Strona główna » Wysoko zawieszona poprzeczka – relacja z Prog in Park III, Warszawa 12-13 lipca
RELACJE

Wysoko zawieszona poprzeczka – relacja z Prog in Park III, Warszawa 12-13 lipca

Działalność Knock Out Productions budzi mój coraz większy podziw. W ciągu mniej niż miesiąca agencji udało się zorganizować dwie duże, trudne logistycznie, ale jednocześnie niezwykle udane imprezy metalowe. Prog in Park, którego trzecią edycję zorganizowano 12 i 13 lipca w Warszawie był na pewno wydarzeniem mniej doniosłym niż Mystic Festival 2019, ale na Letniej Scenie klubu Progresja wystąpiły wielkie gwiazdy progresywnego grania z Dream Theater, Opeth, Fishem czy Hakenem na czele.

Pierwsza edycja festiwalu została zorganizowana w amfiteatrze w Parku Sowińskiego w stolicy – stąd też nazwa Prog in Park

Miejsce to jest bardzo klimatyczne, a okolica piękna. Druga edycja również miała pierwotnie zostać zorganizowana w amfiteatrze, ale z powodu odwołania w ostatniej chwili występu największej gwiazdy – Sons of Apollo – imprezę przeniesiono do klubu Progresja. W tym roku również Progresja udostępniła swoje przestrzenie na organizację Prog in Park, ale nie wnętrze klubu, a tak zwaną Letnią Scenę, czyli tereny za klubem, które na co dzień pełnią funkcję… parkingu.

Piszę o tym dlatego, że miejsce to budzi moje mieszane uczucia. Z jednej strony impreza bardzo zyskała dzięki temu, że odbyła się pod gołym niebem. Pogoda niemal przez dwa dni dopisywała (drugiego dnia chwilę popadało), brzmienie pod chmurką też jest zazwyczaj lepsze niż w klubie, dodatkowo przestrzeń festiwalową zaaranżowano w naprawdę przemyślany sposób.

Można było usiąść i napić się piwa, zjeść dobre rzeczy z food trucków, zadbano też o odpowiednią liczbę toalet oraz możliwość umycia rąk. Cały teren był też obsługiwany przez naprawdę pokaźną grupę porządkowych. To trzeba docenić.

Niemniej ponury wieżowiec, który wyrastał tuż obok sceny i dość wąska przestrzeń pod sceną mogły trochę dokuczać. Absolutnie nie miało to wpływu na odbiór całej imprezy, ale z całą pewnością klimat byłby lepszy we wspomnianym już wcześniej amfiteatrze. Może warto wrócić do tego miejsca?

Ok, dość tych wtrętów geograficzno-logistycznych – czas przejść do muzyki

Tutaj zastrzeżeń nie mam praktycznie żadnych. Line-up skrojony był naprawdę w ciekawy sposób, każdy z artystów bez wątpienia grał muzykę progresywną, ale zdecydowanie na swój własny sposób. Taka różnorodność sprawiała, że o nudzie nie mogło być mowy, a nawet, gdy któryś z artystów podpasował trochę mnie, można było w tym czasie pójść coś zjeść czy wypić – zwłaszcza, że teren festiwalu można było swobodnie opuszczać, a później wracać.

Prog In Park III – przegląd zespołów pierwszego dnia festiwalu

Gwiazdą pierwszego dnia Prog in Park III był szwedzki Opeth

Zasadność umieszczenia tego bandu jako headlinera festiwalu nie powinna budzić żadnych wątpliwości. Zespół zaprezentował przekrojową setlistę, na którą składały się utwory z aż 9 albumów studyjnych.

Mikael Åkerfeldt między numerami uprawiał całkiem niezłą konferansjerkę, żartował, opowiadał anegdoty, komplementował innych artystów festiwalowych. Trochę też droczył się z publicznością, bo zapytał, czy chcieliby usłyszeć nowy numer (kawałek „Heart in Hand” miał premierę w dniu koncertu), ale ostatecznie powiedział, że na pewno by go schrzanili, więc fani musieli zadowolić się starszym repertuarem.

Brzmienie było świetne bardzo selektywne, ale to można powiedzieć o niemal każdym występie na Prog in Park III (o wyjątku od tej reguły w dalszej części tekstu).

Przed Szwedami na scenie zaprezentował się Fish, były wokalista Marillion

Występował on w tym zespole w okresie jego największych sukcesów. Pomimo tego, że artysta najbardziej stylistycznie odstawał od całego line-upu, jego występ został niezwykle ciepło przyjęty.

Powody były dwa – po pierwsze zarówno Fish, jak i Marillion mają w Polsce grupę naprawdę wiernych fanów i widać było, że niektórzy słuchacze przyszli na festiwal specjalnie dla niego.

Po drugie jego występ był pokazem prawdziwe scenicznej klasy – nie było krzty gwiazdorstwa, a jedynie luz, spokój i dobra zabawa. Zaproszenie takiego artysty początkowo uważałem za dość ryzykowne, ale pomysł okazał się niezwykle trafiony.

Brytyjski Tesseract w swojej setliście skupił się na promowaniu najnowszej płyty, czyli wydanego w 2018 roku albumu „Sonder”

Widać było, że zespół dorobił się już pokaźnej grupy fanów w Polsce – osób w koszulkach z logo kapeli, a także bawiących się pod sceną było naprawdę sporo. Sam występ był bardzo energetyczny, a wokalista Daniel Tompkins nie miał problemów z nawiązaniem relacji z widownią.

Line-up pierwszego dnia festiwalu otwierały występy zespołów Sermon oraz Alcest. Niestety z przyczyn logistycznych, nie udało mi się ich zobaczyć.

Od samego początku drugiego dnia festiwalu widać było, że frekwencja wyraźnie wzrosła i to pomimo tego, że jednodniowe bilety były na drugi dzień droższe o kilkadziesiąt złotych. Dwudniowy karnet kosztował 400 zł.

Wyższa frekwencja była spowodowana po pierwsze dlatego, że była to sobota, po drugie – co zapewne bardziej istotne – jako gwiazda wieczoru miała wystąpić prawdziwa legenda progresywnego grania, czyli Dream Theater. Od omówienia występu Amerykanów zacznę.

Prog In Park III – przegląd zespołów drugiego dnia festiwalu

Dość długo przed koncertem wiedziałem, że ten będzie dla mnie rozczarowaniem

Wszystko dlatego, że Dream Theater obok promowania nowej płyty (wydanej na początku 2019 roku „Distance Over Time”) wspomina też wydany 20 lat wcześniej album „Metropolis pt. 2: Scenes From Memory. Robi to na swój sposób, czyli odgrywa cały na żywo. Niestety tylko na własnych koncertach, a nie festiwalach. W związku z tym na setlistę złożyło się „tylko” 11 numerów, w tym aż cztery z nowego albumu. Ze wspomnianego „Metropolis pt. 2” odegrano tylko jeden, za to wybitny, czyli instrumentalny „The Dance of Eternity”.

Muzycznie Dream Theater to perfekcja i swoboda wykonania oraz umiejętność absolutnego odtworzenia każdego dźwięku z albumów studyjnych. Z wyjątkiem Jamesa LaBrie. Niestety wokalista coraz bardziej odstaje od swoich kolegów pod względem wykonawstwa. Na Prog in Park nie zaliczył być może żadnej spektakularnej wpadki (a takie mu się zdarzają), ale trudno uznać, żeby jego wokal pasował do mistrzowskiej biegłości w obsłudze instrumentów pozostałych członków zespołu.

Dream Theater zabrzmiał natomiast potężnie, ale czysto i selektywnie. Zresztą drugiego dnia ogólnie było dużo głośniej niż pierwszego.

Dużo bluesowego luzu na scenie zaprezentował Richie Kotzen

Utwory wirtuoza gitary być może nie są progresywne w całym tego słowa znaczeniu, ale jego umiejętność operowania gitarą to z bez wątpienia wyższa szkoła jazdy. Zresztą cały trzyosobowy zespół nieźle rozkręci imprezę pod sceną. Była to kolejny dość ryzykowny, ale w ostatecznym rozrachunku bardzo dobry wybór organizatorów.

Wcześniej tłum pod sceną zgromadził angielski Haken

Licznie zgromadzonym słuchaczom nie przeszkadzał nawet dość mocny deszcz, który był dodatkową „atrakcją” w trakcie koncertu. Połowę repertuaru stanowiły utwory z ostatniego krążka „Vector” z 2018 roku. Największe wrażenie zrobił jednak „Cockroach King” z płyty „The Mountain”, który budzi chyba słuszne skojarzenia z „Bohemian Rhapsody” znanego skądinąd zespołu.

Bardzo ciekaw byłem występu zespołu Soen na Prog in Park III

W mojej ocenie ich ostatnia płyta, czyli „Lotus” z początku 2019 roku jest zdecydowanie najlepsza w dorobku, a sam band powinien dzięki niej wskoczyć na wyższy poziom popularności. Tak też się stało – wnioskuję po liczbie fanów zgromadzonych pod sceną i odbiorze samej muzyki.

Cieniem na występie Soen położyły się problemy z dźwiękiem. Najpierw wokal był za cicho w stosunku do zespołu, później przesadzono z basem. Gdy ten wpadał w rezonans, flaki wywracały się na drugą stronę. Ogólnie jednak był to dobrze przyjęty występ, a osoby wciąż spragnione muzyki Soen mogą wybrać się na dwa koncerty zespołu, które zaplanowano we wrześniu w Krakowie i w Warszawie.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął jedyny przedstawiciel polskiej szkoły progresywnego grania, czyli Bright Ophidia

Krótki, bo zaledwie 35-minutowy, ale bardzo intensywny set dobrze rozgrzał publiczność. Z całą pewnością taka petarda na sam początek festu była strzałem w dziesiątkę!

Bright Ophidia na Prog in Park

Jak wspominałem już na początku, sama impreza była niezwykle udana. Świetny line-up, mimo wszystko nie najgorsza lokalizacja, wybór jedzenia, festiwalowy merch w przystępnej cenie – to wszystko na wielki plus. Najtrafniej całą imprezę podsumował chyba Mikael Åkerfeldt, który stwierdził, że to festiwal dla ludzi, którym faktycznie zależy na muzyce. W pełni się z tym zgadzam i już przebieram nogami na Prog in Park IV. Poprzeczka zawieszona jest naprawdę wysoko.

Fot. Szymon Grzybowski; MetalNews.pl

Podobne artykuły

Relacja: Swedish Empire Tour: Sabaton, Eluveitie oraz Wisdom, Kraków 03.03.2013

Tomasz Koza

Relacja: Slayer, Lamb of God, Anthrax, Obituary – Łódź, 27.11.2018

Szymon Grzybowski

Relacja: Ghost, All Them Witches, Tribulation – Katowice, Spodek 30.11.2019

Szymon Grzybowski

Relacja – Max & Igor Cavalera, Warszawa 20 listopada 2019

Szymon Grzybowski

Relacja: Metalmania 2017, Katowice – 22.04.2017

Michał Bentyn

Relacja: Kylesa, Lazer/Wulf – Gdańsk, 08.07.2014

Tomasz Koza

Zostaw komentarz