Strona główna » Recenzja: Megadeth – Super Collider
RECENZJE

Recenzja: Megadeth – Super Collider

Dwa lata przerwy między płytami to chyba idealny czas na pozbieranie myśli, wyciągnięcie wniosków z ewentualnych niedoróbek poprzednich wydawnictw i przygotowanie czegoś, co wbije słuchaczy w fotele. Patrząc na dyskografię Megadeth łatwo dostrzec, iż kwartet z Los Angeles często poddawał się praktyce wydawania krążków co dwa lata (z drobnymi wyjątkami). Wielu twierdzi, że Megadeth skończyli się na “Kill’Em All” (a już na pewno na “Rust In Peace”) – moim jednak zdaniem w XXI wieku ukazało się kilka naprawdę solidnych propozycjiMegadeth, a najnowszy, czternasty w dyskografii krążek Mustaine’a i spółki z pewnością należy do tej grupy.

Umówmy się – “Th1rt3en” był naprawdę dobry i zespołowi zwyczajnie ciężko było przewyższyć ten album. Może faktycznie się im nie udało – nie mniej, to co wyszło spod wioseł Mustaine”a i Brodericka robi wrażenie. To co zespół zaproponował na “Super Collider” ciężko nazwać thrash metalem, a raczej swoistym heavy metalem na delikatnych sterydach. Wciąż otrzymujemy sporo melodii, czadowych riffów, które pozostają w pamięci na dłuższy czas i oczywiście składnik rozpoznawczy tandemu Mustaine – Broderick – masę solówek.

Dobrze radzi sobie również rytmiczna część zespołu – duet Ellefson – Drover, których pulsujący basik i niezbyt skomplikowane bity perkusyjne (w myśl starej, sprawdzonej zasady “beat it hard, but keep it simple”) trzymają w ryzach wszystkie kompozycje. Pojawiają się orientalne instrumenty, które wprowadzają ciekawy klimat (“The Blackest Crow”), udzielają się goście (z których najbardziej znanym jest David Draiman z Disturbed, wspierający Mustaine’a na drugim mikrofonie w “Dance In The Rain” oraz “Forget To Remember”) – ogólnie sporo się dzieje. A na deser otrzymujemy cover “Cold Sweat” z repertuaru Thin Lizzy. I choć większość kompozycji można zapętlić i słuchać w kółko (“Super Collider”, “Burn!”, “Built For War” czy “Forget To Remember”), na płycie pojawia się parę wypełniaczy, które nie do końca wpasowały się w mój gust (m.in. “Dance In The Rain” czy “Don’t Turn Your Back”).

Nie powinno dziwić, iż Megadeth najlepiej wypada w szybszych, bardziej żywiołowych kompozycjach, z których zawsze słynął, nieco gorzej zaś w wolnych czy utrzymanych w średnich tempach numerach, które momentami są zwyczajnie nudne.

Koniec końców – “Super Collider” to udana płyta. Nie tak równa jak poprzedniczka, ale chyba ciutkę ciekawsza niż na przykład “United Abominations”. I choć “Wielka Czwórka” troszkę się rozczłonkowała, a Testament jest bliżej kwalifikowania się do tej bądź co bądź prestiżowej grupy (choć z biegiem lat tylko wyimaginowanej i mającej znaczenie tyleż klasyfikujące co komercyjne) – Megadeth nie patrzy na stylistyczne metki i robi swoje, bardzo dobrze się przy tym bawiąc. Zachęcam więc do zapoznania się z “Super Collider” i jak mantrę powtarzam… Co na to Metallica i Slayer?

cd

Track lista:

01. Kingmaker
02. Super Collider
03. Burn!
04. Built For War
05. Off The Edge
06. Dance In The Rain
07. Beginning Of Sorrow
08. The Blackest Crow
09. Forget To Remember
10. Don’t Turn Your Back
11. Cold Sweat (cover Thin Lizzy)

 

 

 

 

 

Autor: Tomasz Kulig

Rok publikacji: 2013

Podobne artykuły

Recenzja: J.D. Overdrive – Fortune Favors The Brave

Tomasz Koza

Recenzja: Black Label Society – Grimmest Hits

Szymon Grzybowski

Po co te podchody? – recenzja „I, The Mask” grupy In Flames

Bartłomiej Pasiak

Żywa skamielina – recenzja „Revelations of Oblivion” Possessed

Szymon Grzybowski

Recenzja: Saratan – Asha

Tomasz Koza

Recenzja: Ghost – Meliora

Tomasz Koza

1 komentarz

Anonim 7 maja 2017 at 00:50

Visitor Rating: 1 Stars

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!