RECENZJE

Fajna, ale bez tego “czegoś” – recenzja Black River “Humanoid”




Nigdy nie byłem fanem zespołów znanych z bycia znanymi. Na wszelkie projekty tworzone przez znane nazwiska i określane nadużywanym mianem “supergrupy” patrzyłem raczej, jako na swoiste ciekawostki – ot, paru chłopa, znanych z innych zespołów postanowiło pograć razem. Do Black River miałem pierwotnie podobne podejście. Jednak koncert u boku Behemoth w katowickim Mega Clubie skutecznie rozwiał moje wątpliwości. Zespół pokazał się wtedy od bardzo fajnej strony i udowodnił, że w żadnym wypadku nie jest kolejnym zbędnym, powstałym z nudów projektem pobocznym.

Dalsze losy zespołu są doskonale znane. Przyczyny losowe sprawiły, że Black River zniknął z rynku równie gwałtownie, jak się na nim pojawił.

Od tego czasu minęła dekada…

…w odtwarzaczu kręci się “Humanoid”, a ja mam wrażenie, jakby zespół nigdy nie zniknął. Ta sama muzyka, ten sam ogromny potencjał i nośność, ta sama chwytliwość, ten sam fajny hard rock, niewymuszony, podany bez napinki i zadęcia. Do tego dobrze zagrany i dobrze nagrany. Choć nie powiem – przybrudziłbym nieco brzmienie płyty, nadałbym mu więcej ciężaru.

„Humanoid” brzmi dla mnie zbyt popowo, zbyt płasko, a przez to trochę nijako. Dźwięk jest pozbawiony głębi, porządnego „dobasowania” – słowem, brakuje szczerego, solidnego strzału w ryj. Większa surowość, większa „chropowatość” produkcji z pewnością dodałaby albumowi uroku i charakteru.

Parę słów okładce „Humanoid”.

Podoba mi się, że dzieje się na niej więcej, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Patrząc z daleka na płytę wystawioną na półce sklepowej, widać jedynie wyraźne, duże litery na czarnym tle i „jakieś mazy”. Okładka sprawia wrażenie bardzo schematycznej i prostej. Dopiero biorąc płytę do ręki widać, że całość jest dużo bardziej szczegółowa i dopracowana, niż wydawało się pierwotnie. Bardzo podoba mi się ten zabieg, podoba mi się, że udało się umieścić na okładce zdjęcia zespołu, bez jednoczesnego popadania w banał.

Mam problem z wyborem faworyta.

Na trwający czterdzieści minut album, trafiło 11 utworów, z których poleciłbym otwierający płytę “Flying High” z cholernie dobrą solówką, przebojowy “Revolution”, który grupa (moim zdaniem słusznie) wybrała na singel promocyjny. Wyróżnia się nieco wesołkowaty “The Rebel”, który mi skojarzył się z pierwszymi płytami Acid Drinkers. Wyróżnia się “Monster” z cięższym, bardziej agresywnym riffem. Zresztą cały album ma przebojowy, wybitnie radiowy potencjał. W każdym utworze znajdzie się coś, co zwraca uwagę słuchacza. Wyraźnie widać, że zespołowi zależało na nagraniu płyty łatwej w odbiorze, płyty rozrywkowej i swobodnej, płyty, która “wejdzie” słuchaczowi bez problemu.

Potencjał jest. I co z tego?

Słowo “potencjał” jest, moim zdaniem, kluczowe. Chciałbym móc pisać o tej płycie w samych superlatywach, ale nie mogę. Tak, płyta ma potencjał. Na “Humanoid” wszystko jest na swoim miejscu, są fajne riffy, drapieżny wokal i odpowiednia ilość melodii i niewymuszonego luzu, a więc są wszystkie składniki niezbędne, by hardrockowy album stał się hitem.

Jednak brakuje mi pełnego wykorzystania tego potencjału. Brakuje mi na krążku tego “czegoś”, co sprawiłoby, że chciałbym ponownie wcisnąć “start” na odtwarzaczu. Tej nieuchwytnej, trudnej do zdefiniowania wartości dodanej, która sprawiłaby, że “Humanoid” stałby się czymś więcej, niż fajnym, poprawnym krążkiem.

Zaledwie(?) poprawna.

Pytanie, czy w dzisiejszych czasach można sobie pozwolić na nagranie płyty poprawnej. Moim zdaniem nie. Uważam, że poprawność płyty jest warunkiem koniecznym, ale jednak nie wystarczającym do tego, by płyta zapadła w pamięci na dłużej. I właśnie to uważam za główną wadę “Humanoid”. Kompozycje nie zapadają w pamięć, niczego po sobie nie zostawiają. Żadnego utworu z płyty nie nucę idąc do pracy. Żaden utwór nie tłucze mi się po głowie po przebudzeniu. Jedenaście kompozycji na „Humanoid” widzę, jako poprawne. W moim odczuciu, zaledwie poprawne. Brakuje mi ciosu z prawdziwego zdarzenia. Tego przebłysku geniuszu, którym wypełnione były płyty Pantery, czy tej cholernej chwytliwości albumów Illusion. Brakuje uroku krążków, które nagrał Alice Cooper i bezczelności Motörhead.

“Humanoid” to nie jest zła płyta.

Jako soundtrack na długą, monotonną podróż autostradą, sprawdzi się idealnie. Jako tło w zadymionym barze również. Ja jestem jednak nieco rozczarowany, bo po płycie nagrywanej bez pośpiechu, bez bossa z wytwórni patrzącego nerwowo na zegarek, bo terminy gonią, bez gadania “musicie to, musicie tamto”, po prostu spodziewałem się więcej.

Black River - Humanoid, 2019
Black River – Humanoid, 2019

Tracklista “Humanoid”:

1. FLYING HIGH
2. REVOLUTION
3. HUMANOID
4. H.T. ANGEL
5. Q
6. THE REBEL
7. ABYSS
8. WORLD IN BLACK
9. MONSTER
10. „7”
+ BONUS TRACK
11. R’n’R HELL

Podobne artykuły

Recenzja: Sabaton – Heroes

Tomasz Koza

Recenzja: Metallica – Hardwired… To Self-Destruct #1

Albert Markowicz

Recenzja: Septicflesh – Titan

Tomasz Koza

Zostaw komentarz