RELACJE

Relacja z Impact Festival: Tool, Alice in Chains – Kraków, 11.06.2019




Impact Festival to impreza, która pomimo tego, że organizowana jest już od wielu lat, wciąż nie znalazła jednej formuły dla siebie. Początkowo był to dość niszowy festiwal, później zaczęły przyjeżdżać duże gwiazdy, a rozstrzał gatunkowy był od klasycznego metalu po hip hop. Koncerty rozbijano na dwa dni z mocnymi headlinerami, zmieniła się też lokalizacja. Trudno dziś uznać, że ludzie jadą na Impact Festival dla samej nazwy, jak na przykład na Open’er czy Pol’and’Rock.

Magnesem zawsze są zespoły

W tym roku trudno jednak mówić o magnesie, bo ciężar gatunkowy występujących artystów mógł wręcz wytworzyć własną grawitację. W upalny czerwcowy wieczór na scenie w krakowskiej Tauron Arenie pojawiły się dwa absolutnie kultowe zespoły – oba z dwóch różnych światów gitarowego grania – Tool oraz Alice in Chains. I nie ma się co oszukiwać, że ktokolwiek przybył tam z jakiegokolwiek innego powodu.

Tool kazał czekać polskim fanom aż 12 lat na swój kolejny występ na żywo

W tym czasie jednak niewiele się zmieniło, a dyskografia zespołu nie drgnęła choćby o milimetr, ale czy to oznaczało, że zespół ruszył w trasę odcinać kupony? Zdecydowanie nie, zresztą fani dawali wyraźnie znać, że muzyka Toola wciąż mocno żyje w ich świadomości, entuzjastycznie reagowali też na nową muzykę. Od niej w szczegółach zacznę omówienie setlisty.

Koniec oczekiwania bliski – 30 sierpnia 2019 roku premiera nowej płyty Tool!

Fantastyczne wrażenie zrobiło rozbudowane, kilkunastominutowe „The Descending”, czyli utwór, który najprawdopodobniej znajdzie się na nowym krążku Toola. Wszystko wskazuje na to, że jego premiera zbliża się wielkimi krokami i ma nastąpić już 30 sierpnia. Szczególne wrażenie robiły rozbudowane partie instrumentalne i wspaniała gra Adama Jonesa.

Tool podczas Impact Festival w Krakowie
Tool podczas Impact Festival w Krakowie

Całości dopełniała fantastyczna gra świateł, wtedy ze sceny po raz pierwszy wystrzeliły dziesiątki laserów, które rozświetliły całą halę i wprawiły w osłupienie słuchaczy. Mniejsze wrażenie zrobił na mnie drugi z premierowych utworów, czyli „Invincible”. Nie chcę jednak na razie wydawać wiążących sądów – poczekam na premierę wersji studyjnej.

Poza tym zespół zaprezentował dość przekrojową i sprawiedliwie podzieloną między kolejne pozycje z dyskografię setlistę

Odniosłem wrażenie, że największym entuzjazmem cieszyły się utwory z wydanego w 2006 roku albumu „10000 Days”. Można jednak założyć, że wynikało to z tego, że wybrano z niej najbardziej przebojowe – w toolowym tego słowa znaczeniu – numery. Nie chcę też, żeby mnie źle zrozumiano – niczego nie ujmuję tej płycie, uwielbiam ją, ale w mojej świadomości to wcześniejsze krążki uchodzą za te najbardziej doceniane przez fanów. Tak czy inaczej „Vicarious”, „Jambi” i „The Pot” zabrzmiały świetnie i soczyście.




Skoro już mowa o brzmieniu to mogę o nim powiedzieć bardzo wiele dobrego, ale też trochę skrytykować

To, co było dobre, to wszystko związane z instrumentami. Gitara Jonesa brzmiała potężnie, bas Chancellora raz dudnił niczym lecący odrzutowiec, raz zachwycał bogactwem detali z ukoronowaniem w postaci fenomenalnego wstępu do „Schism”. Utwór ten został zresztą mocno rozbudowany w stosunku do wersji studyjnej, co sprawiło, że stał się jeszcze ciekawszy. Bardzo dobrze zabrzmiały też bębny, a Danny Carey uraczył słuchaczy fajną solówką.

Wracając jednak do brzmienia, jedyną kwestią, która być może nie zagrała do końca dobrze, był zbyt wyciszony wokal Maynarda Jamesa Keenana. Było to szczególnie słyszalne (a właściwie niesłyszalne), gdy śpiewał spokojniej i delikatniej – jego głos miał trudność w przebiciu się przez instrumenty. Wszystko było dobrze, gdy wchodził w agresywniejsze partie, jak na przykład w „Stinkfist” odegranym na sam koniec. Obserwację czyniłem z pozycji trybun, być może odbiór tego był odmienny w innych sektorach. Nie chcę zostać też źle zrozumianym – to drobne niedociągnięcie, które w żaden sposób nie pogorszyło odbioru całości.

Koncerty Toola to także niezapomniane widowiska

Za muzykami wisiało pięć podłużnych telebimów, ale zamiast tego, co dzieje się na scenie pokazywały wizualizacje i grafiki, całości dopełniała wspomniana już fantastyczna gra świateł. Ze sceny nie padło wiele słów – co nie powinno być żadnym zaskoczeniem – bodaj raz Keenan odezwał się do publiczności, witając się z nią. Sam zresztą stał nieco w głębi sceny – na równi z zestawem perkusyjnym. To jednak również standard w występach Toola.

Koncert Toola w Krakowie był doświadczeniem fantastycznym i niepowtarzalnym

Byłem w życiu na wielu koncertach – i wielkich gwiazd, i małych garażowych zespołów – i nie umiem porównać tego występu do żadnego innego. Z jednej strony był wielkim show godnym największych gwiazd, z drugiej strony był również na swój sposób intymny. Można było zamknąć oczy i po prostu rozkoszować się muzyką. Paradoks, ale w kontekście Toola nie powinien dziwić.

Przed gwiazdą wieczoru na scenie pojawiła się nie mniejsza legenda, czyli Alice in Chains

Amerykańska ikona grunge’u promuje obecnie bardzo udany, wydany w zeszłym roku krążek „Rainier Fog”. Trochę żałuję, że z tej płyty zagrali zaledwie dwa kawałki, które zabrzmiały jednak bardzo dobrze i tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że „Alicja” wciąż jest w formie. Z drugiej strony doskonale rozumiałem taką decyzję, bo setlista była festiwalowa, więc okrojona.

Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów… Recenzja „Rainier Fog” Alice in Chains

Alice in Chains zagrało w Krakowie zaledwie 13 numerów

Piszę „zaledwie”, bo dwa dni później podczas własnego koncertu w Estonii, zagrało ich aż 21. Wiadomo też, że fani chętniej posłuchają starych hitów, niż nowości. I te przeboje z początku lat 90. XX wieku posypały się jak z rękawa – „Would?”, „Man in the Box”, „Again”, czy zamykające występ, nastrojowe „Rooster”, żeby wymienić kilka.

Pierwszy raz miałem przyjemność posłuchać na żywo Williama DuValla. Wejść w buty Layne Staleya to niezwykle trudne zadanie, a prawdopodobnie w ogóle niemożliwe. DuVall nie próbował tego robić, zachowywał się naturalnie, w sposób niezmanierowany. Utwory, których w oryginalnych wersjach nie śpiewał, wykonywał z dużym szacunkiem, ale również z własnym pierwiastkiem. Świetna robota.

Alice in Chains podczas Impact Festival w Krakowie
Alice in Chains podczas Impact Festival w Krakowie

Naprawdę udany występ Alice in Chains psuło jednak brzmienie

Gitary i wokale były nagłośnione poprawnie, nawet dobrze, ale kiedy tylko pojawiała się perkusja, zagłuszała praktycznie wszystko. Dźwięk był do tego stopnia nieprzyjemny, że miało się wrażenie, że flaki wywracają się na lewą stronę. Psuło i niestety utrudniało to odbiór. Szkoda.

Nietrudno było odnieść też wrażenie, że mimo wszystko Alice in Chains było dodatkiem do Toola, a specjalnie na ten zespół przyjechało w sumie nie aż tak wiele osób. Uważam też, że tak zasłużona kapela zasługuje na pełnowymiarowy koncert w naszym kraju, podczas którego będzie jedynym headlinerem. Ostatni raz Amerykanie zagrali tak w Polsce równe 10 lat temu.

O Impact Festiwalu mam do napisania w zasadzie tyle.

Dodać muszę tylko, że długa podróż i organizacja imprezy w środku tygodnia sprawiły, że niestety nie dotarłem na czas i nie obejrzałem pozostałych występów. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję, że oprócz dwóch gwiazd na imprezie zagrały także: Black Rebel Motorcycle Club, Uncle And The Deadbeats, 1000mods oraz Fiend.

Fot. Szymon Grzybowski; MetalNews.pl

Podobne artykuły

Relacja: The Dillinger Escape Plan, Shining – Warszawa 11.02.2017

Albert Markowicz

Relacja: Triptykon, Secrets of The Moon, Blaze of Perdition, Mord ‘A’ Stigmata – Wrocław, 17.03.2017

Albert Markowicz

Relacja: Brutal Assault XVII – Jaromer, Czechy – 08.08 – 11.08.2012

Tomasz Koza

Zostaw komentarz