Strona główna » Wywiad: Ben Weinman (The Dillinger Escape Plan) – 11.02.2017
WYWIADY

Wywiad: Ben Weinman (The Dillinger Escape Plan) – 11.02.2017

Ben Weinman, założyciel oraz gitarzysta The Dillinger Escape Plan, okazał się bardzo sympatycznym rozmówcą, dlatego przewidziane od górnie 15 minut minęło bardzo szybko.

W czasie trwania naszej konwersacji, na backstage zaczynali powoli schodzić się pozostali muzycy grupy, a także ich żony, partnerki oraz pozostałe osoby towarzyszące. Basista Liam Wilson rozciągał się w skupieniu na kanapie, w otwartych skrzyniach widać było sceniczne ubrania,  a na stołach królowała zdrowa żywność, kanapki, woda i soki. Nie widziałem żadnego alkoholu, żadnych narkotyków ani groupies – bardziej wyglądało to na szatnię piłkarską przed ważnym meczem, niż na garderobę gwiazd rocka. Takie to już czasy, koncertowanie teraz bardziej przypomina sport albo/i poważny biznes, każdego wieczoru wszystko musi pójść zgodnie z planem. Idąc na zaplecze, miałem okazję przejść przez scenę, gdzie uwijali się techniczni, a ja mogłem popatrzeć z bliska na perkusję, gitary i cały koncertowy sprzęt. I pomyśleć, że kilkanaście godzin później, wszystko to zostało zniszczone w tym nieszczęsnym wypadku…

Jak już wszyscy wiemy, The Dillinger Escape Plan ogłosił w zeszłym roku zakończenie działalności, nie mogłem więc nie zapytać Bena o ostatnią w historii grupy płytę, a także o kilka rzeczy z jej przeszłości. Dowiedziałem się też, że muzyk ma polskie korzenie oraz że podczas jednego z występów doznał bardzo poważnego urazu kręgosłupa. O czym jeszcze opowiadał mi gitarzysta? Przekonajcie się sami:

– W ostatnich słowach utworu tytułowego na płycie „Dissociation”, Greg (wokalista TDEP – przyp. red.) śpiewa: „szukam sposobu aby umrzeć w samotności”. Wasi fani jednak nie chcą wam pozwolić „odejść w samotności” – ostatni album spotkał się ze świetną reakcją ze strony fanów oraz krytyków, macie za sobą długą trasę po Stanach Zjednoczonych, a teraz koncertujecie w Europie. Przeżywacie chyba całkiem przyjemne zakończenie?

(śmiech) Tak, jest to całkiem długie zakończenie. Wszyscy pytają nas jakie to uczucie grać swoje ostatnie koncerty, jednak bardzo trudno na to odpowiedzieć, ponieważ przed nami jeszcze długa droga. Tak naprawdę, ten ostatni występ jest jeszcze daleko przed nami, sami nie wiemy nawet kiedy on nastąpi, dlatego nie odczuwamy jeszcze tego, co chyba powinniśmy już czuć. Osobiście wiem, że te uczucia przyjdą do mnie, kiedy będzie już za późno (śmiech). Na razie gramy i staramy się wszystkim kopać tyłki, choć wiem, że potem będzie: „zaraz, czemu nie wyszedłem i nie przeszedłem się chociaż po mieście, przecież nigdy już tu nie wrócę” (śmiech). Jeżdżę po Europie od 15 lat…

– Widziałem was w tym miejscu w 2005 roku, graliście przed Slipknot, a ja miałem wtedy 15 lat

Oh, wow!

– Pamiętam wasz występ, choć oczywiście wtedy liczył się dla mnie przede wszystkim Slipknot…

– Jasne, to jest wiek, w którym muzyka jest dla człowieka najważniejsza. Stanowi soundtrack dla twojego życia.


– Zgadzam się. Wracając jednak do tematu, jak sam powiedziałeś, kończycie waszą działalność ale tak naprawdę przed wami wciąż jeszcze długa droga i wiele koncertów do zagrania

– Tak, jesteśmy w połowie tej trasy, potem ponownie mamy kilka koncertów w Stanach, a później występy podczas letnich festiwali. Zagramy też w Australii, Japonii czy Ameryce Południowej.

– Od czasu premiery waszego ostatniego albumu, „Dissociation”, minęło już kilka miesięcy. Co myślisz o tej płycie z perspektywy czasu? Czy gdybyś mógł cofnąć czas, coś byś na niej zmienił?

Myślę, że jest to dosyć techniczne pytanie. Są drobne kwestie techniczne, które zmieniłbym, gdybym mógł cofnąć czas, kilka elementów zrobiłbym inaczej przed rozpoczęciem nagrań. Ale generalnie, są to rzeczy, o których nie chcesz mówić. Chciałbym, aby każdy doświadczał tej płyty po swojemu, a nie tak, jak ja ją odczuwam. Wiadomo, mi jako perfekcjoniście zawsze przychodzą do głowy myśli w stylu „Ah, szkoda, że nie zrobiliśmy tego szybciej” albo „kurde, mogliśmy tu zwolnić, to brzmiałoby lepiej” – ale to są szczegóły. Powiem tak: kiedy nagrywamy nowy album, ludzie zwykle nie darzą go wielkim zaufaniem. Chłopaki kiedy pierwszy raz usłyszeli nowe pomysły kręcili głowami, to samo nasz producent, który twierdził, że „to nie są piosenki Dillingera, są niedogotowane” (śmiech). Mówiąc szczerze, na początku odbiór albumu był negatywny, do czasu aż coś zaskoczyło – wtedy wszyscy zaczęli znowu mówić, że to nasza najlepsza płyta. Kiedy Billy (perkusista TDEP – przyp. red.) i ja zaczęliśmy pisać nową muzykę, mówiliśmy „zaufajcie nam, po prostu zaufajcie procesowi, wiemy co robimy”. I jak już wszyscy zaczęli dokładać coś od siebie, a krążek zaczynał nabierać kształtu, poczuliśmy, że to jeden z naszych ulubionych albumów

– Muszę przyznać, że ja również go uwielbiam, jest to świetny krążek na zakończenie kariery, idealnie podsumowujący to, co do tej pory robiliście.

Myślę też, że Greg jest wielką częścią tej płyty. Ja tworzę albumy The Dillinger Escape Plan odkąd tylko pamiętam i przez ten czas nie bardzo się zmieniłem, nie przechodziłem przez różne fazy, nie brałem narkotyków, nie robiłem tego, tamtego – jestem taki sam przez cały czas i to dawało radę przez lata. Ale widzę, jak Greg rozwinął się pod kątem kreatywności, nabrał pewności siebie, odnalazł swój głos i myślę, że na tej płycie jest najbardziej szczery i pozbawiony jakichkolwiek ograniczeń.

– Cofając się jeszcze głębiej w historii zespołu, czy mógłbyś wskazać jakiś punkt przełomowy w waszej  karierze, jakieś szczególne wydarzenie? Czy coś takiego w ogóle miało miejsce w waszym przypadku?

Wiele osób pyta się mnie teraz o moje ulubione wspomnienia czy momenty, które szczególnie zapadły mi w pamięć, jednak trudno jest mi na to odpowiedzieć. Jestem na scenie od 20 lat, zacząłem w 1997 roku i mogę na pewno powiedzieć, że wczesne lata, które były najtrudniejsze, są zarazem tymi, które najbardziej pamiętam. Wtedy, w krótkim odstępie czasu zaliczasz wiele kamieni milowych – piszesz pierwszą piosenkę, czujesz, że „to jest to”, jesteś podekscytowany, potem ją nagrywasz, odsłuchujesz, jesteś z niej dumny, następnie grasz pierwsze koncerty – nikt cie jeszcze nie zna, ale i tak jest fajnie – a chwilę później grasz już sztukę, gdzie ludzie naprawdę znają twoją muzykę, myślisz sobie: „kurde, to jest niesamowite! Nie spodziewałem się tego”. Aż w końcu wychodzi twój pierwszy album i można go kupić w sklepie – myślisz sobie wtedy „ja pierdzielę, mam własne CD w sklepie. Nigdy nawet nie śniłem, że to się kiedyś stanie, zawsze grałem tylko dla przyjemności!”. Zobaczyć własną płytę na półce w sklepie, to było dla mnie niewiarygodne. Wiesz, wszystkie te momenty były dla nas ważne i wszystkie wydarzyły się we wczesnych latach naszej działalności. Teraz, jesteśmy w takim punkcie, gdzie wszystko to już się toczy, żyjesz dniem świstaka, przeżywasz w kółko ten sam dzień, zmienia się tylko trochę muzyka ale tak naprawdę tkwisz w tym samym cyklu przez lata. To jest też jeden z głównych powodów, dla których chcemy już zamknąć tę księgę. Chcemy zmienić swoje życie

