Alastor: „Byliśmy zespołem z dużym potencjałem” (Wywiad)


Alastor – pomimo tego, że zespół nie zdobył sławy i rozgłosu, na który zasługiwał – bez wątpienia można nazwać prawdziwą legendą polskiej sceny metalowej. Ta thrashowa załoga z Kutna obchodziła niedawno 30-lecie funkcjonowania.

Obecnie przygotowuje się również do powrotu, po ponad 25-latach na Metalmanię. O tych dwóch wydarzeniach, a także przygotowaniach do nagrania nowej płyty i o tym, że metalowcy wcale nie słuchają tak dużo metalu mieliśmy okazję porozmawiać z muzykami pod koniec lutego przed ich koncertem w łódzkim klubie Magnetofon.

Rozmawiali z nami (od lewej): Sławomir Bryłka (perkusja), Artur Banach (gitara), Michał Jarski (wokal), Mariusz „Maryś” Matuszewski (gitara) oraz Wojciech Milewski (bas).


Naszą rozmowę chciałbym zacząć od wydarzenia, które miało miejsce w sierpniu. Wówczas, podczas festiwalu w Waszym rodzinnym mieście, czyli Rock’n’Rose Kutno Festiwal zagraliście koncert. Nie był to jednak kolejny, zwykły występ.

Sławek Bryłka: Tak, był to dla nas koncert wyjątkowy, nie tylko dlatego, że jesteśmy od pięciu już edycji współorganizatorami tego Festiwalu, ale także dlatego, że na Rock&Rose świętowaliśmy nasze 30-lecie.

– Na scenie spotkaliście się w dość nietypowym składzie, bo do tego obecnego dołączyli muzycy, którzy przez lata występowali w Alastor.

– Sławek: Faktycznie, z tej też okazji zaprosiliśmy do wspólnego świętowania naszych starych kumpli, członków z pierwszego składu zespołu. Przygotowaliśmy także gratkę dla fanów i razem zagraliśmy kilka utworów. To było piękne przeżycie, móc znów stanąć razem na scenie. Zawsze mile wspominam te chwile, gdy spotykamy się ze starymi kumplami z zespołu, bo tak naprawdę rzadko mamy okazję się zobaczyć a tym bardziej, jeśli możemy spędzić ze sobą kilka godzin na próbach a później na scenie. Wiadomo jak jest, każdy ma swój film.

– Któraś z tych prób się chociaż skończyła?

Sławek: (śmiech) Nie, nie, nie – już w tym wieku to nie tak, jak myślisz. Kiedyś to by tak było, a teraz po prostu było fajnie. Generalnie było to bardzo fajne przeżycie, fajna chemia, wróciły pewne tematy.

– A jak dla reszty zespołu, która nie występuje w kapeli od początku istnienia? Jesteście niewiele starsi od samego Alastora. Jak odbieracie to, że gracie w zespole, z którym jesteście niemal równolatkami?

– Wojciech Milewski: To jest ciekawe doświadczenie. Ja miałem rok, gdy Alastor powstał.

– Chłopaki robili już konkretny metal, a Ty robiłeś w gacie?

– Wojciech: Dokładnie, zgadza się!

– A Ty, Michał?

– Michał Jarski: Ja już z chłopakami 8 lat gram, więc już się do tego przyzwyczaiłem, że występuje w zespole o uznanym statusie na polskiej scenie metalowej. Jednak nadal możliwość grania pewnych koncertów, pewnych imprez, na które byłoby mi ciężko dostać się z inną kapelą, przypomina, że Alastor to zespół, który coś tam na polskim rynku znaczył i – w pewnym sensie – nadal znaczy.

Kurtki dla fanów rocka i metalu!
Oryginalne kurtki dla fanów rocka i metalu.

– Sławek, 30 lat na scenie to kawał czasu. Można już chyba spojrzeć w tył i mieć jakąś refleksję na ten temat. Jaka jest Twoja refleksja na 30 lat Alastora?

– Sławek: Zastanawiam się, jak ja to robię, że jeszcze gram. (śmiech) Nie wiem, skąd biorę siły, ale chyba po prostu lubię to robić.

– Ja natomiast odnoszę wrażenie, że Alastor nigdy nie wszedł na taki poziom, na jaki mógł wejść. Sam początek kariery to były Metalmanie ’89 i ’90. Występowaliście tam może nie jako główna gwiazda, ale…

– Sławek: …jako wschodząca gwiazda.

– Właśnie! Zespół z dużym potencjałem. Potem była płyta wydana na Zachodzie (“Syndroms of the Cities” – red.), potem zwycięstwo w Jarocinie…

– Sławek: No właśnie „z dużym potencjałem”… Jak się później okazało potencjał nie wystarczył. Jako młodzi wtedy ludzie, dwudziestolatkowie nie potrafiliśmy się nagiąć do prawideł rządzących show-biznesem. Zawsze mieliśmy własne zdanie i zawsze mocny kręgosłup by unieść jego ciężar. Konsekwencje tego były takie, że byliśmy odstawiani na boczny tor. Zawsze pojawiał się ten sam temat – KASA. Dziś, z perspektywy czasu, czasem nawet wracamy do tych kwestii. Zastanawiamy się „Co by było gdybyśmy się ułożyli?”, gdybyśmy powiedzieli: „Dobra! Zrobimy tak jak od nas chcą!”. Jednak zawsze dochodzimy do jednego wniosku, że jednak nie żałujemy.

– Mówisz o jakichś konkretnych sytuacjach?

– Sławek: Nie, nie chcę mówić tu o szczegółach, jaki by miało to sens? Generalnie prawie z każdym managementem czy wydawcą były podobne problemy. Mieli swoją politykę i ją realizowali, nam ta jednak nie zawsze odpowiadała. Wielu zespołom się to nie podobało, jednak się naginały. Może na tym wygrali. My zawsze mieliśmy swoje zdanie. Dlatego na tym swoim zdaniu wyszliśmy, jak wyszliśmy. Prawda jest jednak taka, że wiele zespołów, które wtedy grały i się układały dziś już nie istnieje, a my jeszcze jesteśmy, gramy i czasem jeszcze popijemy! (śmiech)

– Michał: Coraz rzadziej niestety. (śmiech)

– Sławek: Prawda! (śmiech) Jakoś specjalnie nie wylewamy łez nad tamtymi czasami. To już historia, która sporo nas nauczyła, bardzo srogo nas dotknęły pewne sytuacje. Nigdy nie było lekko, zawsze wiatr w oczy i pod górkę, lecz to nas chyba jeszcze bardziej wzmocniło i uświadomiło, że nie ma sensu robić czegokolwiek na siłę.

– Michał: Dziś, tak naprawdę jesteśmy w zajebiście komfortowej sytuacji. Niczego nie musimy, gramy dla frajdy, sprawia nam to przyjemność. Ważne jest też to, że jest to pasja, która się sama utrzymuje, bo tak naprawdę nie dokładamy do tego, a na… „kieliszek chleba” jeszcze zostanie.

– W jednym z pierwszych wywiadów, których udzielił Alastor, chyba na samym początku lat 90., przeczytałem, że marzeniem było to, aby żyć z muzyki. Czy kiedykolwiek udało się Wam osiągnąć ten status?

– Sławek: Nie, ale dziś jak patrzę na tych, co żyją z muzyki, bo czasem z nimi gramy, to chyba bym nie chciał (śmiech, śmieją się też pozostali muzycy).

– Michał: Przed decyzją o życiu z muzyki skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą! (śmiech) Niektórzy muzycy po prostu przerzucili się na disco polo i bardzo dobrze żyją. Tylko pytanie, czy goląc się, mogą spojrzeć w lustro?

– Metalmania ’89, ’90, to już odległa historia. W tym roku jednak znowu zagracie na tym festiwalu. Jakie to uczucie, wrócić na tę scenę po tylu latach? Jak się Wam udało dostać na ten festiwal?

– Sławek: To jest ciekawa historia, bo znamy prawie wszystkich w Metal Mind Productions. Jest to nasza wytwórnia, ale jakoś tak nikt z nas nie do końca wierzył, że możemy zagrać na Metalmanii. Jednak nasz kolega, Marek Kurnatowski, z którym organizujemy Rock’n’Rose Fest Kutno, skontaktował się z Metal Mind. I tak tupał, tupał, tupał i wytupał nam występ, więc gramy na Metalmanii.

Dla młodszej części Alastora – jakie to uczucie zagrać na prawdopodobnie najważniejszym festiwalu metalowym w Polsce?

– Wojciech: Powiem szczerze, że nawet nie marzyłem o tym, że wystąpię.

– Michał: Jeszcze trochę czasu zostało, może nie zagrasz (śmiech)!

– Wojciech: Jest to fajny przeskok. Grając z Toxic Bonkers miałem okazję pograć trochę koncertów za granicą, jednak były to mniejsze eventy. Fajnie jest teraz skupić na większych “prestiżowych” sztukach.

– Michał: Ja jaram się jak głupi! Stary, jakbym powiedział, że się nie jaram, to bym skłamał! Czasem ze Sławkiem gadamy i on mówi:, „No nie, znowu koncert…” czy „Nie daj Boże, koncert!”, a ja się po prostu jaram. Być i zagrać na Metalmanii to mokry sen każdego kuca!

– Artur, a dla Ciebie?

Artur Banach: Ja chłopaków znam praktycznie od kiedy zaczęli grać, zawsze byłem gdzieś obok i bardzo przeżywałem tamte występy, przeżywam również i ten.

– Już drugi raz wchodzisz w szeregi Alastora. Wcześniej grałeś w nim od 2012 do 2014 roku.

– Artur: Mówią, żeby nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, ale ja się zdecydowałem, jakoś się układa. Jest okazja pojechać, pokazać się, a nie tylko być słuchaczem.

Zespół Alastor istnieje już 32 lata!
Zespół Alastor istnieje już 32 lata!

– Dzisiejszy koncert w łódzkim klubie Magnetofon organizujecie sami. W ogóle macie dość intensywny początek roku. To rodzaj wprawki przed Metalmanią właśnie czy macie już tak opanowany materiał, że gdyby obudzić Was w środku nocy i kazać grać, bez problemu wchodzicie na scenę i dajecie show?

– Sławek: Po prostu chcemy trochę pograć. Sytuacja jest taka, że ja mogę w każdej chwili iść na operację. Maryś też ma swoje problemy ze zdrowiem, więc wykorzystujemy każdą możliwą okazję.

– Michał: Faktycznie jednak początek roku mamy dość intensywny. Kilka koncertów z Katem, zagraliśmy też jeden koncert w Płocku, graliśmy z Katem i Turbo w Krakowie, w planach mamy też koncerty w Toruniu i w Warszawie.

– Sławek: U siebie w Kutnie też gramy koncert charytatywny dla naszego znajomego, na który serdecznie wszystkich zapraszamy. (17 marca w klubie Moto Pub w Kutnie – przyp. red.)

– Wasza ostatnia płyta to “Out of Anger” z 2012 roku. Czy myślicie już nad kolejnym krążkiem? Macie gotową już jakąś część materiału?

– Michał: Tak, jest robiony nowy materiał. Muzycznie jest już w zasadzie gotowy. Wokalnie, no cóż… muszę się troszeczkę mocniej wziąć do roboty.

– Piszesz też teksty?

– Michał: Nie, pisałem teksty na “Out of Anger”, na nadchodzącą płytę teksty pisze Maryś, no chyba, że coś mi się uda napisać. Zobaczymy, wszystko jest jeszcze w fazie pracy. Dwa numery mamy natomiast w pełni gotowe i gramy je na żywo na koncertach. Jest też kolejny, który jest już zaczęty i prawie skończony. Roboczy tytuł to „Overkill”.

– „Overkill” od nazwy zespołu czy płyty Motörhead?

– Sławek: Zdecydowanie od zespołu!

– Michał: Jest to jednak tylko nazwa robocza. Co do nagrywania, to kwestia jest też taka, że ja mieszkam w innym mieście. Niby tylko 100 kilometrów, godzina drogi, ale jednak w tę i z powrotem to już dwie godziny, a w sytuacji, gdy się nie żyje z muzyki, a również pracuje, a muzyka jest czymś dodatkowym – trzeba to pogodzić, a nie zawsze jest łatwo.


– Wspominaliście o Overkill. Jak piszecie nową muzykę to czym się inspirujecie? Czy słuchacie tylko klasycznego thrashu czy poszukujecie też innych brzmień?

– Sławek: Ja osobiście słucham dużo muzyki, niekoniecznie metalowej. To jest zdecydowanie pytanie do Marysia. To on odpowiada głównie za nasze kompozycje, on komponuje i najlepiej wie, co mu aktualnie gra. Mariusz ma w głowie zarys utworu, przynosi go na próbę, we dwóch pracujemy nad partiami bębnów i aranżacjami, później dochodzą pozostałe instrumenty i wokal.

– Mariusz, z perspektywy głównego kompozytora, jak wyglądają obecnie prace nad nową płytą Alastor?

– Mariusz „Maryś” Matuszewski: W zasadzie mamy w tej chwili zrobione 11 numerów. Faktycznie, nie mają jeszcze wokali w zdecydowanej większości. Jak dobrze pójdzie, uda się pogodzić wszystkie obowiązki, zdrowie pozwoli to w tym roku zakończymy ostatecznie proces komponowania.

– Czym się inspirujesz, jak piszesz muzykę? Nowy album będzie „klasycznym” Alastorem czy cały czas poszukujesz?

– Maryś: We mnie cały czas siedzi, to czego słuchało się w młodszych latach. Moje korzenie zaczynają się od hard rocka, później były początki thrashu, po czasy Pantery czy Machine Head. To mi siedzi w duszy i na tej podstawie staram się komponować. Natomiast na tym materiale, który obecnie robimy będzie troszeczkę oddechu, rzeczy bardziej lajtowe, więcej gitary klasycznej. Zdecydowanie nie tylko thrash.

– Kiedy nowa płyta może się ukazać?

– Maryś: Tak, jak wspominałem – w tym roku chcielibyśmy na pewno zamknąć proces komponowania. Jak dobrze pójdzie i będzie zdrowie – z którym i ja, i Sławek mamy problemy – jeszcze w tym roku chcielibyśmy też nagrać materiał, ewentualnie na początku przyszłego roku i na wiosnę 2019 powinno się to najpóźniej ukazać.

– Wracając jednak do Waszych inspiracji. Czego sami słuchacie na co dzień? Czy to jest tylko metal czy też inne rzeczy?

– Sławek: Dziś jest dużo świetnej muzyki, nie zawsze znajduję tyle czasu ile bym chciał by śledzić wszystkie nowości, czasem jednak pomagają mi w tym moi synowie, którzy dzielą się ze mną tym czego obecnie słuchają a ja nie zamykam się tylko w thrash metalu, czy innych gatunkach metalowych, staram się słuchać dużo dobrej muzyki. 😉

– Artur: Ja bardzo lubię elektroniczną muzykę!

– Wojciech: Zgadzam się!

– Artur: Jest bardzo wiele zespołów. Uwielbiam między innymi Kraftwerk. Ogólnie słucham bardzo dużo rzeczy, które zdecydowanie odstają od tego, co gramy.

– Spotkałem się kiedyś z takim stwierdzeniem, że muzycy metalowi są bardziej otwarci na inne gatunki niż fani. Możecie się z tym zgodzić?

– Sławek: Coś w tym jest! Generalnie metalu słucham najmniej! (śmiech)

– Michał: Moja praca teraz wiąże się między innymi z tym, że bardzo dużo czasu spędzam w samochodzie. Muzyka metalowa w samochodzie, w moim przypadku, nie do końca się sprawdza. Sprzyja przekraczaniu prędkości i może przyczynić się do tego, że nie będę jeździł samochodem. (śmiech) Dlatego ostatnio słucham takich rzeczy jak If Trees Could Talk czy This Will Destroy You. Takie totalnie porąbane rzeczy, bardzo spokojne.

– Wojciech: Ja bym powiedział, że granie i słuchanie cały czas metalu powoduje zmęczenie. Wolałbym nie słuchać metalu na co dzień, wejść na scenę i wyładować się. Sam w wolnym czasie słucham dużo elektroniki, lubię polską muzę typu Sinusoidal, Xxanaxx – bardzo fajne, elektroniczne brzmienia, które mnie uspokajają, a cała agresja wychodzi na koncertach.

– Michał: To ty potrafisz być agresywny? (śmiech)

– Wojciech: Jeszcze się zdziwisz! (śmiech)

Na koniec jeszcze na chwilę wrócę do nowej płyty. Mariusz zadeklarował, że przyszły rok jest realny jeśli chodzi o wydanie. Jak wygląda to z Waszej strony, czy też uważacie, że w 2019 posłuchamy nowej płyty Alastora?

– Sławek: Jak album dojrzeje to będzie. Dojrzały owoc jest najsmaczniejszy (śmiech)!

– Michał: (śmiech) Musimy poczekać aż sam spadnie z drzewa!

– Wojciech: Jak to Kononowicz powiedział, zimą robimy plany budowy dróg, a latem ruszamy z budową…

(W tym momencie wszyscy wybuchli śmiechem i nie miałem nawet okazji podziękować za rozmowę. Czynię to teraz. Dziękuję! – Szymon Grzybowski).

Fot. Fleeting moments Joanna JJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *