RECENZJE

Tej płycie zrobiono krzywdę – recenzja Kat „Without Looking Back”

Nie wiem, czy Was to interesuje, ale muszę się przyznać, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak trudno pisało mi się jakąkolwiek recenzję, jak właśnie najnowsze dzieło Kata, czyli „Without Looking Back”. Z jednej strony to prawdziwa legenda i pionierzy ciężkiego grania, z drugiej nowy krążek jest tak nijaki, że gdybym miał go do czegoś porównać, na myśl przychodzi mi tylko rozwodniony, rzadki budyń. Bez syropu.

Dawałem tej płycie dużo szans, próbowałem jej słuchać w różnych okolicznościach – w skupieniu i na luzie – ale żadnej z nich zespół nie wykorzystał. Gdyby nie legendarne logo Kata na okładce, rzuciłby ją w kąt i nie marnował na nią czasu, a Wam nie zawracał głowy. Niemniej to jednak legenda i zasługuje na dłuższą wzmiankę. Nawet jeśli niepochlebną.

Zacznę od kwestii najistotniejszej – Kat na „Without Looking Back” nie gra metalu

Przynajmniej nie takiego, jakiego moglibyśmy się spodziewać po tak zasłużonym zespole. Styl muzyczny na nowym krążku oscyluje gdzieś między hard rockiem z elementami bluesa a pozornie zadziornym, ale zdradzającym radiowe ciągoty rockiem. Tu i ówdzie zdarzają się fragmenty, które u fana metalu mogą wywołać jakąś reakcję, ale czegoś ponad drgnięcie brwi raczej się nie spodziewajcie.

Gdybym miał porównać do czegoś Kata na „Without Looking Back”, powiedziałbym, jest tam trochę Scorpionsów, może ciut Accept

Ogólnie nie brakuje odwołań do muzyki przede wszystkim z lat 80, ale też z lat 70., głównie za sprawą używanych od czasu do czasu klawiszy Hammonda. Żeby jednak była jasność – cały czas piszę o rejonach stylistycznych, a nie jakości zaserwowanej muzyki, bo ta jednak zdecydowanie odstaje od wspomnianych zespołów i najważniejszych przedstawicieli gatunków.

Jakby nie patrzeć, na płycie nie znalazło się miejsce dla thrashu, o mroczniejszych czy cięższych odmianach metalu nie wspominając. Nawet „Mind Cannibals”, czyli poprzedni album “Luczykowego Kata” można w porównaniu do „Without Looking Back” uznać za zdecydowanie metalowy. No cóż, trzeba zespołowi oddać, że przynajmniej tytuł krążka trafnie dobrany.

Skoro mamy za sobą wstęp logistyczny i usytuowaliśmy nową płytę Kata na gatunkowej mapie, przejdźmy do konkretu

Album otwiera „Black Night in My Chair”, w którym początkowo dość ciężki szarpany riff zastępuje melodyjna zagrywka, refren można uznać za przebojowy, a raczej “przebojowawy”, bo w żadnym wypadku nie wcina się w pamięć. Cały numer utrzymany jest w średnim tempie, jest obowiązkowe zwolnienie i delikatny melodyjny pasaż – nie zdziwiłbym się, gdybym usłyszał to w jakimś mainstreamowym radiu.

Drugi numer z płyty, czyli „Poker” to jeden z tych, które od biedy można uznać za bardziej metalowy – jest szybko, główny riff jest dość prosty, ale w sumie nieźle napędza numer, który jest jednym z jaśniejszych elementów na trackliście. Później pojawia się nawet fajna solówka. W końcówce natomiast nastrój zmienia się dość znacznie – na rzewny za sprawą dość smutnego wydźwięku wokalu i brzmienia gitar. I niestety ciągnie się w tej manierze trochę za długo.

Zresztą to dość symptomatyczne dla większości utworów na „Without Looking Back”

W sumie na krążku jest dziesięć numerów, a płyta trwa ponad godzinę – to zdecydowanie za długo. Zwłaszcza że mamy do czynienia z dość prostą muzyką, a przedłużanie niektórych utworów wygląda raczej na rozciąganie ich na siłę, bez dobrego pomysłu, jak zagospodarować ten czas, żeby było ciekawie i zaskakująco. Kto wie, może gdyby tak skondensować tę muzykę do maksymalnie 40 minut, byłoby zdecydowanie lepiej?

Paradoksalnie dość nieźle wyszły dwa najdłuższe numery na płycie, czyli „Wild” i „Promise Land”. Ten pierwszy utrzymany jest w stylistyce blues rocka rodem z lat 70. Zwieńczenie utworu z mocno uwypuklonymi partiami klawiszowymi przywodzi mi z kolei na myśl dokonania The Who. Drugi ma fajną dramaturgię, którą dobrze podkreśla wokal.

Skoro już jesteśmy przy wokalu, dwa zdania należą się nowemu wokaliście Kata – Jakubowi Weigelowi

Zastąpił na tym stanowisku Henry’ego Becka i o ile do jego warsztatu nie mam uwag, o tyle słychać, że metal nie jest jego bajką. W momentach, gdy trzeba pobawić się nastrojem głosu, we fragmentach bardziej bluesowych czy nastrojowych wypada zdecydowanie lepiej, niż tych stricte metalowych, gdzie trzeba głosem przenieść gniew i wściekłość. Wtedy jest niestety dość płasko na amplitudzie emocji. Może stąd też wynikała wolta stylistyczna całego zespołu?

Mieszane uczucia wzbudza też we mnie okładka

Skoro zespół nazwał płytę “Without Looking Back” i stylistycznie mocno odciął się od twórczości z poprzednich wcieleń, dlaczego szata graficzna jest żywcem wzięta z przeszłości? Niby można to potraktować jako puszczenie oka do fanów, ale według mnie to raczej brak spójności i jakiś rodzaj zagubienia, niż przemyślana koncepcja.

Nie chcę wyjść na totalnego malkontenta – „Without Looking Back” nie jest płytą bardzo złą

Jest nieźle wyprodukowana, brzmienie jest dość dopracowane, a muzyka zawarta na krążku może znaleźć swoich amatorów. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że gra sobie w jakimś pubie dla rockersów w tle i nikogo raczej o ból zębów nie przyprawia.

Można ją też z całą pewnością puścić w samochodzie, podczas podróży z osobami, które za metalem nie przepadają – podróż na pewno dla nikogo nie będzie katorgą. Ale czy naprawdę o to chodzi w muzyce Kata, czyli pioniera i prekursora najczarniejszych odmian metalu w Polsce? Moim zdaniem absolutnie nie.

Okładka płyty Without Looking Back zespołu Kat
Kat – Without Looking Back, 2019

Tracklista „Without Looking Back”:

1. Black Night In My Chair
2. Poker
3. Medival Fire
4. The Race For Life
5. Flying Fire
6. Wild
7. Walls Of Whispers
8. Let There be Fire
9. More
10. The Promised Land

Podobne artykuły

Recenzja: Eluveitie – Everything Remains As It Never Was

Kinga Parapura

Lubię takie przypadki – recenzja “Thallium” zespołu Here on Earth

Paweł Kurczonek

Recenzja: Metallica – Hardwired… To Self-Destruct #1

Albert Markowicz

Zostaw komentarz