Image default
SPECJALNE

Początek piekielnej rewolucji – 35. rocznica wydania „Show No Mercy” Slayera

W historii świata mnóstwo jest wydarzeń, które w momencie wystąpienia raczej niewiele osób obchodzą, a ich doniosłość ocenia się dopiero po czasie. Gdy 3 grudnia 1983 roku pryszczaty amerykański nastolatek w poszarpanych jeansach i długich włosach, wszedł do swojego ulubionego sklepu z płytami i zapytał, czy mają coś nowego, sprzedawca pokazał mu dość kiczowatą okładkę, która lekko zniechęciła chłopaka. Jednak nazwa kapeli i tytuł krążka wskazywały, że może być ciekawie. Nie namyślając się długo, położył kilka dolców na ladzie, wziął swój nowy nabytek pod pachę i poszedł słuchać. Małolat nie zdawał sobie sprawy, że kupiona tego dnia płyta na zawsze zmieni jego życie, ale również historię metalu. Płytą tą było bowiem „Show No Mercy” Slayera, ale zanim doszło do prawdziwej rewolucji, musiało minąć trochę czasu.

Opisana wyżej historia jest oczywiście zmyślona, ale na pewno nie bardzo odległa od prawdy. Na przełomie lat 70. i 80. w Kalifornii nowe zespoły metalowe wyrastały jak grzyby po deszczu. Karmiły się atakującymi zza oceanu dźwiękami New Wave of British Heavy Metal, ale również rebelianckim i anarchizującym hardcorem z kapelami takimi jak Black Flag czy Dead Kennedys na czele. W takim właśnie klimacie dorastał Kerry King – chłopak z przeciętnej amerykańskiej rodziny, który w wieku kilkunastu lat dostał swoją pierwszą gitarę i zaczął intensywnie ćwiczyć. Następnym krokiem była oczywiście własna kapela.



Darmowa dostawa w EMP Shop

W biografii Slayera, King przywołuje wydarzenie z 1981 roku.

To właśnie wtedy udał się na przesłuchanie do kapeli o nazwie Ledger i nie wspomina tego zbyt dobrze. „Byli gówniani, grali southern-rocka w stylu Lynyrd Skynyrd – mówił. Młody gitarzysta rzecz jasna angażu nie dostał, ale na przesłuchaniu spotkał innego chłopaka z gitarą, którego muzyka bardziej przypadła mu do gustu. Spod jego palców wychodziły zadziorne i ostre riffy AC/DC czy Judas Pirest. King przyłączył się do niego i zaczęli jamować. Od razu złapali kontakt i uznali, że założą kapelę. Jeff Hanneman – tak nazywał się ten drugi.

Trzeci z muzyków Slayera – perkusista Dave Lombardo urodził się w Hawanie na Kubie.

Długo szukał drogi do metalu. Jako dziecko zainteresował się graniem na perkusji i samodzielnie nauczył się grać partie tego instrumentu niektórych utworów z płyty zespołu Kiss „Alive!”. Później jednak pochłonął go funk i disco, przez pewien moment był nawet DJ-em na imprezach w tych stylach. Do rocka, a później do metalu wrócił pod koniec lat 70. Próbował założyć też własną kapelę. Jak poznał się z muzykami Slayera? Jako nastolatek pracował w pizzerii i usłyszał od kolegi z pracy, że kilka przecznic od lokalu mieszka ktoś, kto szuka muzyków do zespołu – ktoś, czyli Kerry King właśnie. Lombardo poszedł do niego, przedstawił się i powiedział, że gra na bębnach. Po krótkiej rozmowie został przyjęty. To również on miał być autorem słynnego logotypu kapeli.


Ostatnim elementem układanki był Tom Araya.

Urodził się w Chile, jednak gdy miał 4 lata jego rodzina przeniosła się do USA. Miał starszego brata, który grał na gitarze – nie chciał być od niego gorszy i już w wieku 8 lat chwycił za bas. Jako nastolatek grywał tu i ówdzie – w jednej z kapel spotkał się nawet z Kerrym Kingiem, ale panowie nie zwrócili wówczas na siebie zbyt wielkiej uwagi.

Ta znajomość jednak przypomniała się Kingowi, gdy szukał basisty oraz wokalisty i tak w 1981 roku do Slayera dołączył Araya, który karierę w zespole łączył z nauką i pracą jako terapeuta zajmujący się zaburzeniami oddychania. To dość istotny szczegół, bo z pieniędzy, które zarobił w tej pracy, został sfinansowany debiutancki krążek kapeli. Na dobrą sprawę z tego zawodu zrezygnował dopiero w 1984 roku, kiedy został postawiony przez pracodawcę przed wyborem – albo praca, albo kapela. W związku z tym, że było to w przededniu pierwszej trasy Slayera, wybór był oczywisty.


Kod Rabatowy na święta w EMP Shop

Zespół szybko zaczął razem grać.

Na początku głównie covery, ale tworzyli również własne kawałki. Slayer dał się też poznać jako ciekawe zjawisko koncertowe – postawili bowiem na satanistyczne motywy, odwrócone krzyże, pentagramy, skóry i ćwieki. Wówczas wciąż było to szokujące i przyciągało wielu słuchaczy. Na tym jednak oryginalność kapeli się nie kończyła.

Słychać było, że Slayer (i kilka innych kapel) grało wówczas szybciej i ostrzej niż inni. Pojęcia thrash metal jeszcze wówczas nikt nie znał, ale to właśnie wtedy, na początku lat 80., krystalizował się ten styl. Na jednym z występów na żywo Slayera zauważył Brian Slagel, założyciel Metal Blade Records, który od razu zainteresował się zespołem. Najpierw jeden ich numer – „Aggressive Perfector” – umieścił na składance “Metal Massacre vol. 3”. wydanej w 1983 roku (na pierwszej części tej kompilacji rok wcześniej zadebiutowała Metallica). Potem zaproponował nagranie debiutanckiej płyty.

„Show No Mercy” było nagrywane na wariackich papierach.

Zespół nie miał rzecz jasna pieniędzy na sfinansowanie przedsięwzięcia, więc wyłożył je z własnych oszczędności – o czym była już mowa – Tom Araya, a brakującą część dołożył ojciec Kerry’ego Kinga. Slayer wszedł do studia w listopadzie 1983 roku i w ciągu kilku dni zarejestrował 10 numerów. Od momentu zakończenia prac nad krążkiem do wydania minęły zaledwie 3 tygodnie.

Z perspektywy czasu trudno jednoznacznie ocenić to wydawnictwo.

Z jednej strony dla fanów Slayera, ale również ogólnie metalu to płyta absolutnie wyjątkowa, kultowa, która zwiastowała narodziny legendy. Nie brakuje na niej świetnych riffów i kawałków, które do dziś są wyczekiwane na każdym koncercie. Z drugiej strony jednak słychać, że płycie brakuje szlifów – brzmienie jest takie sobie, słabo brzmi przede wszystkim perkusja, a gitary wcale nie są takie złowrogie, jak sugerowałaby okładka czy tematyka utworów.

Również Tom Araya bardziej pieje niż wściekle krzyczy – tę sztukę pokaże w pełnej krasie dopiero na następnym wydawnictwie. Nie można też powiedzieć, że Slayer zaprezentował się jako wykonawca w pełni oryginalny. W muzyce słychać bowiem bardzo dużo naleciałości Iron Maiden, Judas Priest czy Venom. Nie był też pierwszy, bo kilka miesięcy wcześniej w lipcu 1983 roku debiutowała Metallica.

Przyjęcie „Show No Mercy” w momencie wydania było jednak pozytywne.

Slayer był być może mniej przebojowy niż zespół zza miedzy, czyli Metallika, ale grał ostrzej i ciężej od niej. Sama płyta była zaś – w skali ekstremalnego metalu – sukcesem komercyjnym. Szef wytwórni, Brian Slagel, w wywiadzie z 2006 roku wspominał, że w owym czasie za cieszyli się, gdy płyta sprzedawała się w nakładzie 5000 sztuk. „Show No Mercy” w samych Stanach Zjednoczonych rozeszło się w nakładzie od 15 000 do 20 000 egzemplarzy. Drugi tyle sprzedało się poza granicami USA.

Slayer od razu po wydaniu krążka ruszył w trasę – choć w zasadzie trudno ją tak nazwać.

Nie mieli managera, ekipy ani żadnego wsparcia wydawcy. Dostali jedynie listę miejsc, gdzie mają grać i numery telefonów. Na koncerty jeździli prywatnym Chevroletem Camaro Toma i wynajętą furgonetką. W „ekipie” był między innymi 14-letni brat Arayi.

O zarabianiu jakichkolwiek pieniędzy nie było mowy, a każdy kolejny dzień był walką o przetrwanie, czyli zatankowanie samochodów, zjedzenie czegoś i wypicie odpowiedniej ilości piwa. Jeszcze w 1984 roku Slayer wydał mini-album „Haunting the Chapel” z trzema premierowymi utworami. Świadectwem tamtych wydarzeń jest EP-ka „Live Undead” z listopada 1984 roku.

Dobra sprzedaż debiutanckiego krążka kapeli skłoniła Briana Slagela do większej inwestycji w zespół. Zaproponował Slayerowi nagranie drugiej płyty, której koszt w pełni pokryje wydawca, a także profesjonalnie zorganizowaną trasę koncertową. „Hell Awaits” ukazało się w marcu 1985 roku. Reszta jest historią.

Podobne artykuły

Reedycja trzech pierwszych albumów Saxon w marcu 2018 roku

Tomasz Koza

Ciężkie brzmienia niosące nadzieję – charytatywna składanka „The Dreadful Symphonies”

Agata Laszuk

Elf, tęcza i czarny sabat, czyli po prostu DIO – wspomnienie wybitnego artysty

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz