Image default
WYWIADY

Trevor Peres (Obituary): “Nasza muzyka jest jak film z gatunku horror”


Tym razem składam w Wasze ręce wywiad z jednym z gitarzystów i współzałożycieli Obituary. Choć los sprawił, że rozmowa była w zasadzie owocem spontaniczności – coś wyszło. Chyba nawet nie najgorsze coś. Ale to przede wszystkim za sprawą jednego z najbardziej otwartych muzyków, z którymi miałam okazję rozmawiać. Przed Wami zapis rozmowy z Trevorem Peresem.


Może zacznijmy od samego początku. Utrzymujecie się na scenie od ponad trzydziestu lat. Obecnie uchodzicie za jednych z ojców death metalu. Czy zgadzasz się z tą opinią?

Trevor Peres: Sam nie wiem…

Czujesz się death metalowym ojcem?

Trevor Peres: Na tym etapie: tak (śmiech). Sam nie wiem… Dla mnie początek death metalu określiły takie zespoły jak Hellhammer, Celtic Frost. Ale! Początki naszej rosnącej szybko popularności i naprawdę szybko zdobyta akceptacja sprawiły, że w zasadzie tak; zgadzam się z tym określeniem.

A czy pamiętasz, kiedy dokładnie wspomniany przez ciebie moment miał miejsce? W którymś punkcie lat 90-tych czy jednak szybciej?

Trevor Peres: Nie było to od razu, nie od pierwszego albumu. Ale sądzę, że możemy mówić o 1992 roku.

Dokonujące się wokół zmiany były bardzo zauważalne? Miały miejsce z dnia na dzień? Nie da się zaprzeczyć: mieliście ogromny wpływ na to, co działo się w światku.

Trevor Peres: Między „Slowly We Rot” a „The End Complete” , między tymi trzema albumami działo się najwięcej. Ciągle byliśmy w trasie. W Stanach, mam na myśli MTV, interesowano się nami bardzo. Był taki program, „Headbangers Ball”, w którym często nas pokazywali. I tak coraz bardziej wszystko się napędzało, koncerty były coraz większe.

Wyprzedaż w sklepie EMP Shop

Jak myślisz: dlaczego ludzie potrzebują w swoim życiu takiego podgatunku jak death metal?

Trevor Peres: Sądzę, że pozwala im wydobyć na zewnątrz pewne uczucia, które chyba większość z nas kryje w środku. Złość, negatywna energia. Ale wydobywa je w ten dobry sposób.

Co rozumiesz poprzez „dobry”?

Trevor Peres: Czasem na naszych koncertach ludzie przekraczają jakieś swoje granice, popadają w istne szaleństwo… A po wszystkim wracają do domu i są po prostu szczęśliwi.

Odnajdują katharsis dla serca i umysłu.

Trevor Peres: Dokładnie tak (śmiech).

A jak było z Obituary na początku? Jak to się stało, że w ogóle zaczęliście grać?

Trevor: To była po prostu miłość do muzyki. Muzyki w ogóle. Początek był taki, że i ja Don przyjaźniliśmy się od małego. I kochaliśmy muzykę. Nie umieliśmy na niczym grać, nie mieliśmy nawet instrumentów. I wtedy…

Pewnego dnia…

Trevor: Pewnego dnia Don przyniósł ze szkoły mały bęben, ja zdecydowałem się wreszcie kupić gitarę. Potem było łatwo: „Ej, załóżmy zespół. Pograjmy metal czy coś” (śmiech). Ale tą podstawą, od której wszystko się zaczęło, była po prostu miłość do muzyki.

Wspomnieliśmy o muzyce, przejdźmy zatem do tekstów. Powiedz mi, co twoim zdaniem jest atrakcyjnego w eksploatowanej przez was tematyce? Cały czas gracie o gniciu, śmierci…

Trevor: Powiedzmy, że nasza muzyka jest jak film z gatunku horror. Z tego powodu musi traktować o takich rzeczach. Wiesz, wszyscy jesteśmy fanami takich „Martwego zła” czy książek Stephena Kinga. Tego typu historii. Więc tworzymy albumy, które są czymś podobnym – tyle że w muzyce (śmiech).

I nigdy nie poczułeś, że zaczyna to być nieco męczące czy przytłaczające? Ten typ brzmienia, tego typu teksty?

Trevor: Nie… W tej chwili jestem cholernie zmęczony, ale czysto fizycznie. Spałem wczoraj cztery godziny… Ale nie, ta muzyka nigdy nie była męcząca. Wciąż jest dobrą zabawą.

Nawet gdy gracie dłuższą trasę, dzień po dniu to samo?

Trevor: W życiu.

Czuję się wspaniale słysząc to jako fan.

Trevor: Też to kochamy. Za każdym razem dostaję gęsiej skórki (śmiech).

Jak Trevor Peres postrzega death metalową scenę dzisiaj? Czy zmierza twoim zdaniem w dobrym kierunku?

Trevor: Był taki moment w naszej karierze, kiedy byliśmy naprawdę, naprawdę popularni. Teraz już tak nie jest. Aczkolwiek uważam, że death metal sam w sobie ma się bardzo dobrze. Jest cała masa zespołów z różnych państw. Także black i thrash wciąż się utrzymują. To coś niesamowitego: wiele
zespołów ma z grania samą radość.

A jak czujesz się z tym, że omawiany podgatunek przestał być tak odizolowany w społeczeństwie?

Trevor: Wiesz, zdarza się, że ludzie w ogóle nie słuchają tego typu muzyki, ale coś im świta, gdy powiesz „death metal”. Sądzę, że to po prostu dobrze (śmiech).

Obawiam się, że moja kreatywność powoli się wyczerpuje… Czy jest może jakieś pytanie, którego nie usłyszałeś, a chciałbyś? Czy jest coś, o czym sam chciałbyś mi powiedzieć?

Trevor: Sam nie wiem… Ten wywiad i tak jest bardzo specyficzny przez to, że robimy go tak nagle i spontanicznie. Sam nie mam pojęcia o czym mówić (śmiech). Ale jest na pewno jedno, o czym nie wspomnieliśmy. Jesienią gramy w Europie trasę ze Slayerem.

Wyleciało mi z głowy! Powiedz, proszę, jakie to uczucie?

Trevor: Cudowne! Od trzydziestu lat mieliśmy nadzieję, że Slayer zaprosi nas na trasę i wreszcie się doczekaliśmy (śmiech). Pamiętaj: nigdy nie należy się poddawać (śmiech).

Cieszysz się, że wrócisz do Polski? W ogóle jak ci się tu podoba?

Trevor: Bardzo lubimy Polskę. Nie wiem co się dzieje dzisiaj. Jest podejrzanie mało ludzi.

Cóż, za nami dopiero pierwszy support. Jestem pewna, że tłum rozrośnie się tuż przed waszym wyjściem na scenę.

Trevor: To dobrze. Za każdym razem mamy miłe wspomnienia związane z Polską. A graliśmy tu po raz pierwszy w 1990 roku. Chyba nie było cię wtedy jeszcze na świecie, co? (śmiech) Zawsze, za każdym razem nie możemy doczekać się wizyty w Polsce. I pierogi! (śmiech).


Poniżej uzupełnienie rozmowy o pytania, które nie wpadły autorce do głowy podczas wywiadu. Odpowiedzi nadeszły parę dni później drogą mailową.


Rozmawialiśmy wcześniej o polskich słowach. Wśród nich padło m.in. „napierdalać”. Czy odnajdujesz je za odpowiednio ekspresyjne?

Trevor: Jest cholernie ekspresyjne! Mam wrażenie, że uchwyciło ideę death metalu w locie.

Tanie płyty CD, winyle, DVD rock i metalTechnologia nagrywania zmieniła się w ciągu ostatnich dekad. Jaki wywarło to wpływ na muzykę tworzoną przez Obituary? Jak wyglądało to trzydzieści lat temu, jak wygląda teraz?

Trevor: Odkąd mamy w swoim posiadaniu studio zaopatrzone w sprzęt cyfrowy, zapamiętywanie nowych pomysłów stało się o wiele łatwiejsze. Każdy z instrumentów zaopatrzony jest w mikrofon, gotowy w każdej chwili uchwycić dany moment. Powiedzmy, że jeśli trakcie próby uznamy coś za odpowiednie na riff, zostało od razu zarchiwizowane. Lata temu musiałem robić dosłownie to samo mózgiem. Nowa technologia jest naprawdę bardzo pomocna.

Twój styl gry wydaje się być dosyć łatwy. Jaka jest twoja definicja dobrego gitarzysty i czy wpisujesz się w nią?

Trevor: Samo Obituary opiera się na dość prostych zabiegach w muzyce. Ale nie każdy umie zrobić to w takim sposób, w jaki my to robimy. Sporo ludzi gra moje partie, ustawia podobnie elektronikę, a jednak nie brzmi jak ja. To, co musisz zrobić z gitarą, to sposób dotykania jej, zarówno palcami jak i kostką. I… Cóż, jestem dobry w tym, co robię. Tak myślę.

Czy potrafisz wskazać największą dumę ostatnich trzydziestu lat?

Trevor: Hmmm… Prawdopodobnie będzie to dotyczyć naszych fanów. Tego, że nadal odnajdują w naszej twórczości tyle pasji. Nigdy nie podejrzewaliśmy, grając jeszcze jako nastolatkowie pod garażach, że zajdziemy tak daleko. I że będziemy wpływać na innych muzyków, co też jest niesamowite.

Fot. Ester Segarra

Podobne artykuły

Wywiad: Dariusz “Daray” Brzozowski (Dimmu Borgir)

Tomasz Koza

Wywiad: Wacław “Vogg” Kiełtyka (Decapitated) – 26.10.2016

Albert Markowicz

Alastor: „Byliśmy zespołem z dużym potencjałem” (Wywiad)

Szymon Grzybowski

1 komentarz

gacek 13 sierpnia 2018 at 23:12

Fajny wywiad, dzięki \m/

Odpowiedz

Zostaw komentarz