RECENZJE

Diabeł jest (nie całkiem) wporzo – recenzja Zeal & Ardor “Live In London”

Gdy pierwszy raz zetknąłem się z, wówczas jednoosobowym, projektem Zeal & Ardor miałem, mówiąc delikatnie, mieszane uczucia. Niezwykle oryginalny pomysł został zrealizowany dość przeciętnie. Świetne utwory takie, jak “Blood In The River” (chwytliwa fraza “good God is a dead one” długo tłukła mi się po głowie) czy singlowy “Devil Is Fine” zostały po pierwsze podane w zestawie z wyjątkowo nudnymi zapychaczami, a po drugie realizacja dźwięku na płycie “Devil Is Fine” pozostawiała wiele do życzenia.

Traktowałem Zeal & Ardor bardziej w kategorii ciekawostki, niż tworu, z którego miałoby się wykluć coś więcej. Gdy w ubiegłym roku ukazała się płyta “Stranger Fruit” przyszło mi zrewidować moje poglądy, a w recenzji albumu wypowiadałem się w samych superlatywach. Manuel Gagneux, który stworzył Zeal & Ardor nie zasypia gruszek w popiele i idąc za ciosem, wydaje album koncertowy.

Pierwsze wrażenie.

W pierwszym odruchu pomyślałem, że publikowanie albumu koncertowego na tym etapie kariery to dość odważne posunięcie. Wszak projekt ma na swoim koncie zaledwie dwa albumy, więc ciężko traktować “Live In London”, jako swoiste “greatest hits”. Co za tym idzie, pytanie “czy to ma sens?” nasuwa się automatycznie. I od samego początku, gdzieś tam kołacze mi myśl, że płyta wydana na siłę, bo trzeba wykorzystać falę wznoszącą…

…a okładka tylko potęguje to odczucie.

Kto ma w swojej kolekcji album „Stranger Fruit” ten wie, że okładkę „Live In London” zdobi grafika z odzysku. Co prawda w innej kolorystyce, ale nie zmienia to faktu, że zdjęcie tego pokiereszowanego, zwiędniętego jabłka trafiło pierwotne do wkładki „Stranger Fruit”. Tu zespół się nie postarał. Postarał się za to nie ograniczając się do odegrania znanego materiału.

Na albumie znalazło się kilka nowości.

W setliście koncertu w Londynie znalazły się aż trzy nowe utwory: “We Never Fall”, “Hold Your Head Low” i “Cut Me”, a płytę zamyka znany, ale nie umieszczony na żadnym albumie “Baphomet”. Z nowości najbardziej przypadł mi do gustu “Hold Your Head Low”, czyli pełen rozpaczy, tęskny i smutny blues, przełamany typową dla Zeal & Ardor ścianą wściekłych dźwięków. W podobnym stylu utrzymany jest „We Never Fall”. Rozpoczyna się delikatnym brzdąkaniem gitary, spokojnym śpiewem, a później zaskakuje agresją. Najsłabiej wśród nowości wypada “Cut Me”, który, jak na standardy zespołu jest zaskakująco prymitywny.

Byłem szczególnie ciekaw, jak na „Live In London” zabrzmiały utwory z debiutu…

…który, jak zaznaczyłem wcześniej, mocno kulał pod względem realizacji dźwięku. Tu mogę powiedzieć, że kompozycje z „Devil Is Fine” w końcu brzmią tak, jak powinny – z odpowiednią dozą „brudu” i pewnej mętności, ale jednocześnie czytelnie i wyraźnie. Na plus wyróżnia się przearanżowany „In Ashes”, rozpoczynający się długim, monotonnym wstępem.

Moją uwagę zwrócił również niespokojny „Come On Down”. Nadal nie przekonuje mnie dziwaczny „Children’s Summon”, który również na „Live In London” brzmi, jakby nałożono na siebie dwie różne, przypadkowe ścieżki. Negatywnie wyróżnia się również mój ulubiony utwór w dorobku zespołu, czyli „Blood In The River”. Czekałem na niego od początku płyty i gdy w końcu zabrzmiał poczułem rozczarowanie. Żeby było jasne, kawałek zagrany bezbłędnie, zresztą zespół na „Live in London” jest w dobrej formie. Całość setu została zagrana bardzo sprawnie i bez wpadek. Razi mnie coś innego.

Ogólny odbiór „Live In London”.

Po albumie koncertowym spodziewam się, że będzie… no właśnie, koncertowy. Oczekuję, że odda atmosferę i emocje towarzyszące słuchaniu swoich ulubieńców na żywo. Tymczasem, publiczność na „Live In London” jest wyjątkowo drętwa. Wycofana i reagująca oklaskami „bo wypada”. Ludzie trochę poklaskali przy “Built On Ashes” i rozruszali się nieco pod koniec koncertu. I to wszystko. Jakim cudem ta cholernie chwytliwa fraza z refrenu „Blood In The River” czy całość „Devil Is Fine” nie zostały chóralnie odśpiewane? Nie mam pojęcia. To przecież wybitnie koncertowe utwory, które wręcz proszą się, by podrzeć przy nich ryja.

A i sam lider Zeal & Ardor nie sprawia wrażenia, by był specjalnie zainteresowany kontaktem z publicznością i jej reakcją. O tym, że fajnie byłoby przywitać się, przypomina sobie pod koniec dziewiątego utworu. Rzuca zdawkowe, że jest bardzo „fucking happy, że może tu być”. Na wstępie setu dodatkowego wspomina coś tam od niechcenia, że jak to ludziom nie przeszkadza, to trochę jeszcze pohałasują. A przed utworem kończącym koncert pada parę słów standardowych “podziękówek”. I to by było na tyle. Rozumiem, że taka maniera sceniczna, nie każdy musi być Mikaelem Åkerfeldtem (Opeth), który pozwala sobie na długie pogadanki między kolejnymi utworami. Ale efektem jest niestety płyta brzmiąca, jak składanka utworów zarejestrowanych na żywo, a nie album koncertowy z krwi i kości.

Moim wyznacznikiem tego, jak powinien wyglądać album koncertowy jest…

…”Bolilol Tour” Illusion. Paradoksalnie, bo to przecież składak. Tym niemniej, na tej płycie zespołowi udało się uchwycić niepowtarzalny klimat koncertu. Mamy żywiołowo reagującą publiczność, mamy rubaszne zapowiedzi i żarty, zabawę z publicznością, chóralne śpiewy. Nie brakło również przeróżnych wpadek i incydentów. To wszystko składa się na album wyjątkowy i niepowtarzalny. I tego wszystkiego brakuje na „Live In London”. Zespół mógłby równie dobrze usiąść w studio i nagrać te utwory na „setkę”. Nie byłoby większej różnicy.

No więc ma to sens?

Nie bardzo. Gdybym miał opisać moją reakcję na “Live In London” jednym słowem to byłoby to rozczarowanie. Zabrakło emocji, zabrakło klimatu, zabrakło kontaktu z publicznością. Zeal & Ardor to nie Metallica, nie każdy musi wiedzieć kto gra w tym zespole, więc fajnie by było, gdyby Manuel przedstawił na koniec towarzyszących mu muzyków. I w końcu zabrakło samej publiczności, która na „Live In London” stanowi jedynie zbędne tło, w dodatku zepchnięte w miksie zbyt głęboko na drugi plan.

Zeal and Ardor - Live in London, 2019
Zeal and Ardor – Live in London, 2019

Setlista:

1. Sacrilegium I
2. In Ashes
3. Servants
4. Come On Down
5. Blood In The River
6. Row Row
7. You Ain’t Coming Back
8. We Never Fall
9. Waste
10. Fire Of Motion
11. Hold Your Head Low
12. Ship On Fire
13. Stranger Fruit
14. Cut Me
15. Coagula
16. Gravedigger’s Chant
17. Children’s Summon
18. Built On Ashes
19. We Can’t Be Found
20. Don’t You Dare
21. Devil Is Fine
22. Baphomet

Podobne artykuły

Recenzja: MetaSoma – Metal Erosion

Tomasz Koza

Recenzja: Azarath – In Extremis

Michał Bentyn

Recenzja: Arch Enemy – War Eternal

Tomasz Koza

Zostaw komentarz