WYWIADY

Down to the Heaven: „Codziennie jesteśmy jak zakładnicy”


O wydawaniu płyt własnym sumptem, o tym czy Internet jest fajny, o romansowaniu z przemysłem muzycznym i o tym dlaczego sąsiedzi ich nie lubią. Przed Wami, szukająca „łatki”, ekipa z Bielska-Białej – Down to the Heaven w całej okazałości. Zapraszamy do lektury!

Wasza debiutancka płyta pt. „[ level – 1 ]” zbiera bardzo dużo pozytywnych recenzji. Spodziewaliście się takiego odzewu?

Szczerze mówiąc jesteśmy pozytywnie zaskoczeni. Sami wiemy, że elementy, które łączymy w naszej muzyce są dość specyficzną mieszanką wybuchową, ale jeżeli to, co podoba się nam jest doceniane przez innych, to chyba największy komplement jaki możemy otrzymać.

Opowiecie co nieco o procesie powstawania albumu?

Numery z płyty powstały w sumie dużo wcześniej, jeszcze kiedy nie mieliśmy Dina [Damian Staniec, elektronika i back-voc., przyp. red.] z jego elektroniką. On, jako nowy, świeży instrument w zespole dograł się do wszystkich kawałków oraz wniósł jeszcze lekki pomysł na włączenie w całość jego wokali, co można usłyszeć w „Catharsis”, „We Are” oraz „No Vision”. Były gitarzysta o pseudonimie Majster miał wkład w dopieszczenie niektórych riffów gitarowych oraz razem z Rustym [Marcin Pawlik, były wokalista grupy, przyp. red.] wniósł poprawki do co poniektórych tekstów. Gitary, bas, elektronika oraz wokale były nagrywane w naszych „zaciszach domowych”.

Sąsiedzi muszą Was uwielbiać (śmiech).

O tak! Zdecydowanie. Słychać nas przez ściany i stropy, dlatego że hołdujemy naszemu ulubionemu cytatowi jednego z największych ekspertów w dziedzinie muzyki i dizajnu: „Wiedz, że coś się dzieje…” (śmiech) (niewtajemniczonych odsyłam do „szukajki”, przyp. red.)



OK, macie nagrany materiał, co dalej?

Na mix zdecydowaliśmy się wybrać Wiktora Pieńkosza z Wrocławia, z Seeker Studio, ponieważ bardzo spodobały nam się jego produkcje w podobnej stylistyce muzycznej. Okładka płyty, zdjęcia, lyric video – to robota Dina. Cała ta płyta to długa historia i kupa naszego czasu. Na szczęście jesteśmy w stanie poradzić sobie sami z wieloma istotnymi rzeczami.

Na okładce płyty czytamy „…w 2016r. na Śląsku zostało uprowadzonych sześciu mężczyzn. Jak dotąd, nie ustalono kto lub co ich porwało, nieznane są też motywy porwania, ani miejsce przetrzymywania zakładników… Czynności wyjaśniające trwają…”. Rozwiniecie koncept płyty? O czym jest „[ level – 1 ]”?

Celem jest ucieczka! Codziennie mamy związane ręce, codziennie jesteśmy gdzie indziej, nie wiemy co się zaraz stanie, ktoś za nas podejmuje jakieś dziwne decyzje, na które nie mamy wpływu, absorbuje nasz czas i siły, próbuje zniekształcić i zmanipulować nasze postrzeganie. Nikt tego chaosu nie ogarnia – czyli codziennie jesteśmy jak zakładnicy. Robimy więc wszystko, żeby uciec i zmienić ten stan rzeczy.

Dla nas taką ucieczką jest właśnie album „[ level – 1 ]”. Nazwa taka, bo to pierwszy przystanek w naszej ucieczce. Intro na tej płycie zaczyna się od wejścia do windy, która jedzie tylko w dół – bo jak wiadomo DOWN to the Heaven (śmiech). A tam gdzie winda się zatrzymuje, tam zaczyna się nasza historia – czyli 40 minut wolności, ucieczki.


PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Szczera prawda – recenzja Down to the Heaven „[ level – 1 ]”


Zakładnicy rzeczywistości?

Tak. Można przyjąć, że porywaczem jest rzeczywistość, jednak z tym niepozornie prostym przekazem może wiązać się bardzo wiele historii, nie tyko przyziemnych i rzeczywistych. Co będzie dalej, pokaże „[ level – 2 ]”. Stay tuned!

Wyprzedziliście moje kolejne pytanie. Na Waszym profilu facebookowym można przeczytać, że na „[ level – 1 ]” prezentujecie „osiem autorskich kompozycji, które wprowadzają w klimat i rzeczywistość Down to the Heaven, rozpoczynając historię, która swój ciąg dalszy ukaże już niedługo”. Rozumiem, że macie już plany na następną płytę?

Oczywiście! Palimy już w kotle bardzo kaloryczny wungiel z domieszką metali kolorowych i podzespołów elektronicznych! Na przełom stycznia i lutego prognozują mrozy, więc postaramy się podgrzać atmosferę.

Czekam z niecierpliwością.

Dziękujemy, to bardzo mobilizujące do działania.

Można już gdzieś usłyszeć nowy materiał?

Na ten moment nowy materiał można usłyszeć jedynie pod drzwiami naszej „próbowni”. Nie ma przecieków kontrolowanych, ani niekontrolowanych. Chcemy dać czysty, pełny, oficjalny zwiastun „[ level – 2 ]”, jak wcześniej mówiliśmy, w okolicach lutego 2019r. Nie chcemy „spojlować”.

Wróćmy jeszcze do „[ level – 1 ]”. Płytę wydaliście bez wsparcia wytwórni. Wyższa konieczność, czy uznaliście, że tak będzie lepiej?

Chcemy być raczej niezależni w tym co robimy, ale też nie mamy jeszcze doświadczenia z takim scenariuszem. Jeżeli taka współpraca nie zepsuła by tego, że to my decydujemy jak ma wyglądać nasza muzyka, to może kiedyś…

Zostając w temacie wytwórni, niezależności, szeroko rozumianego przemysłu muzycznego – co rusz słychać głosy, że tenże przemysł umiera, że Internet zabija muzykę. Jaki jest Wasz głos w tej dyskusji?

Gdy cofniemy się do czasów kiedy nie było Internetu, decyzja o tym kto będzie promowany i się „wybije” zależała od kilku osób, z wielkim bossem palącym cygaro na czele. Nie było może aż tyle zespołów, ile jest obecnie, ale to, czy zespół się przyjmie czy nie, było, mówiąc w skrócie, wynikiem decyzji kilku osób, a dopiero na końcu – geniuszu artysty. W tym systemie wielu nawet nie dostąpiło zaszczytu bycia pod logiem wytwórni, a co za tym idzie, nikt o nich nie usłyszał. Taki odsiew na starcie. Dzisiaj wszystko jest otwarte.

W takim razie, jak to jest z tym Internetem?

Internet to totalna baza danych, którą przemysł muzyczny ma do dyspozycji za darmo. Mając jak na złotej tacy statystyki, ilości wyświetleń różnych treści może się targetować w stronę, w którą chce. W sumie to musielibyśmy też zdefiniować o jakim zakresie „przemysłu muzycznego” mówimy. Przemysł sam w sobie polega na wytwarzaniu masy, na automatyzacji, taśmie i cięciu kosztów produkcji, a co za tym idzie, niższej jakości. Nie możemy też założyć, że „przemysł muzyczny” to zbawiciel świata, który chce wyplenić wszystko co nieambitne i podłączyć ludzkość do intelektualnej kroplówki ze sztuką wyższą, a Internet i samowystarczalność twórców mu w tym przeszkadza. Są różne etapy, na których artysta może robić swoje, zupełnie obok tego przemysłu, a kiedy w nim zaczyna uczestniczyć. Jest to na pewno kwestia rozwoju samych tworzących, czy wykonujących.

Zatem jak oceniacie dzisiejszą kondycję przemysłu muzycznego?

Nas dzisiaj kondycja przemysłu muzycznego za wiele nie obchodzi, bo możemy pokazać się światu będąc samowystarczalnymi i samodecyzyjnymi bez płacenia frycowego. Ale jak już zrobimy światową karierę i Pan Przemysł będzie chciał zrobić z nami interes życia – to chętnie odszczekamy te słowa (śmiech).

Życzę Wam, byście musieli odszczekiwać. Czyli wychodzi na to, że łatwiej się dzisiaj wybić.

To raczej taka rozbudowana równowaga. Z jednej strony każdy może się pokazać całemu światu za darmo, a z drugiej strony – skoro każdy to i konkurencja olbrzymia. Obrazując zagadnienie: to coś jak za komuny, ocet na półkach i dzisiejsze hipermarkety.

Przebijał się ocet, bo inne artykuły nie były dostępne i widoczne na półce, a przecież istniały. Dziś w Internecie swoje miejsce znajdą i profesjonaliści i amatorzy, i utalentowani, i wielu „dla beki”…

…jak ostatnio imć Threatin.

Na przykład (śmiech). Tak, czy inaczej, w Internecie już nie kilka osób, a wszyscy oglądający są sędziami. Tu każdy ma taką samą szansę – czyli takie totalne „battle”. Jest to w pewnym sensie bardziej sprawiedliwe, bo to, czy zostaniesz doceniony zależy tylko i wyłącznie od tego, co zaprezentujesz. Ciężej jest tylko przez to, że jest bardzo dużo zespołów, muzyki, pojedynczych artystów i nawet jeżeli ktoś robi coś fajnego, to czasem brakuje mu tej siły przebicia, żeby zobaczyła go większa publika. Trzeba dużo pracy, a nie rzadko i eurowaluty, włożyć w promocję, co jednak nie wyklucza, że sama muzyka również musi mieć w sobie to „coś”. Ludzie, którzy ją tworzą zresztą też.

À propos ludzi tworzących muzykę – poinformowaliście niedawno o rozstaniu z Waszym wokalistą, Marcinem Pawlikiem. Rzucicie trochę światła na przyczyny?

Decyzje życiowe Szanownego Wokalisty. W każdym razie nic osobistego. Rozstaliśmy się w jak najbardziej przyjacielskich warunkach. Najlepiej jednak, gdyby on sam się wypowiedział, niestety nie mamy takich kompetencji.

Jasne. A jak już wchodzę z buciorami w Wasze życie prywatne – co robicie w życiu oprócz gry w Down to the Heaven?

Praca, rodzina, znajomi, weekendowy browar. Znajdzie się u nas architekt, programista, lekarz… Jak to w życiu bywa, dużo czasu pochłania praca. Pomiędzy nią oraz graniem każdy łapie chwilę, żeby się trochę wyluzować.

No to przyjmijmy, że macie tę chwilę luzu i Waszym zadaniem jest zredagowanie encyklopedycznego artykułu o zespole. Jakby on brzmiał?

Jedyny zespół na świecie, który tak się nazywa i jednocześnie jest z Bielska-Białej (śmiech). A bardziej precyzyjnie to: hybryda metalu / industrialu / elektroniki / melodyjności i eksperymentów. Generalna ucieczka od standardów klasycznego metalu.

Nie ma chyba jednego słowa, które by określiło nasze granie.

Rammstein wymyślili sobie tanzmetal, więc może ktoś wymyśli Wam jakąś zgrabną „łatkę”. Może jakiś konkurs? (śmiech)

Tak! Jeśli by ktoś spreparował jakiś neologizm, to niech do nas pisze. To nam też pomoże, a ta osoba być może otrzyma jakiś zespołowy gift. Pewnie konsekwencją tego w przyszłości będzie „ucieczka” od łatki, ale mamy dużo giftów (śmiech)

Załóżmy, że przeprowadzacie wywiad z Down to the Heaven, o co byście sami siebie zapytali?

Czy nie za mało mamy breakDOWNów?

No właśnie! Czy przypadkiem nie za mało u Was breakdownów? (śmiech)

Jeśli tylko jest zapotrzebowanie na więcej, to nie ma najmniejszego problemu! (śmiech)

Planujecie ciąg dalszy „[ level – 1 ]”. Jakie, ponadto, macie plany na przyszłość bliższą i dalszą?

Skupić się na nowym materiale, który według nas bardziej precyzyjnie pokaże, co nam siedzi w głowach. A także, jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, startujemy z dużo większą ilością koncertów. Na pewno będzie się też trochę działo w Internecie.

Uchylicie rąbka tajemnicy? Gdzie i kiedy będzie Was można zobaczyć?

Na ten czas jest to płynne jak Johnny Walker. Ale wszystkie realne terminy i eventy zdradzać będzie na bieżąco nasz fanpage. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, to od nowego roku zaczniemy zwiedzać wspólnie nasze rodzime ziemie i ziemianki.

Na koniec standardowe pytanie o Wasze marzenia, życzenia…

Naszym największym marzeniem jest zrealizowanie naszych wszystkich muzycznych pomysłów. No i oczywiście, czego dodawać chyba nie musimy – być częstym gościem MetalNews.pl

Czego Wam oczywiście życzę. Dzięki za rozmowę.

Kłaniamy się po same rzemyki w sandałach.

Fot. Materiały promocyjne

Podobne artykuły

Wywiad: Varg Vikernes (Burzum)

Tomasz Koza

Mario Duplantier o występie na Pol’and’Rock: “Czujemy się naprawdę zaszczyceni”

Dominika Kudła

Wywiad: Alex Skolnick (Testament)

Albert Markowicz

Interview: Ross Dolan (Immolation)

Michał Bentyn

Wywiad: Noctem

Tomasz Koza

Ozzy: „Mam jakieś siedem kawałków na nową płytę”

Agata Laszuk

Zostaw komentarz