Image default
RELACJE

Relacja: Kreator, Dimmu Borgir, Hatebreed, Bloodbath – Warszawa 13.12.2018

Sen pijanego wariata – to była moja pierwsza myśl, gdy dowiedziałem się, że we wspólną trasę koncertową ruszają Kreator, legenda teutońskiego thrashu, Dimmu Borgir, jeden z najpopularniejszych black metalowych kapel na świecie, Hatebreed, czyli amerykańscy hardcore’owcy oraz Bloodbath – death metalowa supergrupa ze Szwecji. To zestawienie, przynajmniej w teorii, wyglądało totalnie od czapy. Rzeczywistość jednak po raz kolejny zaskoczyła, a każdy, kto miał przyjemność 13 grudnia w Hali Koło w Warszawie oglądać popisy tych kapel, po zakończeniu z pewnością czuł satysfakcję.

Kreator podczas koncertu w Warszawie
Kreator podczas koncertu w Warszawie

Pomimo tego, że The European Apocalypse Tour, bo tak nazywało się całe przedsięwzięcie, zapowiadano jako koncert dwóch headlinerów, nie ulegało wątpliwości, że to Kreator rozdawał karty. Z całą pewnością był również największym magnesem przyciągającym fanów ciężkiego grania. Tę subiektywną opinię wygłaszam na podstawie liczby koszulek – osób z logo Kreatora na torsie było zdecydowanie najwięcej. To również występ Kreatora był najbogatszy wizualnie – oprócz klimatycznej gry świateł, pojawiały się również wizualizacje, konfetti, a nawet buchający ze sceny ogień.

Nie ma się jednak co oszukiwać, że ktokolwiek przyszedł na koncert Kreatora, żeby pooglądać sobie świecące lampki.

Święta za pasem, lada moment każdy będzie miał ich serdecznie dosyć. O wiele ciekawsza była więc muzyka. Kreator wciąż promuje wydaną w 2017 roku płytę “Gods of Violence” i widać, że fani osłuchali się już z tym wydawnictwem, bo kawałki z tego krążka: „Satan is Real”, „Gods of Violence” czy „Fallen Brothers” zadedykowany zmarłym muzykom, wzbudziły spory entuzjazm.

Poza tym setlista była przekrojowa.

Nie zabrakło przebojów, jak „People of the Lie”, „Phobia”, czy klasyków z „Pleasure to Kill” na czele. Dla wielu rozczarowująca mogła być natomiast długość występu – zespół spędził w sumie na scenie 70 minut i zagrał 13 kawałków. Trzeba jednak oddać, że intensywność występu cały czas stała na wysokim poziomie, a Mille Petrozza co chwila zachęcał do zabawy i tworzenia coraz większego circle pita. Komplementował też polskich fanów i podkreślał, że to właśnie w naszym kraju bardzo wcześniej doceniono muzykę Kreatora.

Dwa słowa trzeba powiedzieć o nagłośnieniu.

Na początku występu stałem pod sceną i gdy wszedł zespół, a ja spodziewałem się największego uderzenia, spotkał mnie srogi zawód. Słychać było tylko wokal i perkusję. Gdzie riffy? Gdzie solówki? Totalna porażka. Jednak wystarczyło odejść od sceny i stanąć trochę bliżej końca hali, żeby wszystko wróciło do normy. Tam problemów z dźwiękiem nie było wcale – riffy był mięsiste i tłuste, łatwo było też wyłapać wszystkie smaczki solówek. Pierwszy raz byłem w warszawskiej Hali Koło, więc nie wiem, czy to specyfika tego obiektu, czy może był jakiś problem z nagłośnieniem.

Dimmu Borgir podczas koncertu w Warszawie
Dimmu Borgir podczas koncertu w Warszawie

Przed Kreatorem na scenie zawitało norweskie Dimmu Borgir.

Kapela wydała wiosną tego pierwszą od 8 lat płytę, która zebrała mieszane opinie. Krytyczni byli zwłaszcza najbardziej trve fani, dla których “Eonian” był zbyt melodyjny i popowy. Jak kawałki z tego wydawnictwa zabrzmiał na żywo? Podobnie jak na albumie. Gitary nadal nie grały pierwszoplanowej roli, wręcz przeciwnie – bogate klawiszowo-orkiestrowe tło często dominowało. Nad wszystkim natomiast górował złowrogi wokal Sharagatha – co by nie mówić, na żywo robi fantastyczne wrażenie.

Fani jednak ciepło przyjęli nowe kawałki.

Na żywo świetnie zabrzmiał zwłaszcza „Council of Wolves and Snakes”. Poza tym na setlistę składały się przede wszystkim kawałki z XXI wieku. Największy entuzjazm wzbudziło, rzecz jasna, „Progenies of the Great Apocalypse” i zagrane na koniec „Mourning Palace”. Występ trwał mniej więcej godzinę i pojawił się ten sam problem, który omawiałem przy Kreatorze. Im bliżej sceny, tym gorzej z nagłośnieniem gitar, efekt potęgowały bogate aranżacje, o których już wspomniałem.

Występ wizualnie nie był specjalnie bogaty, ale dym, zimne światło i fantastyczna charakteryzacja muzyków w zupełności wystarczyły, żeby docenić również to, co było przeznaczone dla oczu, a nie dla uszu.

Hatebreed podczas koncertu w Warszawie
Hatebreed podczas koncertu w Warszawie

Przed gwiazdami zaprezentowały się bardzo solidne kapele.

Hatebreed wszedł bez kompleksów, na luzie i swoją mieszanką metalu i hardcore’u porwał do zabawy dużą część widowni. Taka muzyka zawsze sprawdza się na żywo i nawet jeśli ktoś pierwszy raz w życiu słyszał ten zespół, z pewnością docenił występ. Wokalista, Jamey Jasta, przypominał o przyszłorocznym Mystic Festivalu, na którym Hatebreed również zagra.

Bloodbath promuje natomiast wydany kilka tygodni wcześniej i dość udany krążek „The Arrow of Satan is Drawn”.

Kapela dała 30-minutowy występ. Szczególną uwagę zwracała charakteryzacja muzyków – trupioblady makijaż ubrudzony krwią robił ciekawe wrażenie i dobrze komponował się ze złowrogim i posępnym death metalem, który zaserwowała grupa.

Trudno uwierzyć, że kapele z tak różnych metalowych światów zagrały na jednej scenie, ale tak się właśnie stało, a cała impreza była nie tylko udana artystycznie, ale również frekwencyjnie. Dość spora Hala była wypełniona niemal w całości. Natomiast osoba, która wymyśliła, że w barze za piwerko nie można płacić pieniędzmi, tylko jakimiś żetonami, czyli de facto trzeba stać w dwóch długich kolejkach, powinna zostać przykładnie ukarana. Nie jest to jednak w stanie popsuć pozytywnego wrażenia po bardzo szatańskim, a przez to udanym czwartkowym wieczorze w Warszawie.

Fot. Szymon Grzybowski

Podobne artykuły

Relacja: Obscure Sphinx, Dirge – Gdańsk, 09.05.2014

Tomasz Koza

Relacja: Me And That Man, Fertile Hump, Sasha Boole – Warszawa, 29.09.2017

Albert Markowicz

Relacja: Caliban, Suicide Silence, Any Given Day, To The Rats And Wolves – Wrocław 11.12.2016

Albert Markowicz

Zostaw komentarz