album kończy „Pride and Prejudice”, ciężki i dosyć powolny kawałek, który nie ma zupełnie nic do zaoferowania. Jest zwyczajnie nudny.

Slayer ewidentnie jest na rozstaju dróg. To już nie ten sam zespół. Po śmierci Jeffa słychać, kto przejął główną rolę w zespole. Kerry ma zdolność do tworzenia szybkich i pełnych mocy kawałków, które potrafią wzbudzać zachwyt i wybuch niekontrolowanej energii. Jednak jeżeli chodzi o układanie kompozycji czy tekstów widać, że daleko mu do Jeffa. Płyta jest przyzwoita, a to zdecydowanie za mało jak na zespół tej klasy. Patrząc na dotychczasową dyskografię kapeli nie można uznać jej za dobrą. Widać, że zespół to wciąż stary dobry Slayer, który ma cięższy okres. Liczę, że to jest przejściowy stan (tak jak to było z jego twórczością w końcówce lat 90’tych) i że doczekamy się chociażby kolejnego „God Hate Us All”. Panowie muszą wypracować sobie nowe brzmienie, lepiej się zgrać i oswoić artystycznie jako grupa. Na razie pozostaje nam czekać na ich koncert, który niezmiennie będzie niesamowitym wydarzeniem.

slayer-repentless-duzeTrack lista:

01. Delusions Of Saviour
02. Repentless
03. Take Control
04. Vices
05. Cast The First Stone
06. When The Stillness Comes
07. Chasing Death
08. Implode
09. Piano Wire
10. Atrocity Vendor
11. You Against You
12. Pride In Prejudice

 

 

Autor: Robert “Bob” Sierpiński

Rok publikacji: 2015

Podobne artykuły

Recenzja: Mastodon – The Hunter

Kinga Parapura

Brutalna klasyka – recenzja Obscenity „Summoning the Circle”

Bartłomiej Pasiak

Szczera prawda – recenzja Down to the Heaven „[ level – 1 ]”

Paweł Kurczonek

1 komentarz

slayer666 23 listopada 2016 at 23:34

Chyba słuchamy różnych albumów. Wg mnie płyta kapitalna bez dwóch zdań. Słucham Slayera od początku i to jest świetny album.

Odpowiedz

Zostaw komentarz