RECENZJE

Niemodny black metal? Wolne żarty! – recenzja Ashes “Ashes”

Od pewnego czasu obserwujemy w Polsce zjawisko, które można na upartego określić mianem NWOPBM, czyli New Wave Of Polish Black Metal. A mówiąc po ludzku – wysyp wszelkiej maści mniej lub bardziej udanych zespołów black i post-black metalowych. Mamy te wszystkie srogości, mgły, kły i inne, nieraz koślawe nazwy. Często mamy polskie teksty, raz lepsze (vide Gorycz czy Non Opus Dei), raz gorsze (vide moja ulubiona linijka od Nihila: “gdy pierdnę, podamy sobie dłonie”).

W tej rzeczywistości swojego miejsca szuka grupa Ashes.

Ale po kolei. Na płytę zatytułowaną po prostu “Ashes” trafiłem przypadkowo – kliknąłem w propozycję, którą podsunął mi Youtube. I tu nastąpiło pełne zaskoczenie. Usłyszałem dość surowy, ponury black metal. Co w tym zaskakującego? Ano to, że nazwa Ashes kojarzy mi się ze szczecińską grupą grającą death metal. Żeby było śmieszniej – grupą, która ma identyczne logo napisane tym samym, wyświechtanym i nudnym jak plakaty wyborcze, fontem. Zatem klikam po umieszczonych linkach i trafiam na facebookowy profil zespołu, nie mającego nic wspólnego ze szczecińskimi death metalowcami. A zespół w króciutkiej, enigmatycznej notce twierdzi, że gra mroczny, niemodny, melancholijny black metal. No i tu wybuchnąłem serdecznym śmiechem. Modny, panowie, cholernie modny. I dobrze o tym wiecie!

Ale cała reszta się zgadza.

Jest mrok, jest melancholia, jest i black metal. Jednak zanim przejdę do muzyki, szybki rzut oka na okładkę. Grafika, utkana precyzyjnie cieniutkimi nićmi, od początku przyciąga uwagę. Z jednej strony prostotą, a z drugiej właśnie precyzją i starannością z jaką została przygotowana. Że też muzyków nie kłuje w oczy zgwałcenie tego rysunku tą prostacką i oczywistą czcionką! Aż prosi się, by logo zespołu również rozrysować tą cienką kreską. A tak, zespół, który utrzymuje, że jest niemodny, nadzwyczaj kurczowo trzyma się sprawdzonej i wciąż modnej sztampy. Bo przecież zabrakłoby dnia, żeby wymienić wszystkie zespoły, które idąc po linii najmniejszego oporu zapisują swoją nazwę przy pomocy tej gotyckiej czcionki.

Po tych przydługich dywagacjach przejdźmy do muzyki.

Na album składają się cztery długie kompozycje, trwające łącznie niecałe pół godziny. Muzyka proponowana przez Ashes kojarzy mi się z wczesną Katatonią, gdzieś tam pobrzmiewają echa najstarszych nagrań Anathemy, słychać trochę Burzum. To oczywiście luźne skojarzenia, nie przywiązujcie się do myśli, że Ashes to nowa “stara Katatonia”. Chodzi mi o swoisty klimat i chłód bijący z muzyki, a także o prostotę i pewną monotonię długich, zwalistych kompozycji. Ciężko tu którąś z nich wyróżnić, bo cały album jest bardzo równy, a utwory utrzymane są w podobnych tempach.

Pomimo tej prostoty, “Ashes” bynajmniej nie jest nudna.

W recenzji albumu “Piach” Goryczy pisałem, że nie ma na tej płycie klawiszowych zapchajdziur, ani zbędnych wypełniaczy nagranych tylko po to, by zapełnić krążek. Te same słowa mogę powtórzyć w odniesieniu do “Ashes”.

Doceniam, że zespół nie próbował na siłę poupychać w swoich utworach każdego możliwego pomysłu, na jaki tylko udało im się wpaść, jak to miało miejsce w przypadku chwalonej, ale uważanej przez niektórych za przekombinowaną, płycie “Apocalypticists” grupy Kriegsmaschine. Doceniam surowość brzmienia, doceniam również brak ozdobników i wypełniaczy, bo kompozycje na “Ashes” po prostu ich nie potrzebują.

Oczywiście nie jest to odkrywczy materiał.

Wszystko, co słychać na “Ashes”, już gdzieś kiedyś zostało zagrane. Grupa serwuje na swoim debiucie dość przewidywalny, klasyczny black metal podlany odrobiną smutku i melancholii. A jednak serwuje go w interesujący sposób i z wszelkich porównań wychodzi obronną ręką. Słuchałem płyty jadąc rano przez śpiące miasto, na niebie ciężkie chmury, lekka mgła, szaro i ponuro. “Ashes” to idealna ścieżka dźwiękowa właśnie na taką aurę, jest równie szara, ponura i nienapawająca optymizmem.

Ashes - Ashes, 2019
Ashes – Ashes, 2019

Lista utworów:

1. Dissolve To Oblivion
2. Majesty
3. Beloved Dust
4. Dies Ultima

Podobne artykuły

Recenzja: Materia – Case Of Noise

Tomasz Koza

Rozczarowanie czy zachwyt? – Recenzja „Cease The Day” In The Woods…

Szymon Grzybowski

Death metalowy VW Passat – recenzja Bloodbath „The Arrow of Satan is Drawn”

Szymon Grzybowski

1 komentarz

b666 7 kwietnia 2019 at 22:24

mi to bardziej od katatoni przypomina nachtmysium
i wokal, i brzmienie

Odpowiedz

Zostaw komentarz