Wywiad: Necrosodom (Anima Damnata)

– Cześć! Na wstępie chciałbym pogratulować Wam bardzo dobrze przyjętego albumu „Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast”. Oprócz wysokich ocen, w wielu mediach zyskał również status płyty roku. Spodziewaliście się takiego odbioru?

– Heil Satan! Dzięki. Znając potencjał rodzącej się Bestii spodziewaliśmy się przynajmniej sporego zamieszania po premierze, a jeżeli „Nefarious…” według niektórych jest albumem roku, to tym bardziej cieszy nas fakt zaspokojenia ich wilczego głodu ekstremalnych doznań. A to dopiero przystawka, bo główne dania serwowane będą podczas koncertów, gdzie można na własnej skórze poczuć nasz zły dotyk i bat Diabła na cycach.

– Skąd wzięło się to zamiłowanie do ponadprzeciętnie długich tytułów LP?

– Bo długie tytuły są zajebiste. Znacznie pełniej i barwniej oddają koncepcję liryczną albumu. Wtedy nikt nie ma wątpliwości po co sięga.


RECENZJA: Anima Damnata – Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast


– Sporo trzeba było czekać na ten album, bo aż 10 lat. W międzyczasie skład Animy się zmieniał kilka razy. W obecnym składzie współpraca idzie zdawałoby się w dobrym kierunku. Jak to wygląda z Waszej strony?

– W 2011 roku, kiedy Anima Damnata była zespołem 2-osobowym, nasze szeregi zasilił drugi gitarzysta Apocalyptic Profanator of the Holy Laws, The Supreme Ruler of Abominations, którego kunszt gitarowy stał się idealnym dopełnieniem zabójczej formuły Anima Damnata. Kolejnym godnym wojownikiem okazał się The Mighty Initiatior of Barbarous Rituals, Herald of Heathen Fire, który w 2015 r. dzielnie objął wiejący pustką wakat basisty i wzmocnił nasz war-metalowy arsenał. Fakt, że akurat Ci ludzie są częścią zespołu jest wystarczającym dowodem dobrej współpracy. Szanujemy Anima Damnata do tego stopnia, że wolelibyśmy pozostać zespołem 2-osobowym, zamiast ciągnąć ze sobą bagaż przypadkowych ludzi, zwłaszcza że już to przerabialiśmy w swojej historii, kiedy grywaliśmy z Necrolucasem koncerty tylko we dwójkę. Nigdy w naszych szeregach nie było i nie będzie muzyków sesyjnych, więc decyzje o przyjęciu kogoś na stałe świadczą dobitnie o przemyślanych wyborach spośród tych, którzy na to zasługują.

– W tym roku gracie na reaktywowanej rok temu Metalmanii. Zapewne macie jakieś wspomnienia z przeszłości związane z tym festiwalem.

– Cóż, na Metalmanii byłem tylko raz, w 2005 roku, kiedy grałem tam z Thunderbolt i oprócz traumatycznego przeżycia jakim było obejrzenie 3 numerów Cradle of Filth, najlepiej wspominam towarzyską stroną tego wydarzenia, między innymi poznanie Docenta. Jeśli mógłbym się przenieść w czasie, to najchętniej wystąpiłbym na którejś z edycji Metalmanii z lat 1991-1994.

– Scena nie jest Wam obca. Czujecie się jakkolwiek znobilitowani mogąc zagrać choćby przed Emperor, czy innymi kultowymi kapelami, które w tym roku zagoszczą na Metalmanii?

Zagrać z Emperor na tych samych deskach byłoby fajną sprawą, ale zdaje się, że niestety gramy na dwóch różnych scenach, więc to nie to samo. Z drugiej strony chyba nawet nie będzie okazji obejrzeć ich występu, ponieważ kiedy oni skończą, my musimy już stać na małej scenie…

Jak układała się współpraca z M. przy miksie krążka? Robił to trochę mimowolnie pod siebie, czy w całości dobrze się dogadywaliście?

– Koncepcja zawsze rodzi się po obu stronach. Zarówno producent, jak i zespół mają swoje doświadczenie, indywidualne wyobrażenia końcowego efektu i wyrobione metody pracy. To naturalne, że konfrontuje się te wizje dopóty, dopóki nie staniemy na wspólnej płaszczyźnie. Praca z M. to czysta przyjemność i mnogość motywujących bodźców. Jedynym minusem była dzieląca nas odległość, przez co część miksów przebiegała korespondencyjnie, co zajebiście wydłużyło cały proces.

– Pamiętacie jakieś sytuacje, kiedy na żywo tak agresywna muzyka, którą wykonujecie spowodowała, że komuś odbiło i zaczął się podczas koncertu jakiś niespotykany normalnie dym pod sceną? Wiesz, bójki, destrukcja, chaos.

– Często coś takiego ma miejsce. Bez tego schodząc ze sceny mamy poczucie niekompletności dzieła i czujemy smutek i żal. Kiedyś było to na porządku dziennym i stanowiło o sile sceny. Dzisiaj aż przykro patrzeć jak koncerty metalowe stają się azylem dla ciot, które nie przeżyłyby dwóch minut w porządnym młynie. Takie czasy. Pora umierać.

– Sporo dymu na scenie spowodowała wiadomość, że opuszczasz szeregi Azarath. Z perspektywy tych kilku miesięcy i patrząc na jakość „Nefarious…”, wygląda to na pozytywną w skutkach decyzję. Też tak uważasz?

To na pewno była pozytywna w skutkach decyzja, ale obie rzeczy nie mają ze sobą związku, bo „Nefarious Seed…” był prawie w całości skomponowany zanim doszedłem do Azarath, a nagrania albumu rozpoczęły się kiedy jeszcze z nimi grałem. Album i tak by się ukazał, tyle że być może pół roku wcześniej gdybym nie sesja „In Extremis”.

Zdradź mi proszę, czy na kolejne wydawnictwo znów będziemy musieli czekać dekadę, czy w międzyczasie planujecie wydać coś ekstra – jakiś mini-album, split?

– Na pewno nie aż tak długo, ale nie będziemy się spieszyć kosztem muzyki. Nie ilość, a jakość jest naszym priorytetem. Mamy już trochę riffów na nowe numery i powoli knujemy kolejny rozdział zdziczałego rozpierdolu pod szyldem Anima Damnata. Kolejnym wydawnictwem ma być pełny album i z tym zamysłem rozpoczynamy rok 2018.

Dzięki za wywiad, widzimy się pod sceną.

– Pod sceną i w Piekle!

Fot. Materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *