Image default
RECENZJE

To już nie są żarty – recenzja Zeal and Ardor „Stranger Fruit”


Zeal and Ardor (w wolnym tłumaczeniu: żar i zapał) to pierwotnie jednoosobowy projekt Manuela Gagneux, powstały w wyniku internetowego żartu. Muzyk zapytał na forum, jakie dwa gatunki muzyczne powinien ze sobą połączyć. Ktoś mu odpisał: black metal i negro spirituals, czyli religijne pieśni czarnoskórych niewolników. Manuel podchwycił pomysł i na pierwszej płycie Zeal and Ardor połączył ze sobą te dwie skrajności.

Gdy krążek “Devil is Fine” ujrzał światło dzienne, łaziłem po mieszkaniu nucąc jak mantrę: “good lord is a dark one, good lord is the one that brings the fire”.

Dziś Zeal and Ardor to sześcioosobowy zespół, a druga płyta pt. „Stranger Fruit” ujrzała niedawno światło dzienne.

Już po pierwszych dźwiękach wiemy, czego się spodziewać po płycie. Manuel kontynuuje kierunek obrany na debiucie. Na pierwszej płycie brzęczały niewolnicze łańcuchy, tu mamy rytmiczne dźwięki rąbanego drewna, ciężkiej i niewdzięcznej pracy fizycznej, wspieranej niepokojącą mruczanką, bynajmniej nie kubusiową i monotonną melorecytacją. Po chwili „Intro” wybucha iście blackową ścianą gitar. Utwór, o dziwo, został wsparty teledyskiem, który bezpośrednio wiąże się z historią opowiedzianą dalej.

A im dalej w las, tym ciekawiej.

„Gravedigger’s Chant” to promujący płytę utwór, okraszony niezwykle sugestywnym klipem. Manuel krzyczy w utworze „watch yourself, you can’t run, you can’t hide, Lord don’t have mercy for you”. Tekst powtarzany jest wielokrotnie, jak bluźniercza mantra – łatwa do zapamiętania, wpadająca w ucho. Zupełnie, jak niewolnicze pieśni. A myśl, że Pan nie ma dla mnie litości, będzie towarzyszyć mi do końca płyty.

Niewolnicy, dołączcie!

Całość płyty bardzo mocno osadzona jest niewolniczym klimacie. Zaczynając na tytule nawiązującym do przeboju Billie Holiday „Strange Fruit”, traktującego o linczu na Afroamerykanach, a na muzyce i tekstach kończąc. W pulsującym transowo „Servants” Manuel przestrzega, że wielu umrze, gdy słońce nie wzejdzie, a gdy służący będą mieli własną drogę – popłynie krew.

Następny na płycie utwór, „Don’t You Dare”, rozpoczyna się dźwiękami świerszczy i brzdąkającą bluesową gitarą, dźwiękami, które mi kojarzą się plantacją bawełny, gdzieś w Luizjanie. Chwilę później utwór eksploduje black metalową ścianą dźwięku. To jeden z brutalniejszych utworów na płycie, również tekstowo. Słuchaczowi wpaja się tu, by nie ważył się odwracać wzroku, jeżeli ceni sobie własne życie. Odwracać od czego? Od cudzego cierpienia? Niesprawiedliwości? Możemy się jedynie domyślać.

Chwilowy odpoczynek od niewolniczych łańcuchów dostajemy w kilku przerywnikach.

Najpierw w bardzo spokojnym, wręcz ambientowym „The Hermit”, później w niepasującym do płyty „The Fool”, brzmiącym jak dziwaczny remiks jakiegoś utworu. Ostatni przerywnik, „Solve”, brzmi jak przetworzona melodia z pozytywki, prosta i na swój sposób melancholijna. To zdecydowanie najsłabsze i właściwie zbędne momenty płyty, która bez tych krótkich wstawek doskonale by sobie poradziła.

Nie zapominajmy, że „Stranger Fruit” to jednak płyta metalowa.

Nie brakuje tu blastów („Waste”) i chwytliwych riffów. Fragmenty „We Can’t Be Found” z powodzeniem mogłyby trafić na „Death Magnetic” Metalliki, a wiele innych – na płyty black metalowych tuzów. To jednocześnie niezwykle eklektyczny i bardzo zróżnicowany album. Jeżeli wyznajesz jedynie trve-kvlt-black-metal spod znaku Mayhem, czy Darkthrone, to nie będzie płyta dla Ciebie. Znajdziesz tu bluesowe gitary, chóralne zaśpiewy, a nawet klawisze. Oczywiście Zeal and Ardor nie prezentuje „sympho-blacku” do jakiego przyzwyczaił nas np. Emperor. Zarówno chóralne zaśpiewy, jak i klawiszowe wstawki są proste i ponure. Jak w świetnym utworze tytułowym, gdzie wyznaczają przytłaczający marszowy rytm.

Płytę „Stranger Fruit” zamyka melancholijny „Built on Ashes”.

Co stawia się na popiołach? Groby. „Na końcu tego wszystkiego nie ma wątpliwości, że jesteś związany, by umrzeć samotnie (…) Wykopiemy Ci grób niedaleko domu (…), nigdy nie mówiliśmy, że do domu powrócisz”. Czy właściciel niewolników ukarał ich za bunt? Czy to raczej oni tak okrutnie zemścili się za swój los? Interpretację zostawiam Wam…

Na osobny akapit zasługuje produkcja płyty.

Debiutancka płyta zespołu mocno kulała pod tym względem, całą produkcję, miks i mastering Manuel przygotował samodzielnie i słychać było, że nie ma zbyt dużego doświadczenia. Do pracy nad „Stranger Fruit” zatrudnił już fachowców. Różnica jest diametralna, instrumenty nie zlewają się w nieczytelny hałas i nie zagłuszają się wzajemnie. Ale nie spodziewajcie się sterylnej, wycyzelowanej produkcji w stylu Dimmu Borgir – całość jest odpowiednio brudna i świetnie koresponduje z ciężką, niewolniczą tematyką płyty.

Manuel Gagneux stworzył z dwóch skrajności, których pozornie nie da się połączyć, niezwykle spójny i sugestywny projekt.

O ile „Devil is Fine” była dopiero przedsmakiem, o tyle „Stranger Fruit” to bardzo dopracowana i oryginalna płyta. Niepokojąca, brutalna i mroczna. Zło czai się w każdym jej zakamarku. Nie takie jasełkowe, pod postacią rogatego Szatana straszącego grzeszników ogniem piekielnym, ale brudne, parszywe i przyziemne. Zło brzęczące kajdanami, broczące krwią, świszczące batem. Śmierdzące strachem i nienawiścią. Zło, jakie jeden człowiek jest w stanie wyrządzić drugiemu.

Zeal and Ardor - Stanger Fruit, 2018
Zeal and Ardor – Stanger Fruit, 2018

Tracklista:

1. Intro
2. Gravedigger’s Chant
3. Servants
4. Don’t You Dare
5. Fire of Motion
6. The Hermit
7. Row Row
8. Ship on Fire
9. Waste
10. You Ain’t Coming Back
11. The Fool
12. We Can’t Be Found
13. Stranger Fruit
14. Solve
15. Coagula
16. Built on Ashes

  • 8.5/10
    Ocena autora - 8.5/10
8.5/10

Podobne artykuły

Recenzja: Metallica – Hardwired… To Self-Destruct #1

Albert Markowicz

Recenzja: Megadeth – TH1RT3EN

Kinga Parapura

Krótko, ale powoli – recenzja „House of Doom” zespołu Candlemass

Adam Stachowski

Zostaw komentarz