“To jest tak naprawdę naszym celem – poruszać ludzi.” Wywiad z Obscure Sphinx.


Kiedy w sobotni wieczór Kraków gościł legendę – Metallikę, trzysta kilometrów dalej, w warszawskiej Progresji wybrzmiewał ostatni przystanek I Pielgrzymki Polskiej. Jeden z trzech wyprzedanych na trasie koncertów był niewątpliwie najlepszym, w którym miałam okazję uczestniczyć w tym roku.

Entropia zaprezentowała zbalansowane połączenie surowego uderzenia z iście transowymi melodiami. Gwiazda wieczoru, Batushka, odprawiła swą black metalową liturgię jak zawsze bezbłędnie, pozostawiając fanów w stanie niedosytu. A Obscure Sphinx… Sądzę, że tego wieczoru trącił w zebranym pod sceną tłumie wiele strun skrywanych na co dzień przed światem.

Temu warszawskiemu zespołowi nie można odmówić szczerości, poprzez którą tak intensywnie przepływa energia na linii muzyk – fan. Można powiedzieć, że Obscure Sphinx tworzy muzyczne uzewnętrznienie impresjonizmu i ekspresjonizmu uczuć budujących członków formacji.

Ale o tym sami potrafią opowiedzieć najlepiej. Poniżej zapis rozmowy, którą miałam przyjemność odbyć przed koncertem w Warszawie.

Przede wszystkim jak wasze nastroje? Jak kondycja przed dzisiejszym koncertem?

Wielebna: Zwyżkowa.

Olo: Im dłużej gramy, tym jakby fajniej się gra; ogrywa ze wszystkim. Z technologią, z samym sobą. Także jest coraz fajniej. Niestety dziś gramy ostatni koncert tej trasy.

Jak moglibyście podsumować tę trasę do tej pory?

Olo: Każdy ma chyba swoje zdanie. Mi się wydaje, że to jedna z fajniejszych tras, które zagraliśmy do tej pory. Wszystko się zgadza. Zgadza się backstage, w sensie ludzi i w zespole i wśród zespołów naokoło. Wszyscy się lubią, szanują, na wszystko jest czas. Z Knock Outem nam się bardzo fajnie jeździ, wszystko jest super zorganizowane. Jesteśmy dobrze zaopiekowani. Mamy mega komfort pracy, a przez to nam się po prostu milej gra w każdym aspekcie. I trzeba wspomnieć o tych frekwencjach, które są absolutnie super. Chociażby dzisiaj: wyprzedana Progresja. Gdzie nie gramy, jest dużo ludzi i świetne koncerty, także można by się rozpędzić i jeszcze tak z miesiąc pograć, tylko już pewnie nie w Polsce.

Blady: Zdecydowanie potwierdzam, bo to jest pierwsza trasa, na której, po pierwsze: jem o czasie, wysypiam się. Jeszcze nigdy w życiu nie byliśmy na trasie, na której byśmy się wysypiali. A tutaj przez to, że ta czasówka jest tak spoko przemyślana, o północy już jesteśmy w hotelach. Łącząc to z tym, że przeloty między miastami nie były jakieś duże. Mieliśmy jakąś godzinę, dwie. Teraz trochę dłużej, bo cztery. Aczkolwiek i tak do ósmej, dziewiątej można pospać – to jest w ogóle rzadkość. Jak sobie przypominam poprzednie trasy, to wcześniej niż druga – trzecia to my w hotelu nie byliśmy.

Olo: I wtedy zaczynaliśmy pić.

Wielebna: I musieliśmy wstawać o siódmej wtedy. A tutaj „wyśpij się tour”.

Blady: „Wyśpij się i najedz się tour”. Generalnie plusy dla Knock Outu, że w każdej miejscówce są ludzie, którzy ci pomagają rozładować sprzęt, wszystko ogarnąć na scenie. Także ja będę ją bardzo mile wspominał.

Nie odczuliście na tej trasie, że jesteście tylko supportem? Że ludzie oczekiwali tylko na Batushkę?

Olo: Wiadomo, że Batushka jest gwiazdą główną, natomiast my nie umawialiśmy się na bycie
supportem i nim nie jesteśmy. Co-headlingiem też byśmy tego nie nazwali. Supportem jest Entropia. Natomiast nie odczuliśmy tego. Wcześniej graliśmy koncerty na własnej, headlinerskiej trasie i też mieliśmy po kilkaset osób. Teraz jest pewnie tych kilkaset naszych i kilkaset od nich. Oczywiście pewnie więcej od nich, dlatego te frekwencje są takie, a nie inne.

Blady: Też nie oszukuję się, że to są osoby, które przyszłyby, gdybyśmy grali sami. Na pewno tak nie jest, aczkolwiek te osoby, które przyszły na Batushkę są już na naszym koncercie. To nie jest tak, że oni dopiero dochodzą na Batushkę. Nam się bardzo dobrze gra i odbiór publiki tez jest bardzo dobry.

Olo: To też chyba nie jest tak, jak graliśmy z Behemothem. Trzy czwarte ludzi przyszło i „O, jaki ciekawy zespół”, a kompletnie nie słyszeli. Teraz jest chyba inna sytuacja. W sensie ludzie naprawdę przychodzą na jeden, drugi, trzeci zespół, bo już byli, już znają.

Nawiązując do wypowiedzi Zosi sprzed paru lat: swego czasu zaskarbiliście sobie uznanie słowackich fanów, do tego stopnia, że później zobaczyliście te same twarze w Katowicach. Czy na tej trasie doszło do ponownego spotkania?

Wielebna:
W tym roku nie było Słowaków w Katowicach, ale za to bardzo mnie zaskoczyło to, co się stało wczoraj. Pierwszy rząd w Gdańsku to byli sami ludzie mówiący po rosyjsku i to było niesamowite.

Olo: Chyba byli przyjaźnie nastawieni. Słyszałem, że coś krzyczą. Zastanawiałem się czy to nie jest coś obraźliwego, ale potem zrozumiałem, że nie.

Blady: Suka blyat, haraszo!

Olo: Musiałem chwilę się zastanowić czy uciekać czy nie.

Przejdźmy do Zosi. Twoimi inspiracjami są osobiste odczucia i przemyślenia. A czy zdarzyło ci się odnaleźć natchnienie w konkretnym tekście kultury lub w czymś bardziej abstrakcyjnym?

Wielebna: To jest przepływ myśli. Czasem jest tak, że może mnie coś zainspirować, a ja mogę się nawet nie zorientować, że dana rzecz na mnie wpłynęła. Chłonę jakieś obrazy, dźwięki, a potem to sklecam do kupy.

Teksty są po angielsku. Jak wiele traci pierwotna myśl po przetłumaczeniu? Język polski i angielski różnią się znacznie, choćby pod względem gramatycznym. Czy nauczyłaś się myśleć bardziej syntetycznie w kontekście tworzenia?

Wielebna: Myślę, że słowotwórczo na pewno po polsku byłabym w stanie więcej rzeczy stworzyć, bo taki jest język polski: bardziej melodyjny, twórczy. Z „Void Mother” było tak, że teksty były napisane po polsku i tłumaczył je Olo. Nie czułam się pewnie w tłumaczeniu. Na tę płytę było mi już łatwiej, ale zazwyczaj piszę po polsku i dopiero potem przekładam.

Olo: Lepiej jest, kiedy finalne Zosia pisze w języku angielskim, bo poprzednim razem, jeżeli robią to dwie osoby i jedna tłumacząc się dostosowuje, to to nie jest to samo. Gdzieś ta interpretacja się nagina. Wydaje mi się, że wyszło dobrze, natomiast ja byłem teraz happy. Nie dlatego, że nie musiałem tłumaczyć, tylko dlatego, że wszystko wyszło od Zośki jeden do jednego. To ona namalowała ten obraz.



Co do utworów, czy macie jakiś, który osobiście jest dla was największym wyzwaniem? Technicznie, wokalnie lub ze względu na ładunek emocjonalny?

Olo: Ja mam różnie. Jak gramy „Presence”, to czuję największe emocje. Osobiste, niezwiązane z piosenką. Czuję, że w niektórych fragmentach piosenki jestem po prostu gwiazdą kosmiczną, która coś rozświetla i jest idealnie w danym miejscu, w którym powinna się w danym momencie znajdować. Jestem mega szczęśliwy grając tą piosenkę i wychodzą ze mnie wszystkie emocje. A z innymi utworami… Nie jest tak, że czuję jakiś challenge techniczny. Każda piosenka wymaga skupienia czy tańczenia po efektach. Co do innych piosenek – tak wpierdolowo czuję, że jedziemy; że jest fajnie.

Blady: Dla mnie najbardziej emocjonalną piosenką, jaką zrobiliśmy, i która najbardziej do mnie przemawia, jest ostatni numer z „Epitaphs” – „At the Mouth of the Sounding Sea”. To są te dźwięki, które rezonują z moją duszą. Uważam, że to najlepszy numer jaki kiedykolwiek zrobiliśmy. Jakbym miał jutro zginąć, to i tak twierdzę, że zrobiliśmy swoje exegi monumentum.

Wielebna: Ja, z utworów, które są zarejestrowane na płytach, najbardziej lubię ten, którego nie gramy na koncertach, czyli „Velorio”. To była typowa improwizacja. Było parę prób, w końcu podejście, zaśpiewanie i wyjście ze studia, bo już nie było niczego po nagraniu tego. Aczkolwiek nie gramy tego, bo to są takie emocje z tytułu niepowtarzalnych.

W waszej twórczości jest kilka wspólnych pierwiastków, dzięki którym odbiorca od razu wie z kim ma do czynienia. Nie da się was pomylić z kimś innym. Czy macie zamiar eksploatować ten typ ekspresji cały czas czy myśleliście o wprowadzeniu czegoś nowego?

Olo: Wszystko wychodzi w miarę naturalnie, mam wrażenie. Nasz progres jest dosyć niewymuszony. Cały czas myślimy o czymś nowym, ale nie chcemy tego robić na siłę, albo czegoś, czego nie czujemy. Np. fajnie byłoby mieć wizualizację, ale nie pojedziemy na koncert robiąc cokolwiek, bo musimy to przemyśleć, poczuć. Zrozumieć czy chcemy je wszędzie, jakie i czy w ogóle. Słuchaj, nawet to jak Zosia się maluje jest uzależnione od jej nastroju i nie mamy z tym problemu. Chcemy, żeby to wszystko wyglądało naturalnie i coraz lepiej dla ludzi. Może z czasem będzie teatralniej, tylko żeby nie zrobić szopki. To strasznie trudna sprawa, żeby nie zrobić parodii samego siebie.

Mija dziesięć lat od założenia zespołu. Czy były na początku jakieś myśli i założenia pod tytułem „Za dziesięć lat będziemy już jeździć po Stanach”?

Blady: Ja się dowiedziałem, że tych dziesięć lat minęło, chyba z jakiegoś artykułu na AntyRadio, bo po prostu ten czas tak szybko zleciał. Odnosząc się do poprzedniej wypowiedzi Ola – to wszystko po prostu ewoluowało. Nie było oczekiwań czy kamieni milowych, które postawiliśmy przed sobą. Dla nas najważniejsza była muzyka, a gdzie ona nas zaprowadzi, to już pozwoliliśmy sobie tego nie przewidywać, tylko zobaczyć efekty. A że coś się dzieje, czujemy się zmotywowani by iść dalej. Fajnie jest być wynagradzanym za swoje decyzje podejmowane w trakcie kariery. Czy to odmawianie czegoś czy robienie nowych rzeczy. Ja jestem najbardziej dumny z tego, że zawsze byliśmy szczerzy w tym co robimy. Nie było tak, że szliśmy na jakiś kompromis, bo to nam da jakieś wymierne korzyści, ale czulibyśmy się z czymś źle.

Olo: Ja myślę, że jestem pozytywnie zaskoczony tym, co nam się udało osiągnąć, bo wiem jak trudno jest w ogóle osiągnąć cokolwiek w muzyce. Nie każdy jest w stanie się przebić, zdobyć fanów, mieć fajne koncerty, nagrywać dobre płyty. Nam się udaje. Oczywiście jestem strasznie głodny takich mega sukcesów. Zwłaszcza jak się jeździ z dużymi zespołami czy bywa na większych festiwalach i widzi, że ktoś to robi i to na mega poziomie. Łatwo się tym inspirować.

Blady: Tym bardziej, że ludzie reagują tak jakbyśmy chcieli. Po tej trasie mam wrażenie, że te emocje do nich docierają i potrzebują w jakimś sensie tego typu emocji jakie im dajemy. Ktoś się popłacze na koncercie, a to się zdarza, dla nas jest to dowód, że poruszamy go w głębi. Pewnie koleś na co dzień nie płacze. Ale jednak ten zbiór dźwięków i tego wszystkiego wywołuje w nim takie odczucia, co jest zajebiście pozytywne dla mnie. To jest tak naprawdę naszym celem – poruszać ludzi.

Wielebna: W Katowicach była taka sytuacja, że bardzo mnie coś poruszyło i pod koniec koncertu czułam taki napływ energii i emocji ze strony tłumu. Dopiero dzień później dowiedziałam się, że cały pierwszy rząd płakał; jakaś histeria ponoć tam była. Nie widząc tego odczułam te emocje wymiennie od nich. Czyli zrobiło się takie perpetuum mobile; samonakręcająca się machina energii i emocji i to coś, co bardzo lubię. Też przez tych dziesięć lat czuję, że jako zespół jesteśmy coraz bliżej ze sobą. To jest niesamowite, że zamiast się oddalać, coraz bardziej się zlewamy w jedną bryłę.

Olo: To jest też trudne, bo każdy zespół tworzą indywidua. I jak na artystów przystało: bardzo popieprzone i trudne do zgrania. Fakt, że jeszcze ze sobą funkcjonujemy i dalej to robimy to też jest bardzo duża sprawa. Wystarczy spojrzeć na historię rock and rolla, jak wiele zespołów się rozpieprzało, kłóciło czy coś. Nam też nie jest to obce, ale nadal jesteśmy bardzo silni i chętni do bycia w tym zespole.

Jedziecie w trasę jako headliner. Czy są jakieś zespoły w najbliższym podziemiu, które chcielibyście wypromować?

Blady: Na pewno są, ale nie myślimy o tym na co dzień. Na pewno gdybyśmy planowali trasę, zwrócilibyśmy uwagę na zespoły ludzi, których znamy, a których cenimy muzykę, jak w przypadku Butterfly Trajectory czy Sunnata.

Olo: Sound Like the End of the World.

Blady: Tak. I generalnie nie są to decyzje, o których myślimy na co dzień.

Olo: Często są to zespoły, które znamy osobiście i wiemy, że jadąc w większą trasę możemy im jakoś pomóc.

Blady: Entropia, która gra z nami na tej trasie, to bardzo ciekawy zespół.

Wielebna: Też personalnie, jak się okazało.

Olo: To nie zawsze wychodzi wcześniej. Czasem dopiero na trasie.

Mijają dwa lata od wydania „Epitaphs”. Kiedy kolejna płyta? Macie już jakiś materiał, jakikolwiek zarys?

Olo: W zeszłym roku i w tym dosyć sporo graliśmy nowych rzeczy, które były głównie jammami. W sensie na nic się nie umawialiśmy. Przychodziliśmy, siadaliśmy we czwórkę i graliśmy co komu wyszło w danej chwili, słuchaliśmy się nawzajem. Nagrywaliśmy to wszystko, więc mamy bardzo dużo materiału, miejscami jest nawet fajnie natchniony. Czeka nas przejrzenie tego i zdecydowanie co jest naprawdę super. I zagranie tego jeszcze raz. Ile zajmie to czasu – trudno powiedzieć. Na szczęście nie jesteśmy związani żadnymi terminami. Chcemy zrobić płytę, która nas absolutnie będzie satysfakcjonowała w każdej sekundzie. Albo przynajmniej jak najbardziej. Jeżeli stwierdzimy „Dobra, mamy to”, będziemy nagrywać i wydawać. Chcemy wrócić z płytą, która będzie rozpieprzała wszystkich, na czele z nami. I nie wrócimy, dopóki się to nie uda. Ale… Równie dobrze może być tak, że wrócimy po trasie na salkę, nagramy zajebiste utwory, a o tamtych zapomnimy.

Wielebna: Co mi odpowiada, to to, że właśnie ostatnie miesiące spędziliśmy na jammowaniu; nie na tworzeniu utworów w taki sposób, że przynosimy coś na próbę. Tylko tak, że tworzymy to, co z nas wypływa. Z danej chwili, z danego dnia, samopoczucia. Z czystej, emocjonalnej strony człowieka. To nie jest coś, co było przesiedziane, przemyślane od samego początku do końca, tylko coś żywego.

Olo: Bo też trzeba dbać o to, aby wszyscy czuli się dobrze wykonując ta muzykę. To nie są tylko utwory. My z tym żyjemy. Potem wychodzimy na scenę i to odtwarzamy. I nie odtwarzamy piosenki, tylko nasze uczucia i chwilę. Ważne, żeby to za każdym razem w nas rezonowało.

Skonkretyzowane plany na resztę roku?

Olo: Mamy kilka festiwali. Gramy teraz w maju w Płocku, w lipcu na Słowacji, w sierpniu Brutal. W Rumunii ramy na Rockstadt. I chyba już mogę powiedzieć, że gramy na Materia Fest. Mamy jeszcze trochę planów koncertowych. Przez drugą część roku, jak Bóg da, mamy zamiar siedzieć i pisać. Co będzie w przyszłym roku – zobaczymy. Mamy w sumie parę festiwali, które powiedziały, że w tym roku nie, ale w przyszłym tak, więc wpadnie parę rzeczy. Natomiast nie jestem przekonany czy będą już promowały nową płytę. To chyba za wcześnie.

Wielebna: Chyba, że nam coś odwali.

Olo: Mamy różne dzikie pomysły, które mogą jeszcze wszystkich zaskoczyć w tym roku, ale poczekajmy jeszcze chwilkę.

Logo: Obscure Sphinx

KOMENTARZE

  • artur
    25 sierpnia 2018 | 14:46
    Link

    super fajne zastanawiam się na dtatuazem więc moze już wkrótce coś takiego?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *