Image default
SPECJALNE

Starzy wyjadacze rozczarowują, nowe nazwy zaskakują – metalowe podsumowanie 2018r.

SZYMON

Jeśli ktoś myśli, że tworzenie takich zestawień jest proste łatwe i przyjemne – grubo się myli. To trud, znój i krwawica. Wyróżniających się płyt było tak wiele, że wybranie akurat trzech (i tak trochę to rozszerzyłem) było trudne niczym wskazanie najlepszego skoku Adama Małysza! Z rozczarowaniami nie było łatwiej, bo jeśli płyta mi się nie podobała, po prostu jej nie słuchałem – nie jestem masochistą. Wybrałem więc te, które miałem przyjemność, a właściwie nieprzyjemność poznać bliżej.

Trzy najlepsze płyty 2018 roku

1. Judas Priest – Firepower

Tego wyróżnienia w żadnym wypadku nie należy traktować jako lauru „za zasługi” lub „za całokształt twórczości”. “Firepower” to krążek pełen energii, zadziorności i najwyższej próby szlachetnego metalu. Trudno znaleźć na nim słabe momenty. Dodatkowo odnoszę wrażenie, że Judasom udało się fantastycznie wyważyć potrzeby starych fanów i wymogi, które stawia się przed nowoczesnym ciężkim graniem. Album świetnie brzmi, a polotu, fantastycznych riffów i energii muzykom Judas Priest mogą zazdrościć młode kapele i muzycy, którzy mogliby być… wnukami Halforda i spółki. To najprawdopodobniej ostatni album brytyjskiej legendy – trudno wyobrazić sobie lepsze pożegnanie.

Okładka płyty Judas Priest - Firepower

2. Ghost – Prequelle

Kiedy myślałem o tym, które albumy umieścić w tym zestawieniu, Ghost nie był dla mnie faworytem. Dopiero roczne podsumowanie muzyki, której słuchałem na Spotify, otworzyło mi oczy. Okazało się, że Ghost był najchętniej słuchanym przeze mnie artystą, a w top 3 utworów aż dwa pochodziły z albumu “Prequelle”. Byłem tego zupełnie nieświadomy, ale oczywistym dla mnie stało się, że wśród najlepszych krążków metalowych 2018 muszę umieścić najnowsze dzieło Ghost.

Już słyszę to stękanie, że to nie metal, że to pop i komercha. Owszem, Ghost trudno jednoznacznie skategoryzować, ale akurat to największa zaleta. Żadna kapela nie potrafi tak połączyć w swojej twórczości riffów niczym Black Sabbath z przebojowością spod szyldu Michaela Jacksona. Ghost robi to bez najmniejszego wysiłku.

Ghost - Prequelle album

3. Behemoth – I Loved You At Your Darkest

Ktoś pod moją recenzją najnowszej płyty Behemotha napisał komentarz „Recenzenta chyba poniosło!”. Krążkowi dałem bowiem aż 9,5/10. Z perspektywy czasu i naprawdę gruntownym osłuchaniu się z albumem uznaję, że faktycznie mnie poniosło i dziś dałbym raczej oczko mniej.

“I Loved You At Your Darkerst” jest mniej złożony i wielowarstwowy niż się początkowo wydaje. Nie jest też raczej lepsze od „The Satanist”. Niemniej jednak wciąż nie mam wątpliwości, że to kawał świetnego metalu, a Behemoth coraz dalej odchodząc od swoich muzycznych źródeł, serwuje nam muzykę intrygującą, wciągającą i oryginalną.

„I Loved You At Your Darkest”

Wiem, że miały być tylko trzy najlepsze, ale muszę jednak dodać – już bez komentarza – trzy krążki z 2018 roku, które uważam za zdecydowanie warte odsłuchania:

  • Clutch – Book of Bad Decisions
  • Sleep – The Sciences
  • Final Breath – Of Death And Sin

Trzy największe rozczarowania 2018 roku

1. Machine Head – Catharsis

Każdego roku wydawanych jest mnóstwo słabych płyt, które właściwie przechodzą bez echa i nikt się za bardzo nimi nie interesuje. Jednak “Catharsis” to krążek uznanej kapeli i bez wielkiej przesady można chyba powiedzieć, że gwiazdy metalu. Tym większe jest więc rozczarowanie.

Już pierwsze single zdradzały, że będziemy mieli do czynienia z czymś trudnym do przełknięcia. Rzeczywistość okazała się minimalnie lepsza niż oczekiwania – płyta nie jest totalnym nieporozumieniem, ale wiele jej do takiego miana nie brakuje.

“Catharsis” jest porażką wielowymiarową. Kawałki łagodniejsze są mdłe i nijakie, a tym ostrzejszym brak charakterystycznej przebojowości, z której kapela słynęła. Żeby jednak nie być totalnie krytycznym, zaznaczam, że są na płycie utwory, które się bronią. Do „Heavy Lies the Crown” czy „Hope Begetes Hope” od czasu do czasu wracam.

Machine Head - Catharsis

2. Five Finger Death Punch – And Justice For None

Nigdy do końca nie rozumiałem fenomenu tego zespołu, ale doceniałem, że muzycy potrafią wstrzelić się z tematem utworów idealnie w amerykańskiego odbiorcę, co zapewniło im wielką popularność. Dodatkowo mieli rękę do pisania zgrabnych przebojowych kawałków z odpowiednią dozą ciężaru, patosu i melodii.

“And Justice For None” to dla mnie jednak autoplagiat, a może nawet autoparodia. Zespół dosłownie dławi się własnym ogonem. Five Finger Death Punch poszło w rzewne ballady, które w ustach Ivana Moody’ego brzmią groteskowo. Gdy grają ciężej, jest znośnie, ale to wciąż nie poziom zespołu z – teoretycznie – najwyższej półki.

Five Finger Death Punch And Justice for None

3. Ministry – Amerikkkant

Jeśli ten album ma być głośnym głosem przeciwko Donaldowi Trumpowi, jego prawicowej polityce i obecnemu establishmentowi, amerykański prezydent może sobie parsknąć pod nosem i nie zawracać głowy Alem Jourgensenem. Nie chcę wchodzić w politykę, być może przekaz “Amerikkkant” jest słuszny, ale forma, w której został zaserwowany ten album, jest ciężkostrawna i męcząca.

Utworom na krążku brakuje mocy i polotu. Kiedy tego słuchałem, odnosiłem wrażenie, że nie są to przemyślane utwory, a jedynie pomysły na kawałki, pod które podłożono fragmenty wystąpień polityków i programów telewizyjnych. Jeśli już pojawi się jakiś ciekawszy element, riff lub melodia, są tak eksploatowane, że zaczynają męczyć. Całość – tak przynajmniej sądzę – miała wprowadzać w trans, a może nawet hipnotyzować. Mnie usypiała. Szybko i skutecznie.

Ministry - AmeriKKKant

Paweł

Takie zestawienia nigdy nie są łatwe. Gdy będziecie czytać poniższy tekst, z pewnością nie jedno z Was będzie się zastanawiać, dlaczego akurat te płyty, a nie inne. Będziecie z pewnością pisać w komentarzach, dlaczego nie ma, dajmy na to, „Lawy” In Twilight’s Embrace, nowego krążka Kriegsmaschine, czy Alice In Chains. Ktoś z Was być może napisze: „Czemu w rozczarowaniach nie ma nowego Deicide, przecież to cienkie, jak moja wypłata”. Ano dlatego, że coś trzeba było wybrać. W takich zestawieniach zawsze jakąś dobrą płytę się pominie, zawsze umknie jakieś rozczarowanie.

Przyglądając się tegorocznym wydawnictwom zwróciłem uwagę na pewną prawidłowość. Otóż największe wrażenie zrobiły na mnie płyty młodych zespołów. Być może dlatego, że młodzi wchodzą w rynek bez obciążeń, bez bagażu starszych, na ogół lepszych płyt, do których nieuchronnie porównuje się nowe dokonania doświadczonych zespołów. Zatem klucz, jakim posługiwałem się wybierając hity i kity roku 2018, mogę podsumować jednym zdaniem: starzy wyjadacze rozczarowują, nowe nazwy zaskakują.

NIE

Cechę wspólną płyt, które wybrałem, jako największe rozczarowania 2018r., mógłbym opisać, jako „Klękajcie Narody, Bo Oto Nadchodzi…” i w drugiej części zdania wstawić kolejno: „Wielki Powrót Po Ośmiu Latach”, „Wybitne Arcydzieło Po Poprzednim Wybitnym Arcydziele”, „Opus Magnum, Które Tworzyłem 15 Lat”. Niestety, im mocniej dmuchamy balon, z tym większym hukiem strzeli.

1. Dimmu Borgir – Eonian

Gdyby ktoś powiedział mi, że „Eonian” to nowa płyta Nightwisha to nie miałbym powodów, by podejrzewać, że jest inaczej. Melodyjne, łatwe, radiowe piosenki (słowa „utwory” nie używam tu celowo), z których Holopainen i spółka pewnie byli by dumni. I nie chodzi o to, że mam coś do Nightwisha, płyty z Tarją za mikrofonem bardzo lubię. Po prostu nie takiego grania oczekuję od zespołu, który ma na swoim koncie „Enthrone Darkness Triumphant” czy „Puritanical Euphoric Misanthropia”.

Gdy do kompletu dodam bezgranicznie kiczowate teledyski (ten neonowy pentagram!), w których brakło tylko panienek w lateksie i z plastikowymi kłami oraz fakt, że na płytę czekałem osiem lat, wychodzi jedno z większych rozczarowań tego roku. Podchodziłem do płyty kilkakrotnie, również z nastawieniem, że może to całkiem niezły krążek nagrany przez niewłaściwy zespół (vide „depeszowy” „Host”). Ale nie, to po prostu słaba płyta.

Dimmu Borgir Eonian nowa płyta 2018

2. Behemoth – I Loved You At Your Darkest

Nie potrafię pozbyć się wrażenia, że brakło w zespole spójnej wizji tego, jak ta płyta miałaby wyglądać. W efekcie panowie poupychali w utworach chyba każdy pomysł, jaki im tylko przyszedł do głowy i wyszedł stylistyczny misz-masz. Niestety pozbawiony tej ogromnej swobody, którą mają płyty Diablo Swing Orchestra czy niepowtarzalnego klimatu krążków System Of A Down.

Tej zabawy konwencją, przymrużenia oka i odwagi, by wyjść śmielej poza schemat. Na „ILYAYD” wszystko jest cholernie poważne i nadęte, a przez to ciężko strawne. To pierwsza płyta zespołu, której nie dałem rady przesłuchać na raz w całości. Z nudów. Płyta nie wciąga i nie intryguje. Jest prosta i chwilami wręcz toporna. A cała ta antykościelna otoczka, marketingowa nagonka, wystawy, zdjęcia, cuda na kiju to niestety wybitny przerost rozbuchanej formy nad przeciętną treścią. Treścią, która w założeniu miała być zapewne eklektyczna i niewymuszona, a wyszła przekombinowana i nijaka. Mój zwycięzca w kategorii „Rozczarowanie Roku”.

„I Loved You At Your Darkest”

3. Therion – Beloved Antichirst

Pisałem, że „I Loved You At Your Darkest” to przerost formy nad treścią. Co w takim razie powiedzieć o trwającej 3 godziny, rozwleczonej ponad wszelką miarę „rock”-operze? Cudzysłów użyty celowo, bo za mało w Umiłowanym Antychryście rocka (o metalu nawet nie wspomnę), by album nazwać rockowym.

Aż dziw, że ukazał się pod szyldem Therion i w barwach Nuclear Blast. A opera? No cóż, Christofer Johnsson udowodnił, że niestety nie każdy jest drugim Wagnerem, a sam fakt, że ktoś MOŻE skomponować operę, jeszcze nie oznacza, że POWINIEN.

Sam Johnsson mówił o płycie: „15 lat temu zacząłem pisać operę i utknąłem. Potrafię komponować chwytliwe partie, ale nie te ‘nudne’, służące do zapełnienia opery”. No cóż, skoro sam twórca uważa, że opera powinna składać się z nudnych wypełniaczy, to całe przedsięwzięcie po prostu nie miało prawa się udać. Płyta nudzi po pierwszej godzinie i nie ma siły, która zmusiłaby mnie do słuchania ciągu dalszego.

Therion - Beloved Antichrist album

TAK

Na wstępie pisałem, że nowe nazwy zaskakują. W 2018r. ukazało się tak dużo dobrych płyt młodych zespołów, że miałem spory problem z wyborem swoich faworytów. Zdecydowały statystyki, wybrałem trzy płyty, do których najczęściej wracam.

1. Down to the Heaven – [ level – 1 ]

Bardzo mocny debiut. Płyta wciąga od pierwszych dźwięków, by po 35 minutach zostawić słuchacza z niemym pytaniem „to już?”. Muzyka na „[ level – 1 ]” to nowoczesny metal łączący djent i metalcore z elektroniką.

Całość płyty jest niezwykle dojrzała i zróżnicowana, a aranżacje są nowoczesne i złożone. Zespół potrafi zagrać niesamowicie brutalnie („Catharsis”), lirycznie („No Vision”), orientalnie (mój faworyt „Unbroken”), a wszechobecna, ale nienachalna elektronika dodaje muzyce Down to the Heaven dodatkowego smaczku.

Całość zaskakuje spójnością i przede wszystkim jest cholernie chwytliwa. Aż się nie chce wierzyć, że materiał na płytę został zarejestrowany w domowych zaciszach muzyków i nie stoi za nim legion mistrzów kręcenia kneflami. Pisałem w recenzji, powtórzę ponownie- takiego materiału na debiucie życzę każdemu zespołowi. I czekam na ciąg dalszy.

2. Zeal & Ardor – Stranger Fruit

Okazuje się, że z internetowego żartu może powstać coś wyjątkowego. Manuel Gagneux w swoim projekcie połączył dwie skrajności: bluźnierczy black metal i religijne pieśni czarnoskórych niewolników. Efekt? Bardzo dopracowana i oryginalna płyta. Niepokojąca, brutalna, mroczna, przytłaczająca. Pełna transowych inkantacji, bluesa, dusząca zgnilizną mokradeł gdzieś w Luizjanie. Brzęcząca niewolniczymi kajdanami i przesiąknięta Złem do szpiku kości.

Próżno szukać na „Stranger Fruit” odpustowego Diobła z pentagramem na czole. Próżno szukać wymalowanych na czarno-biało twarzy muzyków, czy poodwracanych krucyfiksów. Zło na „Stranger Fruit” jest brudne, parszywe i przyziemne. Broczy krwią niewolników i świszczy batem nadzorcy. Śmierdzi strachem i nienawiścią. To Zło, jakie jeden człowiek jest w stanie wyrządzić drugiemu. Bardzo mocna i wymowna płyta.

Zeal and Ardor - Stanger Fruit, 2018

3. Gorycz – Piach

Co prawda muzycy kryjący się za szyldem Gorycz to nie debiutanci, ale sam zespół jest tworem nowym, a „Piach” to jego pierwsza płyta. Za surową, oszczędną okładką kryje się jedna z najlepszych płyt tego roku.

O „Piachu” pisałem w recenzji, że to nie jest łatwa, ani ładna płyta. Że nie wpada w ucho „od pierwszego wejrzenia”. Ale jeżeli poświęcić jej więcej uwagi, to odwdzięczy się intrygującymi tekstami i niezwykłym, niepokojącym klimatem. I, choć nie każdemu przypadnie do gustu, to nie sposób przejść obok niej obojętnie.

Minęło już trochę czasu od premiery, a moje zdanie na temat „Piachu” nie zmieniło się ani trochę. To płyta, która swoją prostotą i swoistą monotonią udowadnia, że czasami mniej znaczy więcej. Że nie ma potrzeby upychać na siłę stu tysięcy pomysłów w każdy utwór. Że z prostoty również może płynąć siła. Mój faworyt do Płyty Roku.

Gorycz - "Piach", 2018

Podobne artykuły

2016 rokiem metalu – podsumowanie

Albert Markowicz

„I tried so hard, and got so far…” – pierwsza rocznica śmierci Chestera Benningtona

Szymon Grzybowski

Łabędzi śpiew glam metalu – 30. rocznica debiutu Skid Row

Szymon Grzybowski

4 komentarze

Paweł 24 grudnia 2018 at 14:03

Nie wiem dlaczego dużo osób recenzując płyty tak bardzo oczekuje nawiązania do tego co było… przecież jakby zespół grał cały czas tak jak to było wczesniej to byłby określony jako niepostępowy, zastany, bez tego czegoś nowego itd itd… Chyba staje po prostu w obronie płyt Dimmu i Behemotha. Nie wydaje mi się, żeby plyty były rozczarowaniem i chciałbym, żeby wiele innych kapel nagrało choć jedną tak dobrą płytę. No ale jak sie ma oczko w glowie w postacj jakiejś jednej jedynej, czy też dwóch płyt, które są wzorami to ciężko być bardziej obiektywnym. A moim zdaniem i pewnie wielu osób fajne jest to, że ich brzmienie się zmienia i nie jest takie samo za każdym razem.
Niekiedy fajnie jest spojrzeć na świeżo, bez porównywania do tego co było… i albo wchodzi, albo nie, i wtedy uznał bym to za bardziej obiektywne niż porównywanie do płyt sprzed kilkunastu lat.
Natomiast co do teledysków Dimmu zgadzam się w 100% 😉
Pozdrawiam

Odpowiedz
bart 25 grudnia 2018 at 00:21

autora grubo poniosło z rozczarowaniem roku. No ale cóż… można odbić piłeczkę w drugą stronę – to już nie ten MN co kiedyś.

Odpowiedz
Tomasz Koza 25 grudnia 2018 at 10:45

Dzięki za komentarz. Byłoby miło, gdybyś przynajmniej sprecyzował, którego autora masz na myśli.

Odpowiedz
Khargh 30 grudnia 2018 at 08:54

Najwieksze rozczarowanie 2018 to Kerry King,kłam o koncu kariery zeby wypelnic koncerty za wartosc biletu siegajaca sufitu,to teraz sie nie dziwie ze Jeff tak pił,wytrzymac z ta cholera z kolorowym plastikowym kubkiem musialo byc ciezko,de dno.

Odpowiedz

Zostaw komentarz