16 czerwca na terenie krakowskiej Tauron Areny odbyła się pierwsza edycja imprezy z cyklu Lost Generation Festival. Organizatorzy wydarzenia od wielu miesięcy zdobywali kolejne plusy wśród odbiorców. Pełny line-up podany praktycznie od razu? Proszę bardzo! Rozpiska godzinowa występów pół roku przed wydarzeniem? Śmiało, proszę się częstować! Wydawać mogło się, że jest to impreza która będzie wzorem i idealną przeciwwagą dla swoich mniej udanych kuzynów (Halo, Impact 2026, niektórzy dalej czekają na jakiś ciekawy support dla Limp Bizkit…). Jak natomiast wyszło w rzeczywistości? Przekonać możecie się w poniższej relacji
Zobacz też: Nasza obszerna relacja z Mystic Festival 2026
Lost Generation Festival 2026: strefa Playground przeniosła fanów do lat 90. i 2000.
Wiadomo, że jeśli mowa o festiwalach, to głównym daniem zazwyczaj są koncerty poszczególnych artystów – zwłaszcza jeśli na pierwszej edycji Lost Generation Festival pojawiły się takie gwiazdy jak The Offspring, czy Papa Roach. Zanim jednak przejdziemy do występów, to wspomnieć trzeba o świetnej strefie „Playground”, która umilała czas wszystkim uczestnikom festiwalu przez praktycznie cały dzień trwania wydarzenia. Organizatorzy imprezy idealnie zadbali o to, że każdy po przekroczeniu bram festiwalu przenosił się w czasie do przełomu lat 90. i 00.
Dookoła Tauron Areny znaleźć mogliśmy bowiem wiele tematycznych stref – wspomnieć można tu m.in. o „Skate Zone”, w której można było wyszaleć się na desce, „Basket Zone”, gdzie odbywały się mecze koszykówki w formacie 3×3, sesje freestylowe, czy konkursy wsadów do kosza oraz „Lowrider Zone”, w której podziwiać można było klasyczne lowridery wprost z teledysków The Offspring, czy z ulic kultowego Los Santos.
Co ciekawe, swoją cegiełkę do unikatowości jednej ze stref dołożyła także formacja Papa Roach. Zespół zdecydował się bowiem na puszczenie swoim fanom niepublikowanych do tej pory utworów pochodzących z ich nadchodzącej studyjnej płyty – te wysłuchać można było chwilę po godzinie 15:00 we wspomnianym już wcześniej Skate Zone.
Moje serce skradła jednak najbardziej strefa „Retro Games”, gdzie na starych komputerach, automatach i konsolach zagrać można było w wiele klasyków (m.in. starsze edycje FIFY, Mortal Kombat, nieśmiertelny już Duck Hunt, czy wiele pozycji z Mario i Hugo) oraz wziąć udział w oficjalnym turnieju gamingowym.
Lagwagon i Hollywood Undead otworzyli Lost Generation Festival w Krakowie
Pomimo tego, że w strefie „Playground” człowiek bawił się naprawdę przednie i spędzić można by było tam praktycznie cały dzień, to nadszedł jednak czas, by zameldować się w środku krakowskiej Tauron Areny.
Bramy obiektu otworzone zostały punktualnie o 16:00, ale (co raczej cieszy) zauważyć można było, że spora część uczestników festiwalu postanowiło wejść do środka dopiero na późniejsze występy, a więcej czasu spędzić na zabawach przed areną. Ja postawiłem jednak na wyjście związane z koncertami, tak więc chwilę po 16:00 zameldowałem się już pod sceną Tauron Areny.
Punktualnie o 16:45 w Krakowie pojawił się pierwszy zespół – a w roli tej wystąpiła formacja Lagwagon. Skate-punkowa grupa zaprezentowała nam przebojowy set, w którym dominowały utwory z ich kultowego albumu ”Hoss” z 1995 roku. Panowie pokazali się z naprawdę dobrej strony, a najbardziej pochwalić można wokalistę, Joeya Capę, po którym nawet przez chwilę nie było widać, że w tym roku świętować będzie swoje 60 urodziny – pomimo tego, że sam muzyk wspomniał w pewnym momencie, że po koncercie należeć będzie mu się chwila drzemki.

Chwilę po zakończeniu występu Lagwagon, na scenie pojawili się raperzy z Hollywood Undead. I tu przyznać muszę, że było to chyba największe zaskoczenie pierwszej edycji Lost Generation Festival. Przed samym festiwalem wielu ludzi narzekało bowiem w komentarzach, że grupa nie pasuje do reszty line-upu lub po prostu marudziło że „jak to tak, amerykańskie rapsy zapraszają na rockowy event”. A na miejscu szok – wielu ludzi spotkać można było w koszulkach Hollywood Undead, a przód płyty wyśpiewał z zespołem prawie cały ich set.
A było co śpiewać, bo Panowie przez około 40 minut wykonali spory maraton po swojej dyskografii – usłyszeć mogliśmy więc zarówno klasyki z krążków „Swan Songs” oraz „American Tragedy”, jak i kilka nowszych kompozycji.
Abstrahując już od samego występu, to słowa uznania należą się jednej fance Papa Roach, która w pewnym momencie skomentowała outfit muzyków jako „wyjęty wprost z Warsaw Shore”. No, nie da się nie zgodzić, Panowie zdecydowanie wpasowaliby się obecnie stylistycznie do różnych współczesnych tworów MTV. Ale niezależnie od tego – występ zdecydowanie na plus i widać było, że rozgrzał większość zebranych na płycie fanów.

The Rasmus i Papa Roach rozkręcili publiczność w Tauron Arenie
Jeden z wyższych biegów nasz wehikuł czasu wrzucił praktycznie od razu po tym jak The Rasmus pojawiło się na scenie festiwalu. Ja wiem, wielu z Was zarzuca im pewnie zbyt popowe granie oraz zbyt dużą mainstreamowość, ale no kurde, niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto nigdy nie dośpiewywał chórków do kultowego „In The Shadows”, które po dziś dzień katowane jest w wielu radiostacjach.
Fińscy muzycy przedstawili w Polsce przekrojowy set, w którym nie zabrakło zarówno ich największych klasyków (wspomnianego już kawałka, na którym Tauron Arena wręcz wybuchła), jak i utworów z płyty „Weirdo”, która zadebiutowała na rynku w 2025 roku. Najlepsze jednak miało dopiero nadejść…

Chwilę po The Rasmus na scenie zameldowała się amerykańska formacja Papa Roach. Po koszulkach ludzi zebranych w pierwszych rzędach na płycie widać było, że spora część fanów przyjechała do Krakowa głównie na występ ekipy Jacoby’ego Shaddixa i wcale im się nie dziwię. Panowie naprawdę pokazali się z wybitnej strony, a ich koncert na spokojnie nazwać mogę jednym z bardziej energicznych koncertów na jakich gościłem w tym roku (a było tego sporo, więc poprzeczka podniesiona została naprawdę wysoko).
Zespół skupił się w trakcie występu głównie na materiale z krążka „Infest”, ale usłyszeć mogliśmy też trzy single pochodzące z nowego albumu zespołu, który ma zadebiutować na rynku w drugiej połowie bieżącego roku.
Niestety jednak, występ Papa Roach miał też swój dość mrożący krew w żyłach moment. Po dosłownie czwartej piosence ktoś z płyty stracił bowiem przytomność i służby medyczne spędziły przy nim dobre 20-25 minut na czynnościach medycznych. I tu wielkie brawa zarówno dla obsługi wydarzenia, jak i dla ludzi zebranych na płycie, całość akcji ratunkowej przeprowadzana była naprawdę sprawnie. Aktualnie nie pozostało nam nic innego, jak tylko trzymać kciuki za zdrowie poszkodowanej osoby. Oby wyszła z tego szybko i oby obyło się bez jakichkolwiek poważniejszych komplikacji.

The Offspring na Lost Generation Festival: koncert pełen hitów i niespodzianek
Cztery niesamowite występy były już za nami, poprzeczka została postawiona naprawdę wysoko, więc człowiek zaczął zastanawiać się, czy The Offspring podoła jako główna gwiazda wydarzenia i utrzyma wcześniej ustawiony poziom. I cóż, były to całkowicie bezpodstawne wątpliwości. Legendarna kapela szturmem wdarła się na scenę Tauron Areny przebojowym „Come Out and Play”, a potem serwowała nam przebój za przebojem. Były więc m.in. „Bad Habit”, „Gotta Get Away”, „Staring at the Sun”, czy pochodzące z nowej płyty zespołu „Make It All Right” oraz „Looking Out for #1”.
Nie mogło rzecz jasna zabraknąć również i żelaznej klasyki The Offspring – usłyszeliśmy więc również także i takie przeboje jak „Pretty Fly (for a White Guy)”, „Self Esteem”, czy „The Kids Aren’t Alright”.
Panowie z The Offspring znani są również że swojej miłości do coverowania różnych utworów i usłyszeć mogliśmy to również i w Krakowie. Muzycy wykonali bowiem „Paranoid” kultowego Black Sabbath, „Crazy Train” Ozzy’ego oraz… „Love Story” z repertuaru Taylor Swift. I z tego co widzę po zasobach portalu Setlist.fm, to było to pierwsze wykonanie tego coveru przez amerykański zespół. Polscy fani mogą się więc pochwalić, że jako pierwsi słyszeli punkową wersję wielkiego przeboju Taylor Swift.

W jakiej formie są aktualnie muzycy z The Offspring?
Nie skłamię w najmniejszym stopniu pisząc, że w bardzo dobrej. Noodles w dalszym ciągu jest na scenie wulkanem żywej energii, a Dexter Holland przeżywa aktualnie drugą (albo może nawet i trzecią) młodość, ponieważ nawet przez chwilę nie było widać po nim, że świętuje w tym roku 60 urodziny. Jasne, wokalnie nie jest to już to samo co te kilkanaście lat temu, ale niektórych rzeczy jednak nie da się oszukać. Ale co z tego, skoro zespół przynosi ze sobą tyle energii, że człowiek nawet nie zwraca uwagi na to że Holland czasami trochę pofałszuje, a czasami jest bardziej schowany za chórkami.
Panowie nie zestarzeli się również pod kątem konferansjerki, w dalszym ciągu ich rozmowy na spokojnie mogłyby posłużyć jako udany stand-up. Noodles pokusił się nawet wczoraj o przeliczenie ile osób znajduje się w arenie (wyszło mu ponad milion, więc dobrze że gra na gitarze wychodzi mu lepiej niż liczenie), a chwilę później poprowadził mały festiwal przeklinania, w trakcie którego uczył publiczność śpiewać zwrot „fuck yeah” w różnych tonacjach.
Łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest tylko fakt, że zdecydowana większość konferansjerki jest przez muzyków powtarzana co koncert. Nie miałem przyjemności być na ubiegłorocznym koncercie The Offspring w Łodzi, ale w Internecie znaleźć można obecnie wiele opinii krytykujących Dextera i Noodlesa za wygłaszanie do fanów praktycznie takich samych tekstów, co w ubiegłym roku. Jeśli tak rzeczywiście jest, to zdecydowanie jest to rzecz do poprawy – stylistyka grupy idealnie pasuje bowiem do improwizacji i luźnego podejścia do występów.
Dodać trzeba również, że The Offspring oprócz swojego standardowego setu, zagrał również mini koncert niespodziankę przed bramami Tauron Areny. Była to więc idealna okazja, by móc zobaczyć The Offspring dosłownie na wyciągniecie ręki.
Czy Lost Generation Festival okaże się nowym wzorem dla polskich festiwali?
Czy pierwsza edycja Lost Generation Festival okazała się być sukcesem? Otóż jak najbardziej! Trudno jednoznacznie określić, co najbardziej zasługuje tu na pochwałę, bo zarówno strefa „Playground”, jak i cała otoczka koncertów, zorganizowane były na naprawdę dobrym poziomie.
Na ogromny plus także bardzo dobre wykorzystanie „maskotki” festiwalu – charakterystyczny miś pojawiał się na grafikach i merchu praktycznie wszędzie, a jego duże wersje cały czas przemierzały Tauron Arenę i jej okolice i pozowały do zdjęć z każdym, kto tylko był tym zainteresowany.
Okazało się również, że ludziom nie trzeba wiele, by czas między koncertami mijał szybko – wystarczy tylko że na telebimach pojawi się Kiss Camera która wyłapuje pary na trybunach oraz Beer Camera, która motywuje ludzi do wypicia swoich trunków na jeden łyk. Niby takie proste, a bawi za każdym razem.

Pochwalić można również komunikację organizatorów kierowaną do fanów (wspomniany już wcześniej line-up podany bez jakiegokolwiek kombinowania oraz szybkie podane godzinowej rozpiski występów) oraz jasne i przejrzyste zasady związane z przebywaniem na festiwalu. Cudownie być w końcu na wydarzeniu, na którym od razu wiadomo jaki bagaż można wnieść, a jaki nie oraz na którym możliwe jest wniesienie własnej butelki wody – niektórzy z organizatorów mają sporo lekcji do odrobienia w tym temacie i zdecydowanie mogą zgłosić się po korepetycje do Knock Out Productions.
W skrócie – występy TOP, otoczka dookoła nich TOP, organizacja TOP. Nic tylko czekać na kolejną edycję wydarzenia. A ta być może już za rok i być może dwudniowa? Czas pokaże, ale zdecydowanie warto dać szanse organizatorom Lost Generation Festival. Oby jak najwięcej takich festiwali w naszym kraju!
Organizatorem pierwszej edycji Lost Genaration Festival był Knock Out Productions.
