Pentakill
Strona główna » Tępe ostrze czasem rani – recenzja płyty „Smite and Ignite” grupy Pentakill
RECENZJE

Tępe ostrze czasem rani – recenzja płyty „Smite and Ignite” grupy Pentakill

Znacie League of Legends? Odpowiedź w dzisiejszych czasach chyba może być tylko jedna. Jedna z najpopularniejszych gier w historii, która powstała w 2009 roku i jedenaście lat później wciąż cieszy się niezwykle dużym zainteresowaniem. Każdego dnia w tę „sieciówkę” gra miliony użytkowników na całym świecie. Sam miałem krótki epizod w moim życiu, w którym próbowałem grać w LoLa, ale nie wychodziło mi to za dobrze. Brak uporu i treningu z mojej strony doprowadził do tego, że od tamtego momentu nie wracam do tej produkcji. Jednak istnieje jedna rzecz, która niezwykle dobrze kojarzy mi się z League of Legends. Oczywiście chodzi o muzykę.

Pentakill – heavy metalowy zespół wprost z Valoran

Mowa o fikcyjnym zespole metalowym, który powstał na potrzeby League of Legends. W skład grupy wchodzą wokalista Karthus The Deathsinger, wokalistka Kayle, klawiszowiec Sona, gitarzysta Mordekaiser, basista Yorick i perkusista Olaf. Rzecz jasna pod tymi postaciami kryją się prawdziwi muzycy. Na płycie słyszymy wielu wykonawców. W dwóch piosenkach można usłyszeć Jørna Lande, którego można kojarzyć z zespołów: Allen – Lande oraz Jorn. Za gitary natomiast odpowiedzialny jest Christian Linke. Słowo Pentakill oznacza natomiast pokonanie pięciu przeciwników w grze w przeciągu kilku sekund. W grze w 2014 roku również pojawiły się specjalne skórki z wizerunkami członków zespołu. Sam w sobie fakt istnienia takiego zespołu jest ciekawy, ale trzeba również zastanowić się nad poziomem muzyki przez nich prezentowanej.

„Smite and Ignite” – pierwsza płyta Pentakill została wydana w 2014 roku

Wtedy ten album nie zainteresował mojej muzycznej duszy, ale po latach naprawiłem swój błąd. Lubię power metal, i tego się nie wstydzę, chociaż wiele osób uważa to za jakiś „podmetal”. Zdecydowanie można znaleźć w tym podgatunku interesujące treści, których również na „Smite and Ignite” nie brakuje.

Już pierwszy z kawałków na debiucie Pentakill zaprasza nad do magicznej krainy Valoran i łatwo się wczuć w mistyczny klimat League of Legends. Mowa o „Lightbringer”, czyli jednym z najlepszych numerów na tej płycie. Wyróżnia się zwłaszcza świetny wokal Jørna Lande, który jest moc przewodnią tej piosenki. Nie wyobrażam sobie lepszego wyboru na wokalistę Pentakill, ponieważ sprawdza się świetnie (szkoda, że słychać go tylko w 2 utworach). Nie można mieć wszystkiego, więc cieszę się, że taka dawka mocnego głosu Lande została nam przedstawiona.

Historie o walce dobra ze złem, których akcja rozgrywa się w świecie pełnym wielkich herosów oraz stworów nie z tej ziemi. Oprócz wpadającego w ucho wokalu utwór charakteryzują niezłe partie gitarowe oraz basowe. Jednak i tak wszystko przyćmiewa wspomniany już Jørn Lande.

„Deathfire Grasp” – tutaj gitarzyści przyspieszyli, ale nie było lepiej

Tym razem za mikrofonem stanął ZP Theart, którego wtedy można było kojarzyć z występów w zespole I Am I. Obecnie również występuje w bardziej utytułowanej grupie – legendarnym Skid Row. Jeśli miałbym porównywać „Lightbringer” z „Deathfire Grasp”, to zdecydowanie ten pierwszy wygrywa pojedynek. Obecny frontman Skid Row również ma ciekawy wokal, który pasuje do klimatu power metalowej fantastyki, ale jednak bardziej spodobały mi się wyczyny Lande. Zdecydowanie w pierwszym z numerów lepiej zaprezentowali się gitarzyści. W „Deathfire Grasp” tempo zdecydowanie wzrosło, ale poziom artystyczny wg mnie trochę zmalał, co jest odczuwalnym zjawiskiem.

„Last Whisper”, czyli thrashowe AC/DC?

Przynajmniej pierwszy riff brzmi, jakby australijska legenda zaczęła grać podgatunek kojarzony z Metalliką i Slayerem. Później jednak wchodzi wokal ZP Thearta i jeszcze bardziej miesza w tym wielkim misz-maszu. „Last Whisper” to chyba najwolniejszy ze wszystkim numerów, jakie znajdziemy na „Smite and Ignite” Pentakill. W piosence pojawia się solówka, która wydaje się, że jest całkowicie dodana na siłę i mało oryginalna. Natomiast muzyka zlewa się z całością albumu i trudno ją odróżnić od innych kawałków. Nawet zmiany muzyków nie pomagają. Energia wcale nie pomaga, gdy robią coś na jedno kopyto. Wokal ZP Thearta tym razem nie brzmi już aż tak „bombastycznie”. Ta piosenka niestety aż tak nie przypadła mi do gustu, jak jej poprzedniczki.

Polecamy:

„Smite and Ignite” – utwory instrumentalne wartymi uwagi przerywnikami

„The Hex Core” to jeden z trzech instrumentalnych kawałków na debiucie Pentakill. Utwór brzmi, jak na zespół z gry przystało. Kojarzy mi się z muzyką, którą można usłyszeć podczas ładowania rozgrywki. Prawdopodobnie nigdy nie użyto „The Hex Core” w ten sposób, a szkoda, ponieważ jest to energiczna kompozycja, której jednak brakuje pazura. Ogólnie to moja opinia na temat piosenek instrumentalnych albumach jest prosta. Są to głównie jakieś „zapchajdziury”. Zwłaszcza gdy jest ich więcej niż jedna na wydawnictwie. Wtedy jest to aż nadto widoczne. Niestety na „Smite and Ignite” doświadczamy tego samego. Zauważyłem również, że jedynym pomysłem na stworzenie tego albumu było jego… nagranie. Twórcy chcieli pokazać, że fake’owe zespoły również mają siłę przebicia i potrafią stworzyć porządną muzykę. Rzeczywiście jest to kawał nawet dobrego grania, ale gdy bliżej się temu przyjrzeć, to zauważamy wiele niedoskonałości.

„Thornmail” ostatnią deską ratunku dla debiutu Pentakill

Tutaj niestety zawiodła warstwa muzyczna. Bardzo dobrze natomiast ponownie zaprezentował się Jørn Lande, którego również usłyszeć można w „Lightbringer”. Jego wokal idealnie pasuje do klimatu walk, magii i tajemniczych stworów. Dla fanów metalu i League of Legends jest to wspaniałe połączenie. Gdyby cały album został nagrany z Lande za mikrofonem i energią pierwszych piosenek z „Smite and Ignite”, to byłby to jeden z lepszych longplay’ów power metalowych, jakie kiedykolwiek słyszałem. Niestety w trakcie słuchania „Smite and Ignite” nie dostajemy najlepszych kąsków Pentakill. Za to otrzymujemy trzy średnie instrumentalne numery oraz „The Prophecy”, które trudno nawet utworem nazwać. Nie postarali się według mnie.

„Smite and Ignite” – wiele zabrakło

Niestety „Smite and Ignite” zawiodło mnie na kilku płaszczyznach. Wszystko ciekawie się zaczynało od świetnych „Lightbringer” i „Deathfire Grasp”, ale później było już tylko gorzej. Możliwe, że krótki czas trwania płyty dał mało miejsca do popisu dla muzyków. Reasumując, członkowie Pentakill nagrali nierówny album, który ma mnóstwo niepotrzebnych i nudnych momentów. Za to dostaliśmy dwa naprawdę dobre kawałki, do których będę wracać. Miejscami również gitary były na wysokim poziomie. Być może w świecie League of Legends zespół jest na poziomie Metalliki, tego im życzę.

Okładka płyty Smite and Ignite wykonawcy Pentakill
Pentakill – Smite and Ignite, 2014

Tracklista Pentakill – Smite and Ignite:

1.Lightbringer
2.Deathfire Grasp
3.Ohmwrecker
4.Last Whisper
5.The Hex Core
6.The Prophecy
7.Thornmail
8.Orb of Winter

Materiały graficzne: Riot Games

Podobne artykuły

Recenzja: Sworn Enemy – Living On Borrowed Time

Tomasz Koza

Idźcie i słuchajcie – recenzja „Humanicide” Death Angel

Szymon Grzybowski

Recenzja: Saltus – Opowieści z przeszłości…

Michał Bentyn

Recenzja: „Bajki robotów” – Jon Jondrensen

Redakcja

Recenzja: Testament – Brotherhood of the Snake

Michał Bentyn

Czy warto było czekać osiem lat? – recenzja „Eonian” zespołu Dimmu Borgir

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!