Strona główna » Nieoszlifowany diament – recenzja Diamond Head „The Coffin Train”
RECENZJE

Nieoszlifowany diament – recenzja Diamond Head „The Coffin Train”

Istnieje kilka rodzajów osób, które wcisnęły link, aby przeczytać recenzję nowej płyty Diamond Head. Pierwszy z nich, to ludzie, którzy są wielkimi fanami tej angielskiej heavy metalowej grupy. Następni to fani Metalliki, którzy liczą na kolejne „Am I Evil?”, którego amerykański zespół nagrał świetny cover. Czy na wydawnictwie pojawiła się podobna piosenka? Przekonacie się w trakcie czytania tekstu. Oczywiście będą również osoby, które „wpadły” tutaj przez przypadek. Nieważne, do której grupy należysz, ale i tak zapraszam do przeczytania moich wywodów na temat płyty „The Coffin Train” Diamond Head. Na samym początku warto przypomnieć, co ostatnimi laty działo się w obozie brytyjskich muzyków. Po kilkuletniej przerwie od nagrywania artyści wrócili w 2016 roku, kiedy wypuścili siódmy longplay w dyskografii pt. „Diamond Head”. Była to pierwsza płyta, na której słyszeliśmy Rasmusa Boma Andersena w roli wokalisty. Przed nim tę funkcję sprawował Sean Harris i Nick Tart.

Diamond Head powstało w 1977 roku i nie było zbytnio aktywne wydawniczo

Przez trwającą ponad 40 lat karierę muzycy wydali tylko osiem albumów, co jest dosyć małą liczbą. Warto popatrzeć na czas, w jakich ukazywały się kolejne płyty. Pierwsze trzy albumy („Lightning to the Nations”, „Borrowed Time”, „Canterbury”) pojawiały się dosyć regularnie, bo kolejno w latach: 1980, 1982, 1983.

Na czwarte dzieło fani musieli jednak poczekać aż do 1993 roku, kiedy muzycy powrócili po kilkuletniej przerwie do wspólnego grania. Jednak to nie był najdłuższy okres oczekiwania na kolejny album w wykonaniu Diamond Head. Na „All Will Be Revealed” fani poczekali sobie aż 12 lat!

To bardzo wydłużone czekanie również było spowodowane kolejną przerwę, którą sobie sprawili członkowie Diamond Head. W 2007 roku wydali drugi i zarazem ostatni długograj z Nickiem Tartem na wokalu pt. „What’s In Your Head?”. I nastąpiła kolejna wyrwa w dyskografii zespołu. Dopiero w 2016 roku Brytyjczycy powrócili z „Diamond Head”. Trzy lata później pojawiło się „The Coffin Train”, które jest bohaterem recenzji.

Trzy single, które za bardzo niczym się nie różniły

„Belly of the Beast” było pierwszą zapowiedzią „The Coffin Train”, ale po kilkukrotnym przesłuchaniu dalej nie byliśmy w stanie powiedzieć, czy będziemy jechać pociągiem towarowym, czy wygodnym i nowoczesnym Pendolino.

Podczas słuchania płyty często pojawia się to pytanie, ale nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć. W utworze wyróżnia się bardzo dobra i szybka dykcja duńskiego wokalisty – Andersena. Dzięki temu miło się tego słucha. Forma innych muzyków również na wysokim poziomie. Jednak ten utwór nie znajdzie się na mojej playliście. Energia towarzyszyły zespołowi, co w chwili premiery singla było dobrym prognostykiem dla reszty utworów. Jednak może wydawać się, że płyta była zrobiona trochę na jedno kopyto, i nie wyszło zbytnio różnorodnie.

Tytułowy kawałek został zaprezentowany jako drugi singiel

Wokal Andersena bardzo przypomina mi głos Chrisa Cornella z Soundgarden. Oczywiście nie jest identyczny, ponieważ ma również swoje zalety, jak i wady. Rasmus wyciąga bardzo wysokie dźwięki, co się bardzo ceni. Jego głos jest niezwykle mocny i pewny siebie. Podobnie jak na pierwszym singlu bardzo dobrze słyszalne są bębny, za które odpowiada Karl Wilcox. Utwór podobnie nagrany, w porównaniu do pierwszego singla, ale jest o niebo lepszy. Jest ta przebojowość, moc. To się ceni.

„Death by Design” zabija świetnym riffem

Diamond Head od początków swojej kariery miał wielką zaletę w postaci oryginalnych i mocnych riffów. W „Death by Design” powracają do korzeni i to całkiem udanie. Wokal Andersena znowu brzmi bardzo dobrze. Utwór dobrze brzmi po ciężkim dniu, kiedy jesteśmy wyczerpani i zrezygnowani. „Death by Design” oczywiście nie można traktować jako kołysanki, ale jako rozrusznik, dzięki któremu nogi same zrywają się do tańca, a głowa zaczyna czynności związane z headbangingiem. Utwór „The Messenger” jest utrzymany w podobnej dynamice i tematyce. Te dwie piosenki są mocnymi punktami ósmej płyty Diamond Head.

Czy to się nudzi? Niestety tak

Później pomysły na ten album się kończą. Liczyłem na o wiele szybsze granie. Popieram zasadę, że jeśli jesteś zespołem heavy metalowym to nagrywaj albo ballady albo szybkie i wystrzałowe numery. Nie lubię, gdy jakiś artysta stoi w przestrzeni pomiędzy tymi dwiema stronami. Widać wtedy, że brakuje pomysłu. Tak zdecydowanie jest w piosence „Shades of Black”. Na szczęście wszystko ratuje głos Andersena w „The Sleeper”. Powiem szczerze, że Duńczyk na tym albumie jest wręcz wyborny.

Diamond Head mogło wyciągnąć więcej z tego albumu

Niestety dużo na to wygląda, że szybko zapomnę o tym wydawnictwie. „The Coffin Train” nie robi wstydu zasłużonemu zespołowi, ale również nie zapisze się złotą czcionką na dyskografii zespołu. Wiele rzeczy jest dużym plusem, ponieważ wyróżniają się tutaj wokal i riffy (które dorównują tym z pierwszych albumów). Ważnym aspektem jest również bardzo ciekawa i intrygująca okładka, która zachęca do wysłuchania „The Coffin Train”. Diamond Head nie wydaje arcydzieła, ale spokojny i stonowany album. Jeśli jesteś fanem tej grupy, to naprawdę warto posłuchać nowych nagrań wykonanych przez ten brytyjski zespół z Duńczykiem na wokalu.

Jak „Phoenix” z popiołu

Gdy w 2016 roku powrócili z „Diamond Head” wiedziałem, że będzie to powrót w wielkim stylu. Wszystko jest na swoim miejscu. Na albumie nie ma miejsca na głupotę. Jednak brakuje mi tej finezji i ciekawości tworzenia muzyki ze strony twórców. Chciałbym, aby weszli na nowe rejony swojej mocnych gitarowych riffów. Umiejętności i talent posiadają, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby na następnym albumie pokazali swój całkowity potencjał, który tutaj wystąpił tylko w małym procencie.

Diamond Head - The Coffin Train. 2019
Diamond Head – The Coffin Train. 2019

Tracklista „The Coffin Train”:

1. Belly of the Beast
2. The Messenger
3. The Coffin Train
4. Shades of Black
5. The Sleeper (Prelude)
6. The Sleeper
7. Death by Design
8. Serrated Love
9. The Phoenix
10. Until We Burn

Podobne artykuły

Wszystko na swoim miejscu – recenzja Imperial Sin “Ritual Murder”

Redakcja

Recenzja: Septicflesh – Titan

Tomasz Koza

Recenzja: „Apocalipsis – Harry at the End of the World”

Albert Markowicz

Recenzja: Satyricon – Deep Calleth Upon Deep

Michał Bentyn

Krótko, ale powoli – recenzja „House of Doom” zespołu Candlemass

Redakcja

Godsmack pozostaje w swojej strefie komfortu – recenzja „When Legends Rise”

1 komentarz

Bartek 3 lipca 2019 at 20:17
0

Super artykul!

Odpowiedz

Zostaw komentarz