Image default
RELACJE

Metalmania 2018 za nami. Frekwencja festiwalu godna podziwu!


Metalmania powróciła. Niejeden uczestnik poprzedniej edycji, zapytany rok temu o możliwość zorganizowania kolejnej, prawdopodobnie zawahałby się nad odpowiedzią. W końcu tyle lat przerwy mogło się odbić dość negatywnie na przyszłości takiej imprezy; można by pomyśleć, że był to tylko jednorazowy zryw umierającego. Całe szczęście festiwal okazał się na tyle udany, że również tego roku mieliśmy okazję razem cieszyć się uczestnictwem w najstarszej cyklicznej imprezie metalowej w tej części starego kontynentu.

Powrót Metalmanii na stałe na coroczną koncertową mapę Polski jest czymś zdecydowanie optymistycznym.

Rok temu przy okazji relacji zwróciłem uwagę na ciężki gatunkowo skład imprezy, który mimo obecności klasyki heavy i thrash metalu był mocno zorientowany na jego bardziej ekstremalne odmiany. Nie obyło się z tego powodu oczywiście bez chóru niezadowolonych z takiego obrotu sprawy. Wygląda jednak na to że tych, którzy z radością przyjęli taki stan rzeczy było jednak więcej i w tym roku line up prezentował się jeszcze bardziej czarno, martwo i soczyście. Sam fakt ogłoszenia legendarnej formacji Emperor jako głównej gwiazdy imprezy zwiastował to, co miało nadejść 7 kwietnia. Kolejne ogłoszenia jeszcze bardziej podgrzewały atmosferę oczekiwania, co zapowiadało prawdziwą ucztę dla maniaków mocnych brzmień.

Katowice przywitały wszystkich piękną pogodą.

Dodawała ona tylko swoją cegiełkę do fantastycznych nastrojów ludzi, którzy już od 9 rano zaczęli zbierać się tłumnie pod Spodkiem. A zbieranina była niemała – nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że frekwencja była znacznie większa niż przed rokiem. Czy to faktycznie prawda, ciężko powiedzieć. może po prostu cały czas byłem w takim miejscu i czasie, że tak to wyglądało.

O samej urodzie Spodka i jego specyfice powiedziano i napisano już chyba wszystko, więc za bezcelowe uważam opisywanie tego miejsca. Wystarczy powiedzieć, że do idealnych nie należy. Po krótkiej przechadzce po terenie imprezy od razu w oczy rzuciła mi się ulokowana pod niemal samymi schodami na piętro mała scena. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć czy przed rokiem również była aż tak blisko pod nimi, czy faktycznie z jakichś powodów została przesunięta.

Na pewno w tym roku słońce w okolicach wczesnego wieczora nie było aż tak uciążliwe jak podczas poprzedniej edycji. O czym zresztą wspominałem w zeszłorocznej relacji. W każdym razie było ciasno. Było bardzo ciasno. Często stojąc nawet niespecjalnie daleko od sceny miałem problem żeby dostrzec co się na niej dzieje, choć do bycia niskim mi daleko.

Ale festiwal muzyczny to nie miejsce, nie piwo i nie schody, tylko koncerty.

A te w tym roku wypadły naprawdę zacnie. Na pierwszy ogień udałem się na otwierający zespół Ketha, grający na małej scenie. Twórczość rodaków nie była mi wcześniej dobrze znana, a że mam w zwyczaju sprawdzanie nowych rzeczy na żywo, tak też zrobiłem. Panowie z Krakowa zaprezentowali energetyczną, pobudzającą dawkę nowoczesnego, technicznego grania, niepozbawionego klimatu i wielkiego ciężaru. Idealny występ na początek tego trwającego kilkanaście godzin maratonu. Jeśli w przyszłości znów będę miał okazję zobaczyć formację na żywo, z pewnością to zrobię.



Po przerwie spędzonej na organizację i spotkania towarzyskie udałem się na występ brytyjskiego Xentrix. Staroszkolni thrasherzy zaserwowali krótki, ale bardzo treściwy set złożony z klasyków z dwóch pierwszych albumów – „Shattered Existence” i „For Whose Advantage?”. I bardzo dobrze, bo mam wrażenie, że właśnie tego oczekiwała wcale niemała publiczność, która przyjęła kapelę bardzo entuzjastycznie.

Sam występ bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, tym bardziej że zawsze uważałem Xentrix za formację nieco niższej ligi thrashu. Koncert ten był też okazją do wspomnienia o pewnym technicznym szczególe – organizatorzy dołożyli starań, aby poprawić jakość brzmienia w stosunku do poprzedniej edycji. Każdego występu po prostu słuchało się dużo lepiej, niezależnie od tego, w którym punkcie płyty człowiek się znalazł. Z tego miejsca chciałbym też podziękować za ponowne zarzucenie pomysłu golden circle – chwała Wam za to!

Następnym zespołem, którego po prostu nie mogłem odpuścić, byli greccy siewcy zagłady z Dead Congregation.

Powiedzieć, że goście z Hellady mnie nie zawiedli, to jak nie powiedzieć nic. Siła i ciężar, jakie biły ze sceny z każdym kolejnym utworem, po prostu wgniatały w ziemię i mocno obijały żebra. Grecy zaserwowali cały przekrój swojej dyskografii idealnie łącząc utwory w spektakl zniszczenia jakiego niejedna, o wiele bardziej doświadczona kapela, mogłaby jedynie pozazdrościć. To był jeden z tych koncertów, który zostawia w głowie niedosyt; niedowierzanie, że to już, kiedy się kończy. Kilka minut, podczas których wykonywali „Promulgation of the Fall” i zaraz po nim „Serpentskin” to w moim odczuciu zdecydowanie jeden z najlepszych momentów całej imprezy. Nie da się ukryć, że Dead Congregation jednym z głównych towarów eksportowych greckiej sceny metalowej, na co bez wątpienia zasłużył.

Kolejną sztuką z listy „must see” byli w moim osobistym grafiku przybysze z drugiego końca świata. Black thrashowa horda Deströyer 666.

Skąpani przez 45 minut w krwistoczerwonym świetle Australijczycy rozłożyli mnie na łopatki swoich szczerym do bólu, prostym niczym cios w szczękę graniem ku chwale diabła i zniszczenia. Nie zabrakło w secie klasyki w postaci „Satan’s Hammer” z płyty „Unchain the Wolves” jak i nowszych wyziewów („Trialed by Fire”, „Wildfire”). Wszystkie splecione piekielną nicią sprawiły, że każdy obecny w tym momencie pod sceną wyszedł z występu naładowany chęcią siana chaosu na kolejnych koncertach.

Zaraz po nich na małej scenie prezentował się rodzimy Alastor.

Weterani polskiej sceny pokazali się z jak najlepszej strony udowadniając, że staż robi im tylko dobrze. Kawał potężnego thrashowego grania z groovowym zacięciem zebrał pod sceną sporą ilość publiki. Pomimo dość niekorzystnych warunków panujących w tym rejonie Spodka pokazała, że nie przyjechała tu tylko dla światowej czołówki. Sam zespół odwdzięczył się trzydziestoma minutami solidnego grania, które niezmiennie od lat stoi na równym, świetnym poziomie.

EMP Shop

Bardzo czekałem na występ Kata z Romanem Kostrzewskim na festiwalu Metalmania 2018.

W końcu to niejako powrót do macierzy. To po prostu musiał być dobry występ. I taki był w istocie. Ekipę Kostrzewskiego widziałem już wiele razy, ale jeszcze nigdy w tak klasycznych dla niego warunkach. W końcu parafrazując klasyka – znamy ten zespół, lubimy go i to pokazaliśmy. Fantastycznie dobrany zestaw utworów zawierał w zasadzie same klasyki, poza jednym utworem z „Biało-Czarnej”.

Znakomicie było móc ujrzeć Romana w takiej formie, mimo upływu lat tańczącego w opętańczym transie jakby czas zatrzymał się lata temu. Świetnie też sprawdza się Jarek Hiro w roli „nowego” gitarzysty, którego miałem okazję widzieć z Katem na żywo po raz pierwszy. „Czarne zastępy”, „Mag-Sex”, „Głos z ciemności”, „Diabelski dom II”, „Wyrocznia”, wszystko niemal chóralnie odśpiewane przez całą rzeszę fanów.

Przed samym końcem poczułem coś, czego dawno już nie przeżyłem. Dreszcz. Ten charakterystyczny dreszcz z gęsią skórką, kiedy muzyka jest aż tak dobra. Było to w momencie, kiedy kilka tysięcy gardeł śpiewało razem z zespołem „Łzę dla cieniów minionych”. Tylko żal mi się zrobiło jednego człowieka, który w tłumie ludzi z wyciągniętymi w górę telefonami wyjął zapalniczkę. Znak czasów.

Gdy na scenę wkroczył holenderski Asphyx było jasne, że już do późnych godzin nocnych wielu ludzi nie wyjdzie choćby na chwilę ze Spodka.

Weterani z Niderlandów przejechali całą publiczność toczącą się machiną wojenną. Genialny, mocarny i potężny – tak w skrócie można opisać ten koncert. Nie ma żadnego, najmniejszego szczegółu, do którego najwięksi poszukiwacze negatywów mogliby się przyczepić. Przekrojowa lista utworów z tego występu mogłaby z powodzeniem posłużyć za gotowca na składankę Best of Asphyx, a i tak byłaby za krótka.

Ja jednak lubię czuć ten delikatny niedosyt po zejściu zespołu ze sceny, mówiący „więcej, chcemy więcej”. I tak właśnie jest po Asphyx, niemal za każdym razem. „Death the Brutal Way”, „Deathhammer”, „The Rack”, „Last One on Earth” to tylko część z tego niesamowitego pokazu siły, a jednocześnie luzu i ogromnej charyzmy. Czapki z głów, jeśli ktokolwiek jeszcze po Asphyx głowę zachował.

Szybki odwrót i już jesteśmy pod drugą sceną, gdzie swój spektakl zniszczenia zaczyna śląski Voidhanger.

Ciężko mi jest opisać ich muzykę, nie używając przy tym wulgaryzmów, bynajmniej nie z powodu jakiejkolwiek złej opinii. Zespół prezentował między innymi materiał z ostatniego, bardzo dobrze przyjętego albumu „Dark Days of the Soul”, który wygenerował momentalnie taki młyn pod sceną, że jestem w szoku, że nikt nie rozbił sobie trwale czaszki przy bliskim spotkaniu z wspomnianymi wcześniej schodami.

Sytuacja wyglądała analogicznie w przypadku kolejnego zespołu „spod schodów” – Anima Damnata. Ulubiona kapela miłośników diabła i długich tytułów albumów również pokazał wszystko co najlepsze w polskim ekstremalnym podziemiu. Każda z tych kapel jest niezrównana w tym co robi i wynosi poziom polskiej muzyki ekstremalnej na światowe wyżyny. Voidhanger i Anima Damnata – dwie marki, które nigdy nie zawodzą.

Między jednym a drugim występem polskich hord miało miejsce to, na co większość uczestników festiwalu czekała najbardziej – norweski Emperor.

Zespół, który ma za sobą historię godną przynajmniej kilku książek, losy bardziej zawiłe niż scenariusz telenoweli i dokonania muzyczne, które na stałe wpisały się w zestawienia najlepszych albumów historii black metalu i nie tylko. Ihsahn za każdym razem dba z kapelą o to, aby grane przezeń koncerty były idealne w każdym calu. Ciężko jest mi pisać o muzyce, którą tak mocno przeżywam. Z jakiegoś powodu zawsze występy Emperor powodują u mnie całkowicie się wyłączenie, przykuwając świadomość do sceny i otaczającego mnie dźwięku. Jest w tym po prostu coś, co głęboko mnie porusza; sprawia, że traktuję je bardzo osobiście.

Technicznie nienagannie, klimatycznie nie do podrobienia. Taka właśnie jest muzyka Emperor.

Koncert podzielony był na dwa etapy. Pierwszy to odegrana w całości druga płyta zespołu – „Anthems to the Welkin at Dusk”. Album przez wielu uważany za szczytowe osiągnięcie w ich historii, będący bardziej dojrzałą wykonawczo i kompozycyjnie w porównaniu do poprzedzającego go debiutu.

Druga część to pojedyncze utwory z pozostałych albumów, pośród których nie mogło zabraknąć kanonicznego „I Am the Black Wizards” oraz hymnu wieńczącego wiele koncertów kapeli „Inno a Satana”. To wspaniałe uczucie. Jeżdżąc od lat na dziesiątki koncertów nadal mogę z wyjść z jakiegoś ze świadomością, że to był jeden z najlepszych występów jakie w życiu słyszałem. Taki właśnie był koncert Emperor na tegorocznej Metalmanii.

Ostatnim dla mnie punktem Metalmanii 2018 był występ brytyjskiego ojca deathgrindu i rekordzisty Guinessa w kategorii najkrótszego utworu muzycznego – Napalm Death.

Anglików widziałem wcześniej tylko raz przy okazji którejś edycji Brutal Assault, więc zobaczenie ich w zamkniętym otoczeniu było zdecydowanie jednym z głównych celi mojego wyjazdu do Katowic. No i się nie zawiodłem. Jak zawsze charyzmatyczny Barney, wraz z ekipą skąpani w pełnym świetle, zaserwowali długą listę klasycznego grindowego mordobicia podszytego specyficzną dla nich ideologią, która ma zarówno dużo swoich zwolenników i przeciwników.

Całe szczęście na festiwalu nie doszło do żadnych incydentów na tle światopoglądowym, więc wszyscy mogli skupić się na czerpaniu radości i siły na powrót do domu z występu Napalm Death. Ten zespół jest tak długo na scenie, a nadal bije od nich to młodzieńcze wkurwienie, że nie ma chyba człowieka, który nie uwierzyłby w ich autentyczność. Świetny koncert. Mimo tego, że nie jestem wielkim zwolennikiem tego rodzaju grania, bawiłem się fantastycznie. I tak, było „You Suffer”.

Niestety, kwestie logistyczne nie pozwoliły mi zostać dłużej, przez co musiałem ominąć występy Ragehammer i Blaze of Perdition. W tym miejscu mogę tylko posiłkować się opiniami z sieci. Ale że nie są to moje opinie to ich nie przytoczę. Wierzę, że koncerty były genialne, w obydwu przypadkach.

Zdecydowanie czekam z niecierpliwością na to, co przyniesie ze sobą jubileuszowa, XXV edycja imprezy. Wielki plus dla organizatorów za przygotowanie. Poza cudowną muzyczną ucztą, kilku innych atrakcji, jak choćby spotkanie ze słynnym Władcą Logówek, czyli Christophem Szpajdlem – twórcą setek logotypów zespołów. Jego twórczość można było podziwiać na utworzonej oddzielnie wystawie.

Organizacyjnie też całość wyglądała na bardziej dopiętą niż przed rokiem, co oczywiście na plus. No i brawa dla wykonującego niewdzięczną robotę konferansjera Jarosława Szubrychta, który niezmordowany przez cały dzień zapowiadał ze sceny nadchodzące koncerty. Festiwal zdecydowanie udany, coraz bardziej okrzesany (tylko ta mała scena…) i dzielnie niosący na barkach całą swoją wieloletnią historię. Oby do następnej edycji!

Korekta: Dominika Kudła, Fot. Mateusz Kluba – Infernal Impressions

Podobne artykuły

Metalliko! Teraz już wiesz, dlaczego warto nagrywać nowe płyty! – relacja z koncertu w Krakowie.

Szymon Grzybowski

Relacja: Scorpions, Nocny Kochanek – Gdańsk/Sopot, 01.12.2017

Tomasz Koza

Relacja: Frontside w Częstochowie

Tomasz Koza

1 komentarz

grammar nazi 13 kwietnia 2018 at 20:30

Artykuł spoko, ale korekta… Albo jeszcze pijana, albo zwyczajnie do wymiany.

Odpowiedz

Zostaw komentarz