Image default
NEWSY SPECJALNE

Ten magnes przyciąga czy odpycha? 10. rocznica wydania „Death Magnetic” Metalliki


W 2003 roku dla wielu fanów ciężkiego grania Metallica była zespołem skończonym. W opinii wielu z nich nigdy nie miał im się już udać powrót do czasów świetności, czyli lat 80. i początku 90. Gwoździem do trumny miała być płyta “St. Anger”, która brzmiała fatalnie i o ile w momencie wydania mogła zaskakiwać, z biegiem czasu raczej ujawniała kolejne niedoskonałości i pokazywała jak wielki niegdyś zespół, zatracił umiejętność pisania świetnych riffów i nośnych kompozycji. Jednak następny album, czyli „Death Magnetic”, udowodnił, że w muzykach wciąż żarzy się pasja do ciężkiego grania. Z okazji 10-lecia wydania tego krążka, przyjrzymy się bliżej procesowi jego powstania i kilku kontrowersjom z nim związanych.

Rock i Metallica przestały być dobrym połączeniem.

“St. Anger” to płyta-paradoks. Trudno dziś bronić tego wydawnictwa pod względem muzycznym, ale nie ulega wątpliwości, że proces nagrywania tego albumu zadziałał na Metallikę w sposób oczyszczający. Każdy, kto oglądał świetny dokument „Some Kind of Monster”, widział na własne oczy jak wielkie napięcia powstały w zespole i tak naprawdę kapela była przed nagrywaniem “St. Anger” na granicy rozpadu.

Przetrwała jednak kryzys. Muzycy zdali sobie jednak sprawę, że pewna formuła się wyczerpała. Do odstrzału poszedł więc wieloletni producent, czyli Bob Rock. Metallica zawdzięczała mu bardzo wiele – zmianę brzmienia, podejścia do komponowania, a także wielki sukces komercyjny. Niemniej uznano, że potrzeba świeżego spojrzenia i kapela zadecydowała, że po raz pierwszy od wydanego w 1988 roku albumu „…And Justice for All” będzie pracować z innym producentem.


Rozsądek czy desperacja?

Został nim Rick Rubin. Wybór ten z jednej strony był zrozumiały. To producent z wielkim doświadczeniem, ale również wielkimi sukcesami takich kapel jak Slayer, System of a Down, Red Hot Chili Peppers i dziesiątek, jeśli nie setek innych zespołów i artystów. Z drugiej jednak strony można było uznać wskazanie Ricka Rubina za krok desperacki. Jeśli on nie tchnie nowego życia w Metallikę, zespół faktycznie będzie można spisać na straty. Oficjalnie kapela ogłosiła współpracę z Rickiem Rubinem w lutym 2006 roku. Pomimo tego, że James i spółka pisali nową muzykę już wcześniej, właśnie ten rok, należy uznać za początek pracy nad „Death Magnetic”.

Tył okładki płyty "Death Magnetic"
Tył okładki płyty “Death Magnetic” (Źródło)

Jak długo jeszcze…?

W pierwszej połowie 2006 roku wydawało się, że do wydania albumu pozostało naprawdę niewiele czasu. Sam Ulrich mówił w czerwcu tamtego roku, że Metallica zacznie nagrywać jesienią, więc data wydania w pierwszej połowie 2007 roku wydawała się realna. Dodatkowym sygnałem, że prace intensywnie trwają, były nowe kawałki, które Metallica zagrała podczas krótkiej letniej trasy koncertowej.

Ostatecznie „The New Song” oraz „The Other New Song” nie przetrwały, ale wprawne ucho wyłapie kilka fragmentów z tych kawałków, które znalazły swoje miejsce na „Death Magnetic”. Nowe daty rozpoczęcia nagrywania i wydania krążka zmieniały się dynamicznie. Ostateczną premierę, czyli 12 września 2008 podano dopiero na samym początku sierpnia tamtego roku.

Nowy szef.

Przez cały ten czas trwały pracy związane z komponowaniem i nagrywaniem nowego materiału. Muzycy zdradzali co nieco kulis prac i współpracy z Rickiem Rubinem. Przede wszystkim do pisania tekstów wrócił James Hetfield, ale pod muzyką podpisali się wszyscy członkowie kapeli. W wywiadach wspominali również, że Rick Rubin zmienił ich podejście do nagrywania. Oczekiwał bowiem od zespołu, że do studia wejdzie z materiałem napisanym i opanowanym w stu procentach. Wcześniej Metallica rozpoczynała proces nagrywania z niekompletnymi utworami, które wymagały wciąż pracy. Była to duża, ale dyscyplinująca zespół zmiana.

Ten dzień w końcu nadszedł.

Pierwszy singiel wraz z teledyskiem, czyli „The Day That Never Comes” pojawił się 21 sierpnia 2008 roku. Monumentalny kawałek od razu nasuwał skojarzenia z „One” – po łagodnym wstępie następowało istne trzęsienie ziemi. Później okazało się, że nawiązań do legendarnego „…And Justice for All” było znacznie więcej. Dalej nowe kawałki posypały się jak z rękawa – do dnia premiery światło dzienne ujrzała niemal połowa wszystkich kompozycji. Wszystkie zdradzały powrót Metalliki do prawdziwie thrashowego grania.

„Ta płyta rządzi!”