– Chciałbym teraz zapytać cię o wasze koncerty, ponieważ jest to coś absolutnie zwariowanego. Podoba mi się jeden moment, który widziałem niedawno na YouTube, z ubiegłorocznego festiwalu Reading w Anglii, gdzie ty i reszta zespołu szaleliście na scenie, a Greg jakby nigdy nic siedział sobie na kanapie, popijał kawkę i czytał gazetę…

– Aa tak tak, pamiętam

Kto w zespole wpada na takie dziwaczne pomysły?

Nie myślimy o tym. Jeżeli chodzi o tamten występ… wiesz, my nie chcemy być cyrkiem, nie chcemy stosować tanich sztuczek, chcemy być szczerzy i wiarygodni, dzielić się energią z fanami, być jedną wielką, szaloną „kulą ekspresji”. Z YouTube’m wiąże się taka sprawa, że człowiek coś tam zobaczy i już będzie myślał: „o, zeskoczysz dzisiaj z tego?”, „dlaczego nie zrobiłeś tego, dlaczego nie zrobiłeś tamtego?” Nie wiem, to nie jest żadna choreografia…

– Dzieje się to spontanicznie

– Dokładnie! Tamtego dnia, zespół który grał przed nami wspinał się na różne rzeczy, skakał na publiczność, więc Greg stwierdził: „nie muszę tego robić, to nie o to w tym wszystkim chodzi, zrobię więc coś zupełnie przeciwnego od tego, czego ludzie ode mnie oczekują”. Można więc powiedzieć, że był to swego rodzaju manifest z jego strony.

– A co z urazami? Jakieś poważne kontuzje wam się przytrafiały na scenie, połamane kości?

Oh tak, ja miałem najgorszy uraz ze wszystkich. Wszystkie moje przypadki miały miejsce po bardzo głupich akcjach. Złamałem sobie na przykład kość w karku, mam śruby w nadgarstku, miałem operację stawu barkowego od ciągłego szarpania, nie mam też kompletnie czucia
w małym palcu ręki, złamałem go w trzech miejscach i nic z tym nie zrobiłem. To są lata mocno fizycznych i nieprzewidywalnych zachowań, bez żadnej choreografii, a kiedy zatracasz się na scenie, bez większego zwracania uwagi na otoczenie, wypadki się zdarzają (jak to ujął ładnie Ben: „shit happens” – przyp. red.). Najgorszy dla mnie był ten kark. Uderzyłem głową w głośnik, który wisiał nade mną, nie widziałem go i wyskoczyłem w górę, rozciąłem sobie głowę, a kręgosłup nie wytrzymał siły uderzenia. To jest coś, z czym spotykam się na co dzień, cały czas mi to dokucza, ale wiesz, ciągle nam się coś przytrafia. Greg kiedyś coś tam sobie rozciął, pewnego razu niechcący uderzył mnie i prawie eksplodowało mi oko…

– Pamiętam ceremonię rozdania nagród Revolver Golden Gods, kiedy podczas występu Greg cały zalał się krwią…

– Taak…

– I to śpiewając… Depeche Mode (śmiech)

Tak, jak na ironię (śmiech)

– Chciałbym cię teraz zapytać o legendy, z którymi występowaliście. Współpracowaliście z Mike’iem Pattonem, Greg gra z Maxem Cavalerą w Killer Be Killed, ty z kolei występujesz z wokalistą Alice In Chains w Giraffe Tounge Orchestra. Która z twoich muzycznych „kolaboracji” była dla ciebie najciekawsza, najbardziej owocna? Współpracę z jakimi artystami wspominasz najmilej?

– Mike Patton. Współpraca z nim była zdecydowanie jednym z najlepszych momentów mojego życia. Trudno wskazać mi kogoś, kto byłby dla mnie większym idolem kiedy dorastałem. Był moim bohaterem. Gdybyś zapytał mnie wtedy o jedną jedyną osobę, z którą chciałbym w życiu tworzyć muzykę, od razu odpowiedziałbym, że on.

– No i kilka lat później…

– Nie dość, że pojechaliśmy razem w trasę, zaprzyjaźniliśmy się, a on stał się dla mnie niemalże mentorem, to jeszcze w końcu zrobiliśmy razem muzykę. Cały czas ze sobą rozmawiamy. Myślę, że wtedy to był ostatni raz, kiedy byłem naprawdę zafascynowany jakąś gwiazdą (w oryginale brzmi to znacznie lepiej: „starstruck” – przyp. red.), potem stał się on już dla mnie normalną osobą. Wcześniej, był najważniejszy, był jak jednorożec, taki utalentowany, tak bardzo „cool”.

Graliśmy też kiedyś z Nine Inch Nails, otwieraliśmy ich koncerty ale też występowaliśmy z nimi razem na scenie. Granie piosenek takich jak „Wish” czy „Mr Self Destruct” razem z Trentem (Reznorem, liderem NIN – przyp. red.), utworów, na których się wychowałem, to kolejny scenariusz pod tytułem: „wow, jak to się w ogóle dzieje?!” Kirk Hammett również jest naszym wielkim fanem… Wiesz co, fakt że tacy ludzie, takie legendy słuchają nas i doceniają to co robimy, jest jedną z najbardziej schlebiających mi rzeczy, jest być może też tym, dlaczego wciąż to robimy. Jeżeli takim ludziom, naszym bohaterom,  podoba się to co robimy, to znaczy, że może faktycznie jest to coś specjalnego. Może powinniśmy jednak robić to dalej…



– W The Dillinger Escape Plan wykonujesz agresywną muzykę, w Giraffe Tounge Orchestra grasz bardziej alternatywnie, trochę progresywnie, Greg z kolei ma projekt The Black Queen, pełen wpływów z elektroniki lat 80-tych, w stylu Depeche Mode czy wczesnego Nine Inch Nails…

– Jak najbardziej

– Wygląda zatem, że muzyka naprawdę nie ma dla was żadnych granic?

– Już na bardzo wczesnym etapie naszej kariery podjęliśmy świadomą decyzję o silnym zróżnicowaniu naszej muzyki, tak aby nie stać się później niewolnikami różnych oczekiwań. Gdyby Slayer nagrał teraz płytę, lub jego członkowie założyli zespół, który brzmiałby zupełnie inaczej, jak jakaś inna grupa, myślę, że nikt by tego raczej nie zaakceptował (śmiech). Ale my od samego początku graliśmy zróżnicowane dźwięki, więc możemy sobie teraz pozwolić na różne inne rzeczy.

– Na koniec, może masz jakieś przesłanie do waszych polskich fanów?

Powiem szczerze, że większość naszych najlepszych koncertów w Europie miało miejsce właśnie tutaj, w Polsce.

– Wiele zespołów tak mówi…

– Tak i mówią to szczerze

i myślę, że faktycznie nie jest to wyłącznie zwykła kurtuazja, ponieważ my, Polacy, potrafimy być czasami naprawdę szaleni

Tak, zgadzam się. To jest prawdziwa, szczera energia i wdzięczność, i Dillinger – co jest dosyć zaskakujące dla nas – zawsze miał się tutaj dobrze, ludzie nas tu kochają. No a ja sam mam przecież polskie korzenie. Moja babcia była Polką, wyemigrowała z Polski do Stanów Zjednoczonych, a jej praktycznie cała rodzina została zamordowana podczas Holocaustu. Udało jej się wyjechać do Ameryki w ostatniej chwili… tak, mam z Polską szczególną więź…

– Mogło by być tylko trochę cieplej..

– Taa, zazwyczaj jest tu całkiem zimno (śmiech)

– Dzięki wielkie za rozmowę!

– Dziękuję bardzo!

Podobne artykuły

Steve Tucker: „Gadać o „Ilud Divinum Insanus” to trochę tak, jakby gadać ze swoją dziewczyną o jej byłym…” (wywiad)

Agata Laszuk

Down to the Heaven: „Codziennie jesteśmy jak zakładnicy”

Paweł Kurczonek

Interview: Ross Dolan (Immolation)

Michał Bentyn

Wywiad: Kjetil-Vidar “Frost” Haraldstad (Satyricon)

Michał Bentyn

Samael: Vorph na temat „Hegemony” (wywiad)

Agata Laszuk

Trivium: “Kiedy nagrywamy album, chcemy, by było to ważne wydarzenie” (wywiad)

Agata Laszuk

Zostaw komentarz