King Dude
Strona główna » Wywiad: TJ Cowgill (King Dude) – 21.04.2017
WYWIADY

Wywiad: TJ Cowgill (King Dude) – 21.04.2017

Z „Królem Kolesiem” spotkałem się na backstage’u klubu Firlej, kilka godzin przed jego występem we Wrocławiu. Niewielkie pomieszczenie wypełnione było po brzegi krzątającymi się wszędzie artystami, elementami garderoby oraz instrumentami. Kiedy dotarłem na miejsce, TJ akurat się przebierał, tak więc dałem mu chwilę wytchnienia, by już po kilku minutach na spokojnie usiąść z nim na kanapie i przeprowadzić umówioną wcześniej rozmowę. Warunki może nie były idealne (co dwa razy wyraźnie zirytowało artystę), ale ostatecznie udało nam się pogadać blisko 15 minut, zanim cały ten gwar i przedkoncertowe zamieszanie pochłonęły go na dobre.

Albert Markowicz: Na początek powiedz proszę, jak powinienem się do ciebie zwracać – TJ czy King Dude?

TJ: Możesz mi mówić TJ…

Albert Markowicz:  A jaka historia kryje się za nazwą King Dude? Czy to jest coś takiego jak, na przykład, Marilyn Manson?

TJ: Coś jak synonim? Drugie imię? Czasami niektórzy ludzie mogą to tak odbierać ale osobiście nie chcę tego w pełni określać. Jeżeli ktoś myśli, że King Dude to ja, to w porządku. Jeżeli ludzie myślą, że to nazwa mojego zespołu, to też ok. Tym czym na pewno nie jest King Dude, to moim alter ego. To nie tak, że czasami jestem TJ, a czasami King Dude. Czy to ma sens, to co mówię?

Albert Markowicz: Tak, myślę że tak… „Sex” (ostatni album King Dude – przyp. red.) radzi sobie całkiem nieźle…

TJ: Sex zawsze sobie świetnie radzi!

Albert Markowicz:  (śmiech) Osobiście uważam, że to twój najlepszy album. Powiedz, jaki masz do niego stosunek po tych kilku miesiącach, które minęły od premiery? Coś byś na nim zmienił, nagrał inaczej?

TJ: Nie nie, nie zmieniałbym niczego. Dla mnie jest idealny, począwszy od szaty graficznej, przez długość jego trwania, aż po piosenki, jakie się na nim znajdują. Zawsze przed sesją nagraniową dużo myślę o każdym albumie, wszystko musi być dobrze przemyślane. Muszę mieć pewność, że to co wypuszczam jest kompletną całością – jeżeli tak nie jest, to nie robię tego.

Albert Markowicz:  Bardzo lubisz współpracować z innymi artystami…

TJ: Och tak, to prawda

Albert Markowicz:  …jak na przykład Drab Majesty, który jest też tutaj i również wystąpi dzisiejszego wieczoru. Powiedz, kto jest zwykle inicjatorem takich muzycznych kolaboracji? Kto wtedy jest siłą napędową takiego duetu?

TJ: Zwykle jestem to ja. Wyjątkiem jest tutaj moja współpraca z Chelsea Wolfe (amerykańska wokalistka folk – rockowa – przyp . red.), którą zainicjowała jej wytwórnia fonograficzna. Potem dopiero staliśmy się przyjaciółmi. Ale zwykle to ja jestem siłą sprawczą takich duetów. Czasami mam jakiś pomysł na nowy utwór i potrzebuję kogoś, kto pomógłby mi go skończyć, jak było w przypadku mojej współpracy z Drab Majesty. Potrzebowałem kogoś „z zewnątrz” i bardzo spodobało mi się to, w jaki sposób pisze on i produkuje swoją muzykę. Innym razem, jak w przypadku duetu z Julee Cruise (autorka znanego tematu muzycznego z „Miasteczka Twin Peaks” Davida Lyncha – przyp. red.), potrzebowałem po prostu damskiego głosu do mojej piosenki. Okazało się, że ona jest fanką mojego zespołu, więc pomyślałem: „Oh, muszę ją poprosić, żeby ze mną zaśpiewała!” . Przepraszam na chwilę…

(W tym momencie TJ ucisza pozostałych członków zespołu, którzy gadają nam nad uchem – przyp. red.)

Albert Markowicz:  Ok, a gdybyś mógł wybrać dowolnego artystę, zarówno z tych co nadal żyją i działają, jak i z tych którzy już odeszli, to z którym chciałbyś współpracować i dzielić scenę? Kogo byś wybrał?

TJ: O Boże… dobre pytanie… Jezu, nie wiem. Pozwól mi się nad tym chwilę zastanowić, wrócimy do tego pytania, dobrze?

Albert Markowicz:  Jasne. Jest jedna rzecz, która mnie bardzo intryguje od dłuższego czasu, i o którą chciałbym cię teraz zapytać. Jako King Dude grasz muzykę, która jest mieszaniną bluesa, rocka czy folku, ale cały czas jesteś też bardzo blisko metalu – grasz na metalowych festiwalach, jak Wacken czy Brutal Assault, udzielasz się w mediach poświęconych metalowi – chociażby teraz rozmawiasz przecież z portalem MetalNews.pl. Nergal z Behemotha również ostatnio zaczął grać folk i country, i też spotyka się to z dużym entuzjazmem. Dlaczego według ciebie ta muzyka jest tak popularna i tak dobrze przyjmuje się wśród fanów metalu, w metalowym środowisku?

TJ: Wiem o czym mówisz. Wydaje mi się, że to przez to, że cały czas mamy tutaj do czynienia z podobnymi tematami jak w muzyce metalowej.

Albert Markowicz:  Cały czas siedzi w tym diabeł…

TJ: Cały czas siedzi w tym diabeł, ale te klimaty prezentują inne podejście do tego tematu. Wydaje mi się, że nie da się cały czas słuchać tylko metalu w życiu. To znaczy jasne, są tacy ludzie, ale wiesz, muzyka metalowa nie zawsze pasuje do każdej sytuacji. Fajnie jest mieć wtedy jakieś inne opcje, jakąś odskocznie, coś co brzmi inaczej, generuje inne emocje.

Albert Markowicz:  A powiedz mi, znasz taki serial „True Detective”… ?

TJ: Znam, przepraszam, poczekaj chwilę…

(TJ wstaje z kanapy i po raz kolejny ucisza towarzystwo. Nieco zirytowany sięga do lodówki i wyciąga 0,7 Jim Beam’a, którego od razu zaczyna pić z gwinta. Skończy trzy godziny później na bisach – przyp. red.)

TJ: Ok! Jakie było pytanie?

Albert Markowicz:  Pytałem o serial „True Detective” oraz o inne podobne produkcje, bowiem słuchając twojej muzyki, czasami odnoszę wrażenie, że klimatem pasowałaby ona idealnie do tego typu rzeczy…

TJ: The Handsome Family mieli piosenkę w czołówce pierwszego sezonu, potem chyba pojawiła się też w sezonie drugim. Pasuje doskonale…

Albert Markowicz: …no właśnie, chciałem cię zatem zapytać o soundtrack, płytę z muzyką filmową. Myślałeś kiedyś o czymś takim? Chciałbyś stworzyć muzykę do jakiegoś filmu czy serialu?

TJ: Oh tak, gdyby ktoś się do mnie zgłosił z taką propozycją i gdyby miał projekt, do którego pasowałaby moja muzyka, to jasne, zdecydowanie bym się tego podjął. Chciałbym kiedyś w czymś takim uczestniczyć. Moje nagrania faktycznie mogą mieć trochę klimat muzyki filmowej, ale to dlatego, że w taki właśnie sposób myślę, pisząc swoje numery. Myślę o obrazach i postaciach, które stoją za danym utworem. Nie chodzi tylko o to, co akurat spotyka je w piosence, ale o całe ich życie. Kiedy tworzysz jakąś postać fikcyjną, musisz myśleć o wszystkim co może mieć na nią wpływ, o całym jej „życiu”. Nie możesz tylko skupiać się na tym, co dana postać przechodzi w chwili obecnej, bo inaczej piszesz słabe charaktery. W ten sposób właśnie ludziom może się wydawać, że moja muzyka rzeczywiście pasowałaby na ścieżkę dźwiękową do jakiegoś filmu, bowiem sporo czasu poświęcam właśnie na pisanie całej fabuły, kreowanie tła – tworzenie historii postaci, która występuje w piosence. Historii, o której ty możesz nie mieć nawet pojęcia.

Albert Markowicz: Rozumiem co masz na myśli. Pochodzisz z Seattle, w stanie Waszyngton, bardzo wietrznego i deszczowego miasta…

TJ: Och tak, bardzo deszczowego…

Albert Markowicz: …miasta Alice In Chains, Soundgarden czy Nirvany. W twojej muzyce, tak samo jak i
w muzyce tamtych zespołów, kryje się wiele mroku, głębi, pewnego rodzaju smutku czy nostalgii. Ciekawi mnie, czy to miejsce w którym się wszyscy urodziliście, ma aż taki wpływ na waszą sztukę i ten specyficzny nastrój? Wiesz o co chodzi – Red Hot Chili Peppers na przykład są z Kalifornii, nigdy tam nie byłem, ale wiem – czuję to i słyszę – że oni stamtąd pochodzą.

TJ: Tak, zgadzam się z tym, że otoczenie ma spory wpływ na to jak brzmi twoja sztuka, ale w moim przypadku, to ja akurat nie urodziłem się w Seattle. Zespół powstał w Seattle ale ja urodziłem się kilka godzin jazdy na wschód od tego miasta, gdzie klimat i otoczenie są już kompletnie inne – pustynie, pagórki, biegacze pustynne („tumbleweed” – polecam Google grafika, od razu skojarzycie o co chodzi – przyp. red.), suche powietrze, bardzo mroźne zimy. Jest to wiejskie środowisko, dużo farm, farmerów, klasa robotnicza. Tam się wychowałem i już za dzieciaka byłem mocno zafascynowany mrokiem i tego typu rzeczami. W kościele, czy gdziekolwiek nie byłem, rysowałem jakieś wilkołaki i inne pierdolone mroczne rzeczy, które rysują niektóre dzieciaki, i ojciec zawsze zawstydzał mnie pytając: „Nie mógłbyś raz narysować czegoś normalnego? Żeby pastor nie myślał, że jesteśmy jacyś nawiedzeni?”. No więc narysowałem drzewo i mu pokazałem, a on na to: „No, i bardzo dobrze!”. Wziąłem wtedy szybko ten rysunek i dorysowałem wiszącego na tym drzewie człowieka (śmiech). Jak widać, mój umysł zawsze krążył wokół tego typu tematów, ale jestem przekonany, że miasto też w jakiś sposób wpłynęło na to kim jestem. W moich piosenkach nie słychać zbytnio Seattle, słychać po prostu wszystko inne, wszędzie indziej. To może być gdziekolwiek. Rzeczy o których śpiewam, spotykam wszędzie, te tematy są uniwersalne. Nie wiem w jaki sposób komponują zespoły o których wspomniałeś, czy piszą konkretnie o danym miejscu, ale ja tak nie robię. Myślę o całym świecie, nie tylko Seattle.

Albert Markowicz: To twoja trzecia wizyta we Wrocławiu z tego co pamiętam, i nie da się ukryć, że jesteście tutaj zawsze bardzo dobrze przyjmowani. To samo zresztą tyczy się całej Polski…

TJ: To prawda, to jest coś wspaniałego. Nie wiem dlaczego tak jest i nawet się nad tym specjalnie nie zastanawiam, po prostu cieszę się tym, że Polacy lubią moją muzykę. Są tutaj nawet zespoły, które inspirują się tym co robię, co jest nieprawdopodobne. Uwielbiam przyjeżdżać do Polski.

Albert Markowicz: No dobra, to teraz na koniec wracamy do pytania o twoich wymarzonych artystów, z którymi chciałbyś współpracować…

TJ: Mogę wybrać spośród żyjących i nieżyjących?

Albert Markowicz: Tak jest. Chodzi o kogoś, z kim mógłbyś dzielić scenę, wiesz – patrzysz w prawo, a tam stoi Lemmy albo Freddie Mercury…

TJ: O, Freddie Mercury to całkiem dobry wybór ale chyba prędzej wybrałbym Abbę. Chociaż moja obecność na scenie pewnie zrujnowałaby im występ… hmm, kto jeszcze… bardzo lubię Sunhouse ale nie wiem czy chciałbym z nimi grać. W sumie to chyba wolałbym po prostu podziwiać tych najlepszych, a nie grać z nimi, nie chciałbym wchodzić im w drogę. Kurde, to naprawdę dobre pytanie, zagiąłeś mnie. Chyba przełożymy je na naszą kolejną rozmowę, obiecuję, że pomyślę o tym!

Albert Markowicz: W takim razie jesteśmy umówieni. Dzięki za rozmowę!

TJ: Dziękuję bardzo!




Podobne artykuły

“To jest tak naprawdę naszym celem – poruszać ludzi.” Wywiad z Obscure Sphinx.

Dominika Kudła

Wywiad: Alex Skolnick (Testament)

Albert Markowicz

Wywiad: Paolo Gregoletto (Trivium)

Albert Markowicz

Trivium: “Kiedy nagrywamy album, chcemy, by było to ważne wydarzenie” (wywiad)

Agata Laszuk

“Nie podoba mi się ingerowanie w wolność artystycznego wyrazu” – wywiad z Robertem Zembrzyckim (Vane)

Bartłomiej Pasiak

Wywiad: Filip “Heinrich” Hałucha (Rootwater)

Tomasz Koza

Zostaw komentarz

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!