Recenzje były bardzo entuzjastyczne. „Ta płyta rządzi!” – pisał prestiżowy Kerrang! Recenzji w podobnym tonie było mnóstwo. Krytycy podkreślali moc, energię, powrót do korzeni i świetne, wielowątkowe oraz wielowymiarowe kompozycje. Zwłaszcza skontrastowane z płaskimi i na siłę wydłużonymi kawałkami na “St. Anger”.

Fani tłumnie stawili się w sklepach muzycznych, a sprzedaż płyt ponownie wywindowała Metallikę na pierwsze miejsca list bestsellerów. Nawet pomimo tego, że płyta wyciekła i bez problemu można był pobrać ją na kilka dni przed premierą. Warto podkreślić, że „Death Magnetic” również w Polsce sprzedało się bardzo dobrze. Płyta w 2016 roku otrzymała diamentowy certyfikat, co oznacza ponad 100 tysięcy sprzedanych egzemplarzy.

Kopia „…And Justice for All”

Nie wszyscy jednak byli zachwyceni. Krytycy podkreślali fakt, że tak naprawdę mamy do czynienia z autoplagiatem, a płyta jest w zasadzie gorszą kopią „…And Justice for All”. Wskazywano uderzające podobieństwo wspomnianego już „The Day That Never Comes” do „One”, „Suicide & Redemption” do „To Live Is to Die” oraz „My Apocalypse” do „Dyer’s Eve”. Można to jednak uznać za czepialstwo, bo gdyby zespół nagrał materiał całkowicie innowacyjny zaskakujący, zaraz pojawiłaby się druga grupa krytyków, zarzucających komercjalizację, sprzedanie się lub odcięcie od tradycyjnego brzmienia.

Za głośno!

Drugi zarzut był bardziej obiektywny i uzasadniony. Zarzucano, że płyta została nagrana… za głośno. Według wielu słuchaczy album stracił przez to na dynamice. Fragmenty ostrzejsze zlewały się ze spokojniejszymi, a podczas słuchania było po prostu słychać trzaski. Metallica nie była pierwszym zespołem, któremu to zarzucono, a całemu zjawisku nadano nazwę „Loudness War”.

Wytwórnie płytowe miały wymagać, aby płyty były nagrywane w taki sposób, aby dla przeciętnego słuchacza wydawały się wyraźniejsze w brzmieniu, a przez to ciekawsze. W sieci pojawiły się nawet petycje dotyczące ponownego miksu albumu, a co bardziej zaradni fani Metalliki udostępnili w sieci wersje utworów z „Death Magnetic” zawarte w grze „Guitar Hero”, które miały brzmieć bardziej naturalnie. Apele i wrzawa związana z brzmieniem „Death Magnetic” nie wpłynęły jednak na stanowisko kapeli, która podkreślała, że jest zadowolona z efektu.

The Big 4 w Warszawie.

Metallica płytą „Death Magnetic” z pewnością nie zamknęła ust wszystkim krytykom. Nie ulega jednak wątpliwości, że krążek ten był pełen prawdziwie metalowej furii i wściekłości. Z całą pewnością mógł usatysfakcjonować tych, którzy uważali, że prawdziwa Metallika to ta do 1991, a nawet 1988 roku.

Po wydaniu „Death Megnetic” Metallica rozpoczęła trzyletnią trasę promującą – „World Magnetic”.

Nie były to już czasy “Black Albumu” i setek koncertów rocznie. Niemniej kapela dała w sumie ponad 180 występów. W tym jeden w Polsce. Data 16 czerwca 2010 roku zapisała się jednak wielkimi literami w metalowym kalendarium. Tamtego dnia, na Lotnisku Bemowo w Warszawie po raz pierwszy w historii na jednej scenie zagrała tak zwana Wielka Czwórka Thrashu. Obok Metalliki pojawiły się jeszcze Slayer, Megadeth oraz Anthrax.

Podobne artykuły

Metalmania 2018: Destroyer 666 i Shodan dołączają do składu festiwalu

Tomasz Koza

Amon Amarth i Grand Magus na trzech koncertach w Polsce

Tomasz Koza

Metallica w grze, która nigdy nie wyszła.

Lena Knapik

3 komentarze

Gwendolyn 12 września 2018 at 08:08

Słucham zespołu już kilka ładnych lat, mogę śmiało również powiedzieć że wychowałam się na takiej muzyce. Od podszewki. Do wielu otworów wiadomo trzeba dorosnąć, ale zespół zawsze będzie podbijal serca na nowo i życzę Wam aby zapał do muzyki nigdy nie wygasł:)

Odpowiedz
Swiezy 12 września 2018 at 16:01

To już 10 lat?
“The Day That Never Comes” było moim pierwszym dzwonkiem na telefon, a ta półtorej minutowa solówka na początku dalej powoduje pewne dreszcze. Zresztą – bracia słuchali (i dalej słuchają) Metallici, więc poniekąd towarzyszyła mi non stop, od dziecka.
Ale i tak najlepiej wspominam chyba Unforgiven III, dla mnie najlepsza piosenka z płyty. Razem z I i II pokazuje chyba jak rozwijał się zespół.
A teksty piosenek dalej siedzą w głowie

Odpowiedz
lukomike 13 września 2018 at 14:35

Ile to już lat na scenie. Czasami ich słucham ale najbardziej wole oglądać ich podczas koncertów, pomimo tylu lat dalej maja power:)

Odpowiedz

Zostaw komentarz