RECENZJE

“Brud” – recenzja filmowej biografii Mötley Crüe

Wielki sukces filmu „Bohemian Rhapsody” sprawi na pewno, że filmów-biografii muzyków czy zespołów z całą pewnością pojawi się teraz więcej. Na pierwszy ogień poszedł „The Dirt” lub po polsku – „Brud”, czyli fabularna adaptacja biografii książkowej jednego z najpopularniejszych zespołów lat 80., czyli Mötley Crüe. Materiał wyjściowy był powszechnie okrzyknięty jedną z najlepszych książek muzycznych wszech czasów. Filmowi z całą pewnością nie udało się dorównać pierwowzorowi, ale wcale nie oznacza to, że mamy do czynienia z produkcją niewartą obejrzenia.

Mötley Crüe było prawdziwym fenomenem w latach 80.

Pojawili się znikąd, robili wokół siebie mnóstwo zamieszania, sprzedawali dziesiątki milionów płyt, trwonili również bez opamiętania miliony dolarów – głównie na imprezy, alkohol i narkotyki. Hulaszczy tryb życia członków zespołu był wręcz legendarny. Ich sława, a często również niesława wykraczała daleko poza ramy bycia po prostu gwiazdą rocka. Byli ikonami popkultury i punktem odniesienia dla innych. Jednocześnie członkowie Mötley Crüe byli ludźmi z krwi i kości. Mieli swój bagaż doświadczeń, problemy i potrzeby.

Pokazać tak wielowymiarowe postaci, ich styl życia, drogę na szczyt, upadek i ponowną wspinaczkę było niezwykle trudno i – w mojej ocenie – nie do końca się to udało. Film popada w pewien schemat, który znamy z wielu produkcji. W ilu to już filmach widzieliśmy bohaterów znikąd, którzy nagle osiągają oszałamiający sukces, przychodzący z nowymi przytłaczającymi problemami i wyzwaniami, które w pewnym momencie biorą górę, ale nie pokonują postaci – sprawiają jedynie, że wracają mocniejsze, zjednoczone i gotowe na wszystko. Tak w skrócie można opisać historię z „The Dirt”.

W schemat wpadła również konstrukcja postaci – głównie muzyków zespołu Mötley Crüe.

Aktorzy zostali dobrania naprawdę świetnie. Ich charakteryzacja, stroje, ruchy i gesty to skóra żywcem zdjęcia z prawdziwych muzyków Mötley Crüe. W tym aspekcie jest rewelacyjnie, ale psychologicznie każdego z muzyków można opisać w bardzo prosty sposób. Nicky Sixx (Douglas Booth) – nihilista z bagażem trudnych doświadczeń, Vince Neil (Daniel Webber) – wrażliwy luzak, Tommy Lee (Machine Gun Kelly) – wieczny nastolatek i Mick Mars (Iwan Rheon) – cynik-obserwator. Z tych z góry narzuconych postaw postaci z filmu nie wychodzą praktycznie do samego końca. Czy na pewno takimi jednowymiarowymi postaciami byli muzycy Mötley Crüe?

Te charakterologiczne i scenariuszowe uproszczenia mają jednak swoje uzasadnienie.

Film bowiem to skondensowana historia najbardziej szalonej dekady XX wieku. Autorzy filmu – reżyser Jeff Tremaine oraz scenarzysta Rich Wilkes – postanowili bardziej skupić się na opowieści o historii zespołu, a nie motywacjach poszczególnych postaci. I muszę powiedzieć, że jako film „akcji” „The Dirt” sprawdza się znakomicie. Widz przerzucany jest od wydarzenia do wydarzenia, od imprezy do imprezy, od koncertu do koncertu – nie ma ani chwili wytchnienia. Nie brakuje momentów, które bawią do łez. A że wydarzenia, w których muzycy Mötley Crüe brali udział lub wręcz byli ich sprawcami trudno uznać za codzienne, więc ogląda się to znakomicie.

Bardzo dobrym posunięciem było niezbyt duże ugrzecznienie filmu “Brud”.

Jednym z zarzutów wobec „Bohemian Rhapsody” było pewnego rodzaju złagodzenie przekazu – imprezy w tamtym filmie wyglądały jak prywatki licealistów, a nie szalone imprezy rockmanów. W „The Dirt” jest zupełnie inaczej – narkotyki, seks i alkohol są wszechobecne nie tylko w domyśle. Możemy tylko przypuszczać, że i tak pokazano jedynie mały ułamek wyczynów Mötley Crüe. Film o tym zespole, bez odpowiednio dużej dawki – nomen omen – brudu, z całą pewnością straciłby dużo ze swojej wiarygodności i klimatu.

Wiarygodności filmowi odejmuje natomiast pewne „wybielanie” głównych bohaterów. Pokazani są jako grupa rozrywkowych, imprezowych, czasem nieco impulsywnych chłopaków. Wszyscy przedstawieni są jednak jako mniej lub bardziej, ale postaci pozytywne. Rzeczywistość natomiast bywała różna – ot, choćby związki Tommy’ego Lee z kobietami. Nie jest żadną tajemnicą, że miewał on cięższą rękę wobec kobiet, co pokazane jest w filmie tylko raz. Fabularnie jednak miał – o ile w ogóle można tak powiedzieć – ku temu swoje powody. Takich kwestii jest z pewnością więcej.

Wielką wartością obrazu jest również sposób narracji.

Narratorami są bowiem muzycy. Każdy z nich opowiada swój kawałek historii zespołu – często burząc czwartą ścianę i zwracając się bezpośrednio do widza. Na przykład tłumacząc, że tak naprawdę epizod przedstawiony w filmie wyglądał w rzeczywistości zupełnie lub częściowo inaczej, niż go pokazano. Takie puszczenie oka do widza to świetny pomysł, który pokazuje, że w „The Dirt” chodzi o dobrą zabawę, a nie kronikarską precyzję.

Na koniec nie mogę nie wspomnieć o wspaniałych epizodzikach, które z całą pewnością na długo zostaną w mojej pamięci.

Pierwszy z nich to scena z Ozzym Osbournem podczas jednej ze wspólnych tras koncertowych. Fabularnie nie wnosi nic do filmu, ale jest przezabawna (Uwaga! Granica dobrego smaku jest chyba przekroczona!) i pokazuje, że tak naprawdę królem imprezy w latach 80. był nie kto inny niż właśnie Ozzy. Druga to „dzień z życia Tommy’ego Lee”, kiedy to śledzimy wydarzenia z perspektywy niemal pierwszoosobowej, a na świat patrzymy właśnie oczami perkusisty zespołu. Te momenty sprawiają, że film jest czymś więcej niż tylko rzemiosłem, a osoby pracujące przy jego produkcji chciały wyjść poza pewne ramy.

„The Dirt” to film nastawiony na dobrą zabawę, rozrywkę i może na małą chwilę refleksji.

Dla fanów Mötley Crüe to z całą pewnością pozycja obowiązkowa/ Jednak również pozostali widzowie nie powinni być zawiedzeni. Pod warunkiem, że chcą filmu rozrywkowego, a nie skłaniającego do zadumy, czy przemyśleń. Zresztą czy naprawdę ktoś spodziewał się kina moralnego niepokoju po fabularyzowanej biografii Mötley Crüe? No bądźmy poważni!

Podobne artykuły

Recenzja: Zenek – Płachta Na Byka

Albert Markowicz

Recenzja: Machine Head – Catharsis

Szymon Grzybowski

Recenzja: Corexit – Sundown Metropolis

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz