Strona główna » Recenzja: Slayer – „The Repentless Killogy Live”, czyli niezbyt ładne pożegnanie
RECENZJE

Recenzja: Slayer – „The Repentless Killogy Live”, czyli niezbyt ładne pożegnanie

Slayer niespecjalnie często wypuszcza nagrania koncertowe. Dość powiedzieć, że w całej oficjalnej dyskografii zespołu znaleźć można jedynie album „Live: Decade of Agression” z 1991 roku, który można uznać za pełnoprawną samodzielną koncertówkę.

Wydaje się więc, że pożegnalna trasa jest idealną okazją, żeby po raz ostatni zaserwować fanom solidną porcję slayerowego wpierd*lu. Niestety jednak „The Repentless Killogy Live” zamiast zaprezentować zespół, który żegna się ze sceną w naprawdę dobrej formie, pokazuje, że ktoś odpowiedzialny za brzmienie muzyki na tym krążku powinien poważnie zastanowić się nad swoim życiem.

„The Repentless Killogy Live” – soundtrack filmu kinowego

Na początku kilka faktów. Najnowszy album live Slayera ukazał się na rynku poniekąd jako soundtrack do filmu, który można było zobaczyć w kinach. Podczas jednorazowego wydarzenia, 6 listopada 2019 roku fani na całym świecie zespołu mogli obejrzeć krótkometrażowy film, którego główny bohater jest dobrze znany z teledysków do ostatniego albumu Slayera, czyli „Repentless”, a także zobaczyć pełny zapis koncertu zespołu z The Forum w Inglewood w Kalifornii z 5 sierpnia 2017 roku. Równolegle z projekcją w kinach zdecydowano się wydać pełnoprawny album koncertowy.

„The Repentless Killogy” – lepiej oglądać niż słuchać

W mojej ocenie doświadczenia płynące z „lektury” owego wydawnictwa może być diametralnie różne – uzależnione od formy odbioru. Jeśli ktoś wybrał się do kina i oglądał ten występ, na pewno mógł go ocenić pozytywnie.

Wszak pożegnalna trasa Slayera jest największą produkcją w historii zespołu. Na scenie nie brakuje pirotechniki, ognia i wizualizacji. Ten thrash metalowy zespół znany był raczej z surowej oprawy występów na żywo, tym razem jednak postawił na trochę więcej „błyskotek” i na pewno dało to pozytywny efekt. Polscy fani, którzy stawili się w Łodzi i Gliwicach mogli przekonać się o tym na własne oczy.

Przeczytaj relację z koncertu Slayera w Łodzi: Slayer, Lamb of God, Anthrax, Obituary – Łódź, 27.11.2018.

Jeśli jednak oceniać „The Repentless Killogy Live” jako album koncertowy, to niestety jest tak sobie, a pod niektórymi względami wręcz kiepsko.

Koncertówka Slayera – nagrana komórką

Podstawowy zarzut, jaki mam do „The Repentless Killogy” to fatalne brzmienie. Jest bardzo słabe i nie ma w tym cienia przesady – płaskie, pozbawione mocy i głębi. Slayer na żywo wgniata bębenki do mózgu i wywraca flaki na lewą stronę. Tutaj absolutnie tego nie słychać. Brzmi to bardziej jak bootleg. Nagrany komórką. Przez osobę, która nawet nie była wewnątrz hali, a stała pod drzwiami. No dobra, teraz może trochę przesadzam, ale naprawdę, gdy pierwszy raz odpaliłem ten album i go usłyszałem, upewniłem się, czy na pewno mam dobrze wpięte słuchawki, bo nie uwierzyłem, że tak kiepsko to brzmi.

„The Repentless Killogy” – Slayer wciąż w formie?

Brzmienie skutecznie uniemożliwia realną ocenę formy muzyków. Do bębnienia Paula Bostapha wielu fanów Slayera ma zastrzeżenia – w końcu porównują go do samego Dave’a Lombardo. Ja większych uchybień w jego grze nie stwierdziłem. Podobnie z gitarami Kerry’ego Kinga i Gary’ego Holta. Kiedy już zaciśnie się zęby i wsłucha baczniej w muzykę, wciąż słychać, że tną oni swoimi riffami i solówkami niczym dobrze naostrzona piła tarczowa.

Mieszane uczucia budzi we mnie natomiast Tom Araya. Już od dosyć dawna nie wyciąga „górek”, którymi zasłynął w latach 80.

Czas nie oszczędza nikogo, ale w jego głosie słychać zmęczenie. Zresztą gdyby zapoznać się bliżej z wypowiedziami muzyków, można zauważyć, że to Araya podkreśla najmocniej chęć odpoczynku i zakończenia działalności zespołu. Nie chcę być źle zrozumiany, nie krytykuję go – rozumiem, że wiek i intensywność śpiewu w Slayerze to nie przelewki. Niemniej słychać, że szczyt formy od jakiegoś czasu ma już za sobą.

The Best of Slayer…, czyli kilka słów o setliście

Nie chcę być uznany za malkontenta, ale mam też pewne uwagi do setlisty. Z jednej strony niczego w niej nie brakuje – są naprawdę największe, nazwijmy to, hity zespołu. Jest też kilka nowszych kawałków oraz tych z ostatniej płyty, które posłużyły do zilustrowania wspomnianego filmu krótkometrażowego, więc w sumie powinny znaleźć się w zestawie koncertowym. Takie „The Best of Slayer”.

Poznaj historię nagrania pierwszego albumu Slayera: Początek piekielnej rewolucji – 35. rocznica wydania „Show No Mercy” Slayera

Osobiście brakuje mi jednak jakichś smaczków, czegoś nieoczekiwanego lub zaskakującego. Wszak pożegnalna trasa powinna być ukłonem przede wszystkim w stronę najwierniejszych fanów, czyli za pewne takich, którzy Slayera na żywo widzieli i słyszeli kilka razy.

Chętnie posłuchałbym czegoś z naprawdę fantastycznej płyty „Christ Illusion” czy niedocenianej „Divine Intervention”. To jednak bardzo indywidualna kwestia i nie traktuje tego jako wady płyty w pełnym tego słowa znaczeniu.

Slayer żegna się… w takim sobie stylu

Niestety jeśli faktycznie „The Repentless Killogy” będzie ostatnim oficjalnym wydawnictwem Slayera, trudno będzie uznać to za pożegnanie z klasą. Wszystko inne jest do przełknięcia, ale fatalne brzmienie kładzie się cieniem na całym wydawnictwie. Dla mnie to pożegnanie w takim sobie stylu.

Okładka płyty The Repentless Killogy zespołu Slayer
Slayer – The Repentless Killogy, 2019

Tracklista Slayer – „The Repentless Killogy”

CD1

01. Delusions Of Saviour (Live)
02. Repentless (Live)
03. The Antichrist (Live)
04. Disciple (Live)
05. Postmortem (Live)
06. Hate Worldwide (Live)
07. War Ensemble (Live)
08. When The Stillness Comes (Live)
09. You Against You (Live)
10. Mandatory Suicide (Live)
11. Hallowed Point (Live)
12. Dead Skin Mask (Live)

CD2

01. Born Of Fire (Live)
02. Cast The First Stone (Live)
03. Bloodline (Live)
04. Seasons In The Abyss (Live)
05. Hell Awaits (Live)
06. South Of Heaven (Live)
07. Raining Blood (Live)
08. Chemical Warfare (Live)
09. Angel Of Death (Live)

Podobne artykuły

Apetyt zaspokojony – recenzja Jinjer „Macro”

Bartłomiej Pasiak

Lepsza Liturgia Śmierci – recenzja Batushka “Hospodi”

Paweł Kurczonek

Recenzja: The Sixpounder – The Sixpounder

Tomasz Koza

„Przekroczyć chciał zaklęty krąg” – recenzja książki „Zetrzyj krew i graj dalej – Historia zespołu Turbo”

Bartłomiej Pasiak

Death metalowy VW Passat – recenzja Bloodbath „The Arrow of Satan is Drawn”

Szymon Grzybowski

To już nie są żarty – recenzja Zeal and Ardor „Stranger Fruit”

Paweł Kurczonek

7 komentarzy

Stefan Bathory 27 listopada 2019 at 20:02
0

Poza fatalnym brzmieniem zdecydowanie zabrakło kilku klasyków z pierwszych dwóch albumów, jak np Black Magic.
Wyszedłem z kina lekko zniesmaczony. Ba, nawet zdarzyło się przysnąć.
Ja się pytam… Gdzie się podziali ludzie, którzy potrafili z koncertówek stworzyć takie dzieła jak ‘Live Corruption’, ‘Under Siege’ czy ‘Live Shit: Binge & Purge’ – bo tutaj ich na pewno zabrakło.

Odpowiedz
Tomek 27 listopada 2019 at 22:12
0

Zgadzam się. W kinie nie widziałem, ale zakupiłem wydanie na blu-rayu. I jeśli sama oprawa jest na plus, to już brzmienie jest totalnie skopane. Zdecydowanie lepiej wypada koncert też na blu z Wacken 2014 dodany do Repentless. Tam brzmienie jest bajeczne. Tak naprawdę powinni pójść śladem Black Sabbath i wydać zapis rzeczywiście ostatniego koncertu, który ma się odbyć 30 listopada br.

Odpowiedz
Jaro 28 listopada 2019 at 21:17
0

Odnośnie wokalu Toma sam się zdziwiłem, że momentami jest tak słabo. Bloodline czy Disciple są praktycznie nie do słuchania. A niektóre kawałki z kolei brzmią całkiem ok, nawet ostatnie Angel of Death.
Byłem na pożegnalnej trasie i na żywo i zniszczyli jak zwykle. I właśnie tak chce zapamiętać Slayera, a ta płyta pozostanie jedynie pamiątką.

Odpowiedz
Mark 2 grudnia 2019 at 16:54
1+

Panowie panowie… Slayer umarl wraz z smiercią Jeffa.

Odpowiedz
Piotr Grembowicz 3 grudnia 2019 at 14:16
0

Tak, pełna zgoda, bo zabrakło roboty R. Rubina /vide Deccade…/ i do tego fatalne jak zwykle, plastikowe, brzmienie perkusji PB niczym pudełka zapalek, i tego jego glaskania bębnów+mało słyszalne soloweczki GH, i takież akordy rodem z exodusa; tam może dobre, ale nie tutaj! RIP szkoda, smutne to!

Odpowiedz
ttt 11 grudnia 2019 at 16:54
0

tak dać du*y na sam koniec…

Odpowiedz
erea 12 grudnia 2019 at 16:19
0

Chba ogladacie na jakims pozal sie Boze odtwarzaczu gdzie basu tyle co kot naplakal…, u mnie dziwek bardzo mocny.

Odpowiedz

Zostaw komentarz