RELACJE

Relacja: Behemoth, Batushka, Imperator, Bölzer, Untervoid – Warszawa, 14.12.2018

Merry Christless to hasło znane fanom Behemotha od ubiegłego roku. Miała wówczas miejsce pierwsza edycja grudniowych koncertów zespołu. Swoiste święto, początkowo zapowiadane jako pojedyncze wydarzenie. W tym roku wykroczyło poza Warszawę, urastając do rozmiarów mini trasy po trzech polskich miastach. Warto zaznaczyć, że całkiem wyprzedanej. Pośród supportów mogliśmy odnaleźć dwie grupy znane nam z plakatu promującego trasę „Rzeczpospolita Niewierna” – Batushkę oraz Bölzer. A ponadto dwie inne – jedną zakorzenioną w latach 80-tych i drugą z ledwie kilkuletnim stażem…

Preludium do piątkowego wieczoru zafundował Untervoid.

Konrad „Destroyer” Ramotowski, założyciel grupy, jest postacią kojarzoną z dwiema innymi formacjami. Przez jedenaście lat związany z Kriegsmachine. Przez dziewięć, do 2015 roku – z Hate. Po trzech latach od rozstania z tą ostatnią zaprezentował własny materiał. Niespełna dwudziestopięciominutowa EPka zatytułowana po prostu „Untervoid” nie porwała mnie w wersji studyjnej… I nie powiem, aby porwała na żywo. Nie aż tak. Zostawiła jednak niewątpliwie przyjemne doświadczenie black metalu, który nie masakruje bębenków usznych z każdym ułamkiem sekundy.

Miłego zaskoczenia doznałam również w kwestii wokalu, na żywo wybijającego się na plan pierwszy znacznie bardziej niż na płycie. Czystego, momentami przechodzącego w przejmujące zawodzenie. Tu dodatkowy plus należy się za oprawę techniczną koncertu. Światło zgrabnie przechodziło od zimnych błękitów, podbijając atmosferę bardziej melancholijnych części występu, do czerwieni współgrających z następującymi po nich blastami.

„Uderzenie chaotycznej energii”.

Tym mianem zdefiniowali swego czasu swoją twórczość sami członkowie Bölzer. I wydaje mi się, że ten opis mówi wszystko. Szwajcarski duet przekazał tłumowi energię, której nie powstydziłby się zespół dysponujący większą liczbą członków. Dążący do minimalizmu środków muzycy Bölzer wypracowali przez ostatnią dekadę brzmienie ciemne i niepokojące. Każdorazowo budują na scenie ścianę wprowadzającego w black metalowy trans dźwięku, którego nie pomyli się z żadnym innym zespołem.

Przed dwudziestą na scenę wkroczył Imperator.

Krokiem pewnym, w czerwieniach, wnosząc ze sobą ciężar staroszkolnego, death metalowego brzmienia. Zespół powrócił między żywych po osiemnastoletniej przerwie i nie miał zamiaru pieścić się z tłumem. Otrzymanych w czasówce czterdzieści minut wykorzystał jak najlepiej, atakując bez litości z każdym utworem.

Kawałkiem otwierającym setlistę był „Eternal Might” wydany na demie pod tym samym tytułem, które ukazało się w 1988 roku. Po nim w ręce tłumu zostało oddanych jeszcze siedem ociekających posoką i wściekłością kompozycji. Które spotkały się z entuzjazmem większym, niż dwie poprzednie kapele. Zespół pożegnał się jednym ze swych najstarszych tworów –  „Świętą Wojną”.

Jedna z ostatnich liturgii.

Jak zapowiadał wcześniej w tym roku w jednym z wywiadów wokalista Batushki, grudniowe koncerty miały być ostatnią okazją do usłyszenia na żywo debiutanckiego albumu grupy. Najbliższa przyszłość zespołu pozostaje dla fanów niewiadomą. Jedno jest natomiast pewne – „Litourgiya” została odprawiona podczas Merry Christless należycie. Powiem to wbrew gronu malkontentów, którzy uważają Batushkę za jeden z bardziej przecenianych zespołów ostatnich lat. Owszem, od 2015 roku słyszymy te same utwory, w tej samej oprawie. Czy coś jeszcze pozostaje tu niezmienne? Ano aprobata, z jaką odbierane są występy grupy.

Obyło się bez niespodzianek. Scena stopniowo wypełniała się atrybutami kojarzonymi z liturgią prawosławną. Powietrze zgęstniało od zapachu kadzideł i dymu. Światła przyciemniały. Wreszcie usłyszeliśmy znaną wszystkim partię gitarową poprzedzającą pierwsze uderzenia „Yekteniya 1”. Potem już poszło szybko – zbiorowa euforia, niesłabnące z utworu na utwór pogo. Nie zliczę, ilu fanów musiało cierpieć po koncercie tak dobrze nam znaną bolesność karku po dobrym headbangingu. Jeśli faktycznie miało miejsce pożegnanie z Batushką, zespół zrobił to w najlepszy możliwy sposób. Pozostawiając po sobie wspomnienie udanego koncertu oraz metalowe błogosławieństwo.

Po ostatnim supporcie odgrodzono scenę półprzezroczystą płachtą.

Z głośników popłynęła zaś zapętlona wersja dziecięcego chóru z utworu otwierającego „I Loved You At Your Darkest”. W pół godziny ostatecznego oczekiwania tłum zagęścił się bardziej (choć apogeum miało nastąpić dopiero po wyjściu headlinera na scenę). Punktualnie, dwadzieścia minut po dziesiątej, zgasły świata. Mrok rozjaśniała wyświetlana na wspomnianej wcześniej płachcie projekcja przedstawiająca Polskę pod znakiem odwróconego krzyża – szyld tegorocznego Merry Christless. Pojedyncze rozbłyski światła obnażały przed fanami obecność zespołu na scenie. W międzyczasie dziecięcy chór przeszedł w utwór „Solve”, po którego ostatnim dźwięku płachta opadła…

Koncert otworzył utwór „Wolves ov Siveria”. Grany na żywo na miesiące przed wydaniem płyty. W moim odczuciu brzmiący najlepiej w następstwie wspomnianego wcześniej „Solve”, po którym może zaatakować ze zwielokrotnioną drapieżnością.

Setlista nie skupiała się na kilku utworach z tej samej płyty pod rząd.

Drugim numerem zespół powrócił do kompozycji otwierającej „Evangelion”. Dalej przeplatał utwory z ostatniego albumu oraz starszych wydawnictw, najdalej cofając się w czasie do okresu „Sataniki”. Całość w bogactwie zmiennej oprawy wizualnej; z grą świateł tańczących pod melodię utworów, z iście piekielnymi podmuchami ognia. Dopełnienie stanowiły zmieniające się za plecami Inferna wizualizacje.

Jedna z nich, wyobrażająca mroczny, leśny krajobraz, okazała się poprzedzać wejście gościa specjalnego. Którym okazał się być Niklas Kvarforth, założyciel szwedzkiego Shining. Muzyk wskoczył na scenę, by odśpiewać w duecie z Nergalem “A Forest” autorstwa The Cure.

Koncertu nie zwieńczył “Lucifer”. Choć pojawił się na setliście, ostatnie dźwięki należały do utworu “Coagvla”. Który to został przez członków Behemoth odbębniony… W jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Muzycy stanęli bowiem przed tłumem w rzędzie, uzbrojeni w bębny, na których wybijali dziko rytm utworu, tym samym obwieszczając kres wieczoru.

O koncercie można wypowiadać się jedynie w superlatywach.

Każdy detal był dopieszczony. Oświetlenie robiło wrażenie, dźwięk nie wzbudzał zastrzeżeń. Ba! W tym kontekście dało się wychwycić komentarze odnoszące się do mającego dzień wcześniej miejsce koncertu Kreator i Dimmu Borgir. Oczywiście wychwalające nagłośnienie w Progresji.

Merry Christless był dla mnie ostatnim koncertowym wydarzeniem roku 2018. I zarazem bardzo satysfakcjonującym. Jednym z tych, które są po prostu zorganizowane tak, jak być powinny.

Fot. Arleta Suchocka

Podobne artykuły

Relacja: DevilDriver 21.06.2010 – Kraków, Loch Ness

Tomasz Koza

Relacja: Transgresja – Klub Latawiec, Będzin, 02.03.2019

Paweł Kurczonek

Relacja: Korpiklaani w Polsce, Gdańsk 10.04.2013

Tomasz Koza

Zostaw komentarz