RECENZJE

Na zagładę jeszcze poczekamy – recenzja „The Door to Doom” Candlemass

Jeszcze nigdy Candlemass nie kazało czekać fanom tak długo na swoją kolejną płytę. „The Door to Doom” ukazało się aż 7 lat po wcześniejszym krążku szwedzkich mistrzów doom metalu, czyli „Psalms for the Dead” z 2012 roku. Nawet w najtrudniejszych czasach zespołu, który zawieszał działalność, miał problem z wokalistami, prace nad nową muzyką nie zajmowały tak dużo czasu. Czy tak długa pauza pozwala liczyć na eksplozję skumulowanej energii, czy może wskazuje na niemoc twórczą? No cóż ani jedno, ani drugie.

„The Door to Doom” to przede wszystkim wielki powrót – za mikrofonem Candlemass ponownie stanął Johan Längqvist.

Choć słowo „powrót” nie do końca w tym wypadku pasuje. Warto przypomnieć w dużym skrócie tę historię. Otóż Längqvist śpiewał na debiutanckim albumie zespołu, czyli absolutnie kultowej płycie „Epicus Doomicus Metallicus”. Nie był jednak wówczas członkiem zespołu, a Candlemass funkcjonowało jako trio. Był wokalistą sesyjnym – rzadki to przypadek, ale jednak w owym czasie tak się właśnie zdarzyło – i w zasadzie nigdy nie był oficjalnym członkiem zespołu, choć spędził z kapelą prawie trzy lata. Dopiero następny gardłowy, czyli Messiah Marcolin, zyskał pełnoprawny status.

Skoro mamy załatwione kwestie historyczne, można przejść do występu Längqvist na „The Door to Doom”.

Niestety nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że oto mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Muzyka Candlemass jest potężna, szlachetna i spektakularna. Takiego też wokalu oczekuję po tym zespole, bo przez lata przyzwyczaili do tego wspomniany już Marcolin, czy Robert Lowe. Längqvist natomiast – w mojej ocenie śpiewa w sposób wysilony, brakuje mu pewnej lekkości w głosie. Dodatkowo jego wokal często wpada w zadziorne rejestry, trochę w stylu Marka Tornillo z Accept. O ile w muzyce niemieckiego zespołu taka maniera pasuje jak ulał, o tyle w Candlemass słuchać zgrzyt.

Nie jest tak, że wokalista całkowicie nie pasuje.

Wręcz przeciwnie, są fragmenty, w których sprawdza się świetnie. Zwłaszcza tam, gdzie nie musi śpiewać na pełnej mocy. Akustyczny wstęp do „Under The Ocean”, czy balladowy utwór „Bridge of the Blind” brzmią świetnie. Są ponure, posępne, ale jednocześnie słuchać tam prawdziwe emocje.


Drugą postacią, której obecność warto wspomnieć to Tony Iommi, który użyczył swojego talentu, aby zagrać solówkę w „Astrolus – The Great Octopus”. Cały utwór jest jednym z najciekawszych na płycie. Kroczące tempo i potężny riff kontrastują się w nim ze spokojniejszą zwrotką, by znów zaatakować w refrenie. Solówka Iommiego jest… no niezła. Tyle można o niej powiedzieć. Szału nie ma, ale słuchać czyje palce pracują na gryfie, w końcu to niepodrabiany styl.

Po tych wszystkich dodatkach i nowościach można w końcu przejść do dania głównego, czyli muzyki na „The Door to Doom”.

Trudno mi znaleźć jednoznaczne określenie, które dobrze oddałoby mój stosunek do utworów na płycie. Rozczarowanie czy zawód to zdecydowanie zbyt mocne słowa. Candlemass w swoim doom metalowym fachu poniżej pewnego poziomu nie schodzą, ale na tym albumie odczuwam jednak pewien spadek formy. Trudno jednoznacznie wskazać, co za to odpowiada, bo nic na tej płycie nie jest jednoznacznie kiepskie lub złe. Brakuje natomiast tego, z czego utwory Candlemass słynęły, czyli bardzo łatwego wbijania się w mózg. Słychać to zwłaszcza, gdy muzykę na „The Door to Doom” skonfrontuje się z wcześniejszymi dokonaniami Candlemass. I wcale nie chodzi o kultowe i definiujące gatunek krążki z lat 80., ale płyty już z XXI, które są w moim odczuci jednoznacznie lepsze. Mam na myśli ogólne odczucie, bo już niektóre pojedyncze utwory mogą z powodzeniem przyspieszyć tętno. „Death’s Wheel” to świetny, bujający riff. „The Omega Circle” zaskakuje z kolei rozmachem i różnorodnością. „Bridge of the Blind” jest piękną metalową balladą, ale nie ma w niej krzty tkliwości czy rozrzewnienia. Jest smutek, tęsknota i żal – doom metal w pełnej krasie.

Podkreślić trzeba dobrą produkcję „The Door to Doom”.

Ta brzmi bardzo przyjemnie i selektywnie. Nie ma również problemów z nadmierną głośnością, które pojawiały się przy okazji wcześniejszych wydawnictw, na przykład „King od the Grey Island”. Nie do końca rozumiem natomiast zabiegu z okładką płyty, która jest jawnym autoplagiatem z debiutanckiego krążka. Niby znów śpiewa ten sam wokalista, ale mimo wszystko w mojej ocenie jest to pójście na łatwiznę.

Na nową płytę Candlemass czekałem z wielką niecierpliwością, bo – nie ukrywam – to jeden z moich ulubionych zespołów. Miłość jednak nie zawsze jest ślepa, bo dostrzegam mankamenty nowego krążka Szwedów. Nie jest to na pewno płyta zła, ale z całą pewnością są o wiele lepsze. Nie tylko w dyskografii Candlemass.

Candlemass - The Door to Doom, 2019
Candlemass – The Door to Doom, 2019

Lista utworów:

01. Splendor Demon Majesty
02. Under The Ocean
03. Astorolus – The Great Octopus (gościnnie Tony Iommi)
04. Bridge Of The Blind
05. Death’s Wheel
06. Black Trinity
07. House Of Doom
08. The Omega Circle

Podobne artykuły

Recenzja: Frontside – Teoria Konspiracji

Tomasz Koza

Recenzja: Accept – Stalingrad

Tomasz Koza

Recenzja: Frank Carter & The Rattlesnakes – Blossom

Tomasz Koza

Zostaw komentarz