WYWIADY

Kaganek metalowej oświaty – wywiad z Tomaszem Barszczem, organizatorem Summer Dying Loud

Aleksandrów Łódzki to niewielkie miasteczko pod Łodzią. Pod koniec wakacji zmienia się jednak w metalową stolicę Polski. To właśnie tam od 11 lat organizowana jest impreza, której dziś nie trzeba żadnemu fanowi metalu przedstawiać, czyli Summer Dying Loud. Jednym z ojców sukcesu tego wydarzenia jest Tomasz Barszcz, naczelnik Wydziału Promocji i Współpracy z Zagranicą aleksandrowskiego magistratu. Urzędnik z metalową duszą poświęcił nam trochę czasu i opowiedział o tym, co zmienia się w tym roku w festiwalu, jak odbierany jest przez mieszkańców, a także w jaki sposób zespół IRA sprawił, że przeobraził się z dni miasta na rockowo w jedną z najważniejszych imprez metalowych w naszym kraju.

Czy tegoroczna edycja Summer Dying Loud będzie najlepszą w historii?

Tomasz Barszcz: Tego sobie jak najbardziej życzę, ale wiele też na to wskazuje. Przede wszystkim zainteresowanie ludzi, bo to jest najistotniejsze. Widzimy to już w tym momencie po sprzedaży biletów, choć ona – im bliżej festiwalu, tym bardziej się napędza. Wielu festiwalowiczów decyzję o przyjeździe podejmuje w ostatniej chwili. O tym, że naprawdę może być to wyjątkowa edycja, widzimy też po opiniach w internecie. Ja jestem przekonany, że jeśli chodzi o muzykę, nikt nie będzie się nudzić na Summer Dying Loud, ale nie powinno być w tym wszystkim monotonii. Nie staramy się jakoś szczególnie dogadzać fanom poszczególnych gatunków. Trochę jest to broń obosieczna, bo prawdziwi metalowcy powiedzą, że metalu przez duże „M” jest za mało w line-upie. Z kolei osoby, które szukają trochę alternatywnych brzmień, mogą ocenić, że za dużo jest metalu. Wszystkich na pewno nie uda się usatysfakcjonować. My jednak nigdy też nie staraliśmy się tego robić.

Czyli czeka nas prawdopodobnie najlepsza edycja, ale na pewno największa. Festiwal urósł względem poprzednich edycji.

Tomasz Barszcz: Doszedł jeden dzień. To podstawowa zmiana – od tego roku koncerty będą też w niedzielę. Dlatego też o 8 zespołów zwiększył się line-up, w sumie jest ich 26. Z powodu tej decyzji cała infrastruktura musi żyć trzy dni – przez to rosną koszty organizacji imprezy. Stąd też nieco wyższa cena karnetów w tym roku (159 zł – przyp. red.). Myślę jednak, że rozszerzenie festiwalu może być dla wielu uczestników – zwłaszcza tych przyjezdnych, nawet z zagranicy – argumentem, aby pojawić się w Aleksandrowie Łódzkim. Po prostu festiwal trzydniowy ma jeszcze większy sens, żeby się na niego wybrać i zakończyć sezon mocnym akcentem. Można więc powiedzieć, że rosnący koszt festiwalu, to tak w zasadzie inwestycja w zwiększenie atrakcyjności, a tym samym frekwencji.

Summer Dying Loud 2019
Summer Dying Loud 2019

Impreza rozrasta się już kolejny raz.

Tomasz Barszcz: Tak, pięć lat temu podjęliśmy decyzję o tym, że robimy dwa dni festiwalu. Dodaliśmy pole namiotowe, całą infrastrukturę. To się sprawdziło. Summer Dying Loud w ciągu tych pięciu lat rośnie w postępie geometrycznym. Miejmy nadzieję, że ten trzeci dzień sprawi, że rozwój będzie jeszcze szybszy.

Wróćmy na chwilę do line-upu. W składzie jest aż 26 zespołów i pomimo tego, że na plakacie promującym imprezę niektóre są wyżej i wyraźniej zaznaczone, chyba można stwierdzić, że rozpiska kapel jest raczej wyrównana i trudno powiedzieć, żeby była tu jakiś jednoznaczna gwiazda czy magnes przyciągający fanów. Czy taki cel przyświecał wam od początku budowania składu?

Tomasz Barszcz: Nie chcemy i trochę nas nie stać na to, żeby przyciągać tłumy słuchaczy występem jednej czy dwóch dużych gwiazd. Chcemy natomiast, żeby festiwal mimo wszystko miał swoją tożsamość, żeby zespoły, które tu występują, były rozpoznawalne, ale niekoniecznie topowe. Zależy nam mimo wszystko na utrzymaniu kameralnego charakteru festiwalu.

Rynek festiwalowy i koncertowy w Polsce w tej chwili aż kipi od imprez i dużych pojedynczych występów. Z jednej strony ciężko czymkolwiek zaskoczyć, z drugiej ciężko przyciągnąć fanów. Jak w takich okolicznościach zbudować dobry line-up i zachęcić ludzi do przyjazdu na kolejną długą imprezę?

Tomasz Barszcz: Teraz faktycznie mamy klęskę urodzaju. Ja sobie to nawet trochę chwalę, bo jako fan bardzo często korzystam – jeżdżę i na koncerty klubowe i festiwale. Druga strona medalu jest natomiast taka, że następuje przesyt i zaczyna się walka o klienta. Walka, w której taki festiwal jak nasz ma bardzo ciężko w porównaniu z dużymi wydarzeniami, nie tylko w Polsce, bo to żaden problem pojechać 100, czy 200 kilometrów zagranicę na festiwal, gdzie faktycznie grają najwięksi.

Tylko, że taki festiwal jest wielokrotnie droższy niż Summer Dying Loud.

Tomasz Barszcz: Jest, ale nawet biorąc pod uwagę tylko Polskę, jest trudno o fanów. Rozwiązaniem może być znalezienie niszy, stworzenie wydarzenia, które nie będzie w jednoznaczny sposób powielało formuły innych festiwali. Dla mnie dużą inspiracją w takim podejściu jest RoadBurn Festival, który organizowany jest w Holandii. W line-upie zawsze znajdę tam zespoły, o których nigdy nie słyszałem, pomimo tego, że obracam się w środowisku i siedzę w tej muzyce praktycznie od zawsze. Tam zawsze jest sporo zagadek i tylko dzięki przeglądaniu listy wykonawców poznaję wiele ciekawych zespołów, bo organizatorzy mocno pilnują jakości artystów, którzy tam występują. Chciałbym trochę podążać tym tropem.

Nieść kaganek metalowej oświaty?

Tomasz Barszcz: W jakimś sensie tak. Chciałbym trochę edukować i pokazywać, że nie tylko to, co już znane i oklepane, nie tylko Sodom i Kreator, są warte zaproszenia na festiwal. Jest mnóstwo, świeżych, nowych i ciekawych zespołów, ale również takich, które nagrały po kilka płyt, a ciągle są nieodkryte.

Sporo mówimy o tym, jak festiwal się rozwija, w którym kierunku może pójść pod względem artystycznym. Czy jednak jest dla niego jakaś granica rozwoju? Nie można go chyba w nieskończoność wydłużać, zapraszać więcej zespołów. Czy jest jakaś wersja ostateczna Summer Dying Loud?

Tomasz Barszcz: Nie chodzi nam o to, aby ścigać się z samym sobą i udowadniać, że mogą przyjeżdżać do Aleksandrowa Łódzkiego rzesze osób. Chciałbym cały czas pilnować tej kameralności. W tej chwili rozmawiamy o festiwalu na trzy tysiące osób. Fajnie, gdyby było ich pięć tysięcy, ale nigdy nie myślałem, żeby była to impreza na miarę kilkunasto – czy kilkudziesięciotysięcznych festów. Tę frekwencję będziemy mogli moderować line-upem. Możemy i będziemy zapraszać zespoły ciekawe, które mają swoją historię, swoją bazę fanów, natomiast nie będą to zespoły, które przyciągną tutaj 30 tysięcy osób. Myśląc jednak realnie, może kiedyś pomyślimy o drugiej scenie, może zaczniemy częściej zapraszać zespoły zza oceanu, co znacznie rozszerzy nam możliwości.

Summer Dying Loud to impreza finansowana samorządowo. Jej organizatorem i wielkim zwolennikiem jest Jacek Lipiński, burmistrz Aleksandrowa Łódzkiego, który niedawno wygrał wybory i zasiadł na swoim stanowisku na kolejną kadencję, więc nic nie zapowiada, żeby w tym zakresie z festiwalem miało się coś dziać.

Niemniej jednak pojawiają się sygnały, że samorządy i mieszkańcy nie zawsze chętnie odnoszą się do imprez metalowych finansowanych publicznie. Tak było w Chojnicach, gdzie został oprotestowany występ Vadera na festiwalu Intertony, tak było w Środzie Śląskiej, gdzie problemem był koncert Rotting Christ. Czy w Aleksandrowie taka kwestia też się pojawia?

Tomasz Barszcz: Clou leży w biletowaniu. W Aleksandrowie robimy mnóstwo imprez dla miasta – mniejszych i większych wydarzeń jest w sumie kilkadziesiąt. Summer Dying Loud jest jedyną, która skierowana jest bardziej dla osób z zewnątrz, niż dla mieszkańców. Oczywiście jest dużo aleksandrowian, którzy biorą udział w SDL i jest to dla nich ważne wydarzenie, ale jest też grupa, która uważa, że może niekoniecznie trzeba taki festiwal z publicznych pieniędzy organizować i można by je wydać inaczej. Przy jednej z pierwszych edycji stanęliśmy przed wyborem, czy robimy imprezę darmową o charakterze dni miasta, lub czegoś podobnego, czy imprezę biletowaną o silnie zaznaczonym kierunku muzycznym. Wprowadzenie biletowania sprawiło, że nie pojawiają się tu raczej przypadkowe osoby, które nie słuchają takiej muzyki, mogą jej nie zrozumieć, a przez to odbierać negatywnie i później krytykować czy nawet protestować.

Biletowanie sprawia też, że choć część nakładów wraca do kasy miasta.

Tomasz Barszcz: Obecnie koszty, które są po stronie miasta, w dużej mierze pokrywają wpływy z biletów. Jeszcze nie w 100%, ale w znacznym stopniu. W połączeniu z wpływami od sponsorów oraz stref gastronomicznych, wygląda to coraz lepiej. Wszystko to sprawia, że mamy trzydniową imprezę o standardzie krajowym, która nie kosztuje więcej niż jednodniowe dni miasta, czy podobnego typu jednodniowa impreza muzyczna dla mieszkańców.

Skoro już rozmawiamy o zmieniającym się charakterze imprezy, pójściu w stronę festiwalu stricte metalowego, chciałbym zweryfikować pewną informację. Czy to prawda, że to zespół IRA przyczynił się do tego, że Summer Dying Loud stał się festiwalem metalowym?

Tomasz Barszcz: Jedenaście lat temu z obecnym burmistrzem planowaliśmy kalendarz imprez miejskich i chcieliśmy w nim umieścić imprezę o nieco rockowym charakterze – takich wydarzeń w Polsce jest mnóstwo, ale na tamten czas uważaliśmy, że to ciekawy pomysł. Tak zrobiliśmy i na drugą edycję zaprosiliśmy właśnie zespół IRA. Podpisaliśmy dokumenty, wydrukowaliśmy plakaty, promowaliśmy wydarzenie. Niestety IRA na dwa tygodnie przed koncertem poinformowała nas, że rezygnuje z występu, bo podjęła inne zobowiązania – po prostu zerwała z nami umowę. Na ratunek przyszedł zespół Acid Drinkers, który podjął rękawicę i wystąpił, choć na jakąkolwiek promocję było bardzo niewiele czasu. Titus i spółka wywiązali się ze zobowiązania w 120%.

Czyli dzięki Irze i Acid Drinkers jest Summer Dying Loud.

Tomasz Barszcz: Występ Acid Drinkers otworzył oczy na nowe możliwości, ale w kontekście rozwoju Summer Dying Loud ważniejsze były występy takich zespołów jak Vader, Riverside czy Decapitated. To uznane na europejskim, a nawet światowym rynku zespoły. Gdy mogliśmy pochwalić się, że grali także u nas, o wiele łatwiej było zapraszać artystów z zagranicy. Otworzył się dla nas niektóre z pierwszych drzwi do bookingów zachodnich.

Jak Aleksandrów Łódzki żyje Summer Dying Loud? Czy w mieście widać, że jest taki festiwal? Jak z obłożeniem hoteli i wykorzystaniem marki imprezy przez przedsiębiorców?

Tomasz Barszcz: O naszym lokalnym browarze, który z marki festiwalu korzysta pełną gębą, już jest głośno. Piwo kraftowe o nazwie „Summer Dying Loud” zdobyło pierwsze miejsce na targach piwnych w Łodzi. Także są już przedsiębiorcy, którzy w bardzo wymierny sposób wykorzystują festiwal do rozwoju swojego biznesu i my – jako organizator – bardzo to pochwalamy i zachęcamy innych do takich działań. Druga kwestia to baza noclegowa. W tej chwili (wywiad był przeprowadzony 3 tygodnie przed festiwalem – przyp. red.) próżno szukać noclegu w Aleksandrowie i obrębie 20 kilometrów. Cała gmina jest zabookowana. W tym kontekście Aleksandrów żyje festiwalem. Trzeba by też zapytać właściciela najbliższego sklepu przy MOSiR-ze, jak wygląda utarg w trakcie festiwalu. On chyba też jest zadowolony.

Na koniec wróćmy na chwilę do muzyki na tegorocznym Dying Loud. Gdybyś miał wskazać trzy koncerty, na które najbardziej czekasz podczas tegorocznego Summer Dying Loud, które by to były? Żeby trochę utrudnić, pomińmy górny szereg, czyli największe gwiazdy imprezy.

Tomasz Barszcz: Szczerze polecam Lucifer, czyli nowy skład Nicke Anderssona z Johanną Sadonis na wokalu. Poza tym Gold, w którym się zakochałem i każdego próbuję zarazić tą muzyką. No i Mustasch – kapela, która nie wiem jakim trafem jeszcze w Polsce nie zagrała. Niesamowicie energetyczny rock’n’roll i koncertowy wymiatacz. Gdyby te trzy zespoły zagrały gdziekolwiek w Polsce, jadę od razu! Te trzy składy są dla mnie na Summer Dying Loud najciekawszy… przy braku możliwości wskazania Triptykona, rzecz jasna.

Dziękuję za rozmowę!

Fot. Archiwum prywatne

Podobne artykuły

Wywiad: Cristina Scabbia (Lacuna Coil) – 01.05.2017

Albert Markowicz

Zapis konferencji prasowej z Ihsahnem przy okazji Metalmanii 2018

Michał Bentyn

Muzycy Helloween o powrocie i trasie koncertowej „Pumpkins United”

Agata Laszuk

Wywiad: Kjetil-Vidar “Frost” Haraldstad (Satyricon)

Michał Bentyn

Alastor: „Byliśmy zespołem z dużym potencjałem” (Wywiad)

Szymon Grzybowski

Biznes i pasja – wywiad z Tomaszem Ochabem (Frontside, Knock Out Productions, Mystic Festival)

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz