Metalowe i rockowe podsumowanie 2019 roku
Strona główna » Metalowe i rockowe podsumowanie 2019 roku
SPECJALNE

Metalowe i rockowe podsumowanie 2019 roku

Wstęp Pawła

Tegoroczne podsumowanie stało się dla mnie twardym orzechem do zgryzienia. O ile nie miałem problemu z wyborem największych rozczarowań, o tyle najlepsze płyty, jakie poznałem w 2019r. albo nie są płytami metalowymi (Flook “Ancora”, Tinariwen “Amadjar”), albo ukazały się w 2018r. (Cereus “Dystonia”, Frontal Cortex “Passage”).

Dlatego też długo zastanawiałem się, które płyty powinienem wybrać, jako te najlepsze. Miałem nadzieję, że premiery zapowiedziane na końcówkę roku nieco ułatwią mi wybór. Niestety nic z tego. Lindemann vol. 2 mnie nie ruszył, nowy krążek Opeth wyszedł dość zachowawczo i nie zapadł mi szczególnie w pamięć. “Daemon” Mayhem jest owszem równym albumem, ale “równość” to trochę za mało, by płyta wyróżniała się na tle mnóstwa innych.

W dodatku jedna z płyt, jakie ukazały się w ostatnim kwartale roku, trafiła na moją listę najgorszych tegorocznych “dzieł”. Niby zawsze to jakaś pociecha, ale tak, jak zaznaczyłem wcześniej, z wyborem tych słabych albumów nie miałem większych problemów.

Gdy zacząłem wybierać płyty do listy tych najlepszych, okazało się, że w tym roku najwyżej oceniam te zespoły, które przygotowały najbardziej nieprzystępne i trudne albumy.

Najlepsze płyty w 2019 roku wg Pawła

Borknagar “True North”

Skłamałbym pisząc, że jestem wielkim fanem tej grupy. Nie jest również prawdą, że na nowy album Norwegów z Borknagar czekałem z wypiekami na twarzy. Ot, przyjąłem do wiadomości, że płyta ukazała się i włączyłem bez szczególnych oczekiwań. “True North” – jedenasty album w dorobku zespołu, okazał się jedną z najciekawszych płyt, jakich słuchałem w 2019r.

Progresywny black metal – taką łatkę przypina zespołowi artykuł na Wikipedii. Moim zdaniem jest to duże uproszczenie. Zaskoczyła mnie eklektyczność materiału, jaki trafił na najnowszą płytę Borknagar. Podstawą kompozycji jest co prawda podniosły black/viking metal, ale muzyka zespołu bardzo szybko zaczyna meandrować w zaskakujących kierunkach.

Na „True North” słychać dużo wpływów klasycznego rocka, są także elementy folkowe i bardziej wyciszone, wręcz balladowe („Wild Father’s Heart”). Można zarzucić albumowi, że jest na nim zbyt mało metalu. To fakt, płyta jest o tyle trudna w odbiorze, że dla bardziej ortodoksyjnego fana metalu będzie z pewnością zbyt mało metalowa. Jednak ja tę swobodę w przekraczaniu granic stylistycznych odbieram, jako największą zaletę „True North”.

Okładka płyty True North zespołu Borknagar
Borknagar – True North, 2019

Mgła “Age of Excuse”

Na temat tej płyty powiedziano już chyba wszystko. Nie sposób zliczyć wszystkie pochlebne recenzje, jakie co rusz pojawiają się w mediach. A pozytywne komentarze dotyczą każdego elementu płyty, zaczynając od okładki przygotowanej przez Zbigniewa M. Bielaka, poprzez świetne riffy, równie świetną pracę perkusji oraz teksty i wokale, a na zimnym i nieprzyjaznym klimacie kończąc.

Ja zapewne nic nowego do dyskusji o płycie black metalowego zespołu Mgła pt. „Age Of Excuse” nie wniosę. A i nie uważam, by to było konieczne. Mogę jedynie podpisać się pod tymi wszystkimi komentarzami chwalącymi najnowszy album Mgły.

“Age Of Excuse” to płyta równie surowa i ponura, co przyciągająca słuchacza swoim klimatem. Pozbawiona zapychaczy i dopracowana pod każdym względem. To płyta, którą można odkrywać wciąż i wciąż na nowo.

Okładka płyty Age of Excuse zespołu Mgła
Mgła – Age of Excuse, 2019

Blindead “Niewiosna”

Wydana wiosną 2019r. “Niewiosna” to najtrudniejsza w odbiorze płyta, jaką przyszło mi w tym roku recenzować. Odpychająca, męcząca, a jednocześnie intrygująca i niebanalna. W recenzji pisałem, że “Niewiosna” to płyta pozbawiona światła, ponura i wypełniona specyficzną, bardzo negatywną energią, a mimo to zachęcająca do tego, by poznać ją dokładniej. Podkreślałem, że dawno żaden album nie wzbudził we mnie tak skrajnych emocji.

Od tego czasu nic się nie zmieniło. “Niewiosnę” w dalszym ciągu odbieram, jako równie trudną, co intrygującą i wartą uwagi. Nadal jednego dnia mógłbym jej słuchać na okrągło, a drugiego wyłączam po trzech minutach. Mało dziś płyt, które tak bardzo angażują słuchacza, które wymagają takiego skupienia i uwagi. Mało dziś albumów, które potrafią obudzić tak skrajne emocje podczas słuchania i które są tak niejednoznaczne w odbiorze i ocenie. Pomimo tego, jak trudny w odbiorze jest ten krążek… hmm, chociaż nie, właśnie dlatego, że “Niewiosna” jest tak trudnym i wymagającym albumem, stawiam ją na pierwszym miejscu w kategorii “Płyta Roku”.

Blindead - Niewiosna, 2019
Blindead – Niewiosna, 2019

Do jakich płyt najczęściej wracam w tym roku?

  • Non Opus Dei “Głód”, bo to zespół, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu,
  • Hate “Auric Gates of Veles”, właściwie z tego samego powodu,
  • Black Smoke “Holy Reptilian Mother”, bo to odważna, dosadna płyta

Najgorsze płyty w 2019 roku wg Pawła

Być może wyjdę na malkontenta, ale tę część podsumowania mógłbym w tym roku pisać bez końca. 2019r. obfitował, moim zdaniem, w dość przeciętne lub wręcz słabe płyty. Wybrałem te, wobec których miałem największe oczekiwania. I, co za tym idzie, które mnie najmocniej rozczarowały.

Slayer “The Repentless Killogy (Live at the Forum in Inglewood, CA)”

Psychofanem Slayera nie byłem nigdy. Nie zmienia to faktu, że mam do tego zespołu ogromny szacunek i są płyty, do których regularnie wracam. Czy może być lepszego na podsumowanie wieloletniej kariery (nie bójmy się tego słowa – kultowego zespołu), niż album koncertowy? W tym przypadku lepszy byłby… brak albumu koncertowego.

Po odsłuchu koncertówki wieńczącej karierę Slayera powtórzę wyświechtane “trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny…”. Wiadomo, fani i tak kupią, trochę grosza wpadnie do kieszeni, ale patrząc przez pryzmat legendy zespołu, byłoby lepiej, gdyby ta płyta się nie ukazała. A powodów jest kilka.

Po pierwsze i przede wszystkim – brzmienie. Gdybym wrócił z koncertu i gdyby okazało się, że moje nagrane telefonem filmy brzmią, jak “The Repentless Killogy”, byłbym szczęśliwy. Zważywszy, że to oficjalne wydawnictwo doświadczonego zespołu, produkcję płyty określę mianem dziwacznej. Nadmiernie wyeksponowana, a jednocześnie bardzo miękka perkusja, gitary – nagrywane chyba zza ściany. A całość została odarta z wyrazu i energii.

Po drugie – forma zespołu. No cóż, gdy słucham, jak Araya ledwo rzęzi w trakcie koncertu, gdy czytam, że King do własnych kawałków podchodzi na żywo kilka razy, to myślę, że Slayer przeoczył moment, w którym powinien był dać sobie spokój. Że tych “ostatnich” koncertów zagrali przynajmniej o kilka za dużo.

Mi pozostaje cieszyć się, że zobaczyłem tę grupę na żywo jeszcze z Hannemanem i Lombardo w składzie, a “The Repentless Killogy” postaram się jak najszybciej wyprzeć z pamięci.

Okładka płyty The Repentless Killogy zespołu Slayer
Slayer – The Repentless Killogy, 2019

Batushka “Panichida”

“Schizma” w Batushce jest dzisiaj obiektem licznych kpin, a nazwisko Krysiuk nieustannie budzi skrajne emocje. Bardzo lubię debiutancki album Batushki, dlatego czekałem na drugą płytę, wydaną przez “jedyną słuszną Batushkę”, czyli Krzysztofa Drabikowskiego.

Dostałem album, który jest dość bezczelną kalką z krążka “Litourgiya”. Recenzując “Panichidę” pisałem, że płyta brzmi, jakby komuś spoza zespołu zależało na nagraniu płyty maksymalnie zbliżonej klimatem do “Litourgiyi”, ale gdzieś umknęły mu smaczki i subtelności, którymi był wypełniony debiut Batushki.

W międzyczasie wracałem kilkakrotnie do “Panichidy”, próbowałem przekonać się do albumu. Bez skutku. Z żalem podtrzymuję to, co napisałem w czerwcowej recenzji. Płytę uważam za wtórną i nieciekawą, nagraną na siłę i pozbawioną pomysłu. Już więcej do niej nie wrócę.

атюшка - "Панихида", 2019
атюшка – “Панихида”, 2019

Tool “Fear Inoculum”

Bodaj najbardziej wyczekiwana premiera 2019r. jest jednocześnie moim największym rozczarowaniem. W recenzji pisałem, że gdy pierwszy raz słuchałem “Fear Inoculum”, dość szybko zaświtała u mnie myśl, że Tool doszedł do ściany pod względem kompozytorskim.

Płyta brzmiała w moich uszach, jakbym słuchał zaledwie jednego, zapętlonego w nieskończoność utworu. Drażniła mnie i nadal mnie drażni powtarzalność motywów, obracanie w kółko kilku tych samych dźwięków. Gdy dziś wracam do “Fear Inoculum” nie umiem pozbyć się wrażenia, że muzyków Toola zgubiło przekonanie, że czegokolwiek by nie nagrali, to efekt będzie genialny.

Cóż, uważam, że nie jest. Albumowi daleko do genialności. Płyta jest monotonna, brakuje w niej zróżnicowania i pomysłu. Nie potrafię wyprzeć myśli, że “Fear Inoculum” nagrano tylko dlatego, że po tylu latach w końcu wypadało coś nagrać.

Do niezbyt ciekawego materiału dołożę brak zwykłego wydania “w plastiku” i absurdalną cenę za przekombinowane i udziwnione na siłę opakowanie. A rzeczą, której nie potrafię zrozumieć, jest umieszczenie w tym opakowaniu okrojonego albumu (pliki do pobrania to nie to samo, co kompletny album na nośniku fizycznym). Wychodzi największe tegoroczne rozczarowanie.

Okładka płyty Fear Inoculum
Tool – Fear Inoculum, 2019

Wśród moich rozczarowań 2019 A.D. znalazły się również:

  • Kat “Without Looking Back”, bo to po prostu nudna, pozbawiona charakteru i pomysłu płyta.
  • Jelonek “Classical Massacre”, bo po ośmiu latach wypadałoby postarać się bardziej, niż te 25 minut cudzych kawałków zaaranżowanych bez ładu i składu.

Wstęp Bartka

2019 rok to z jednej ciekawy i nieciekawy rozdział w historii muzyki. W metalu doszło do kilku ważnych premier, na które czekaliśmy od lat. Jednak często po wysłuchaniu nowych wydawnictw ulubieńców na twarzy pojawiał się grymas. Jednak zdarzyły się również te pozytywne zaskoczenia.

Zwłaszcza do gustu przypadły mi albumy polskich wykonawców, o których wcześniej nawet nie słyszałem. Muszę również przyznać, że nie musiałem się zastanawiać nad pierwszym miejscem w moim zestawieniu najlepszych płyt mijającego roku. Jeśli chodzi o najgorsze longplay’e, to moje opinie są z jednej strony bardzo popularne, a z drugiej dosyć zaskakujące (zwłaszcza niezaszczytne pierwsze miejsce).

W 2019 roku czekałem na wiele płyt. Wśród takich albumów znalazły się nowe krążki m.in. Slipknota, Rammsteina, Toola czy Devina Townsenda. Wychodziło różnie, ale niektórzy wykonawcy zdecydowanie potrafili wybrnąć z sytuacji i zaprezentować światu naprawdę interesujące, ale i wymagające dzieła.

Najlepsze płyty wg Bartka w 2019 roku

Slipknot „We Are Not Your Kind”

Muzycy z Iowa zostali moim zdecydowanym numerem jeden na tegorocznym zestawieniu. Grupa zachwyciła mnie już wcześniejszymi albumami, zwłaszcza moją ulubioną ich płytą pt. „Vol. 3: (The Subliminal Verses)”.

Przed wydaniem najnowszego wydawnictwa pojawił się singiel „All Out Life”, który ostatecznie na nim się nie znalazł. Wtedy poczułem, że Slipknot szykuje coś specjalnego, co poruszy moje metalowe zmysły. Amerykański zespół zaspokoił moje potrzeby i wydał płytę, która oszołomiła moje gusta muzyczne.

Grupa z Iowa zmienia wielokrotnie tempo na „We Are Not Your Kind”, i to jest jednym z najciekawszych zabiegów w historii Slipknota. Do tego doszła wg mnie najlepsza piosenka tego roku – „Unsainted”, która emanuje energicznością i tajemniczością. A są to moje ulubione cechy kawałków tego zespołu. Szósty album studyjny Amerykanów podkreślił ich niezwykle ważną pozycję na rynku muzycznym i udowodnił, że świeże pomysły dalej przychodzą im do głów (a jest ich aż 9).

Okładka płyty We Are Not Your Kind zespołu Slipknot
Slipknot – We Are Not Your Kind, 2019

Hammerfall „Dominion”

Power metal w tym roku dostarczył mi wielu przeżyć: zarówno negatywnych i pozytywnych. Najjaśniejszym punktem nowych tego podgatunku jest zdecydowanie Hammerfall i ich nowy album pt. „Dominion”, który jest pełny świetnych riffów, chwytających za serce ballad oraz popisów wokalnych lidera formacji.

Przed pierwszym przesłuchaniem nie spodziewałem się jednak, że ten krążek aż tak bardzo mi się spodoba. Szwedzi z Hammerfall po prostu pokazali klasę. Udowodnili, że nawet po 26 latach aktywnej działalności scenicznej dalej można wydać płytę, która zaskoczy publiczność.

Na „Dominion” najbardziej mnie zachwyciły ballady – „Second to one” oraz „And yet I smile”. Te kawałki mają niezwykłą moc, którą bez dwóch zdań można porównać do tej w „November Rain” Guns N’ Roses.

Grupa wystąpi już 18 i 19 lutego 2020 w Warszawie i Krakowie – zapowiadają się interesujące wydarzenia dla fanów porządnego power metalu. Chociaż nie tylko, ponieważ „Dominion” to hołd dla starego dobrego metalu. Twórcy nie zapomnieli o motywach thrashowych oraz blackowych, które również można znaleźć na longplay’u. Natomiast teledysk do „(We Make) Sweden Rock” to piękny ukłon w stronę wszystkich tych, którzy współtworzyli szwedzki metal i rock.

HammerFall - Dominion, 2019
HammerFall – Dominion, 2019

LINDEMANN „F & M”

Najnowsza płyta Rammsteina trochę mnie rozczarowała i w sumie wątpiłem, że Till Lindemann wyda jeszcze coś ciekawego w najbliższym czasie. Zwłaszcza, że pierwszy album LINDEMANN nie przypadł mi do gustu. Jednak singiel pt. „Knebel” zmienił wszystko. Piosenka jest po prostu genialna i czuć styl i nieprzewidywalność wokalisty R+.

„F & M” składa się z wielu wspaniałych kompozycji o przeróżnej tematyce. Znajdują się tutaj piosenki nieco depresyjne, ale również można znaleźć kawałek o kondomach. Till i Peter Tägtgren nie zawiedli również w kwestii teledysków. Wideoklip do „Knebel” to wciągający, ale nieco niepokojący obraz. Idealnie pasuje do przekazu piosenki i dodaje jej tajemniczości.

Podczas słuchania „F & M” Till zabiera nas na podróż po różnych gatunkach muzyki. Jest tutaj moment przypominający disco, a następnym kawałku już wokalista zaprasza nas do tanga. Drugie wydawnictwo projektu LINDEMANN okazało się zaskakującym i wciągającym dziełem, do którego będę wracać.

Lindemann FM 2019
Lindemann – F&M, 2019

W 2019 również przypadły mi do gustu płyty:

  • Faust „Wspólnota Brudnych Sumień” – muzycy odnieśli się do niezwykle trudnego tematu – pedofilii w kościele. Wybrnęli z tego zadania nadzwyczaj dobrze i wydali bardzo ciekawy album, który roi się od oryginalnych riffów.
  • Materia „The Rising” – odważny krok w dyskografii Materii. Główną zaletą płyty jest różnorodność, ponieważ muzycy sięgnęli do różnych styli rockowych i metalowych. Przeskakują od death metalu po hard rock. Jak robią to dobrze, to jak najbardziej popieram.
  • Devin Townsend „Empath” – mistrz progresywnej muzyki znowu zaczarował mnie swoimi tajemniczymi dźwiękami. Mam nadzieję, że odczuję to samo po przyszłorocznym koncercie na Mystic Festival w Krakowie.

Najgorsze płyty w 2019 roku wg Bartka

Trzeba przejść do tej mniej pozytywnej części podsumowania. Jak co roku, znalazły się płyty, które kompletnie nie przypadły mi do gustu. Jedne mniej, a drugie bardziej.

MR. JACK „Long Road”

Słyszeliście o tej płycie? Ja niestety usłyszałem i wysłuchałem jej w całości, co było nie lada wyzwaniem. Mr. Jack to pseudonim włoskiego multiinstrumentalisty Salvadore’a Vecchiarello. To było moje pierwsze pseudo-muzyczne spotkanie z twórczością tego pana, i zdecydowanie ostatnie. Żadna siła, zarówno czysta i nieczysta, nie zmusi mnie do posłuchania nowej płyty Mr. Jacka.

Jednak dlaczego to wydawnictwo jest aż tak złe? Składa się na to wiele czynników. Pierwszym i najbardziej zauważalnym jest po prostu plagiat. Nie rzucam tutaj słów na wiatr, ponieważ podczas słuchania każdy człowiek zaznajomiony z największymi hitami rocka i metalu rozpozna dźwięku mu dobrze znane.

Największą tragedią na „Long Road” jest zdecydowanie piosenka „One Love”. Tytuł przypomina nam hit U2, niestety nie tylko tytuł go przypomina. Podczas słuchania słyszymy troszkę zmieniony podkład i wokal, który brzmi jak jakieś dziwaczne połączenie śpiewu Bono i Jona Bon Joviego. Czy zdążyłem już wszystkich zniechęcić do słuchania do tego infantylnego dzieła, na które autor bez wątpienia nie miał pomysłu? Dodam jeszcze, że produkcja tutaj jest tragiczna. Zresztą o błędach „Long Road” można by napisać naprawdę długą pracę, ale nie ma sensu tracić tuszu na tak słaby album.

Mr Jack Long Road
Mr. Jack – Long Road, 2019

KAT „Without Looking Back”

Do Kata mam wielki sentyment, w końcu to mój ulubiony polski zespół metalowy obok Turbo. Jednak złota era z Romanem Kostrzewskim za mikrofonem niestety minęła, i nastał czas nowych wokalistów w Kacie. Najpierw tę funkcję przejął Henry Beck, a później Jakub Weigel. I z właśnie tym drugim Piotr Luczyk i spółka nagrali album „Without Looking Back”.

Nie czekałem kompletnie na to dzieło, ale jednak pojawiło się na tej liście, więc miałem okazję go wysłuchać. Powiem szczerze, że brzmi całkiem nieźle, ale nie na tak utytułowany zespół jak Kat i nie na dzisiejsze czasy.

Ta płyta spodobałaby się krytykom i słuchaczom, ale jakieś 50 lat temu, kiedy hard rock przeżywał największy rozwój. Gdyby ktoś nagle puściłby mi jakikolwiek kawałek z „Without Looking Back” pewnie nie potrafiłbym powiedzieć nawet kto go wykonuje. Piosenki kompletnie nie trzymają się głowy i kompletnie brakuje różnorodności. Niedawno na mediach społecznościowych Kata pojawiła się informacja o nagrywaniu przez nich nowego materiału. Niestety był to jeden ze smutniejszych newsów tamtego dnia, ale kibicuję im, żeby nowe wydawnictwo miało ręce i nogi, a nie tylko pół palca.

Okładka płyty Without Looking Back zespołu Kat
Kat – Without Looking Back, 2019

IN FLAMES „I, The Mask”

Miałem okazję recenzować ten album, który nie za bardzo przypadł mi do gustu. Kiedyś Szwedzi grali porządny melodic death metal, a teraz zeszło to kompletnie na psy. Przyznam, że kilka utworów zapadło mi w pamięć i nawet do nich czasami wracam!

„I Am Above” i „(This is Our) House” to chwytliwe, proste w swej budowie i przekazie kawałki, ale nawet miło ich się słucha. Niestety reszta rzeczy tutaj kompletnie nie zagrała. Wokal Andersa okazał się miałki, nie mogłem uwierzyć, że muzyk, którego bardzo podziwiam za wcześniejsze dzieła In Flames, teraz śpiewa tak… miałko.

Ich nowe wydawnictwa są nie do poznania względem klasycznych „Whoracle” czy „Colony”. Tamte wydawnictwa miały klimat, którego zdecydowanie zabrakło na „I, The Mask”. Do tego dochodzi do kiepska okładka, która bardziej przypomina oprawę jakiegoś słabego animowanego horroru. Widocznie starzy dobrzy członkowie In Flames schowali się za tytułową maską i już nie potrafią stworzyć oryginalnej muzyki, która porwie tłumy.

Z drugiej strony, jest to o wiele lżejszy album od poprzedników i pewnie znalazł grono odbiorców, którzy niekoniecznie szukali czegoś na miarę „Colony” i innych świetnych dzieł w dyskografii In Flames.

In Flames - I, The Mask - 2019
In Flames – I, The Mask – 2019

W dodatku w tym roku rozczarowali mnie:

  • Slayer “The Repentless Killogy (Live at the Forum in Inglewood, CA)” – produkcja tej płyty to po prostu koszmar, i to taki, który wraca. Lubię Slayera, a thrash metal to chyba mój ulubiony podgatunek, ale tutaj wokal Toma brzmi, jakbyśmy słuchali go z zepsutego gramofonu. Możliwe, że ostatnia płyta zespołu jest jednocześnie największym rozczarowaniem w ich historii.
  • Sabaton „The Great War” – temat ciekawy, a wykonanie już niekoniecznie. Sabaton skopiował praktycznie muzykę z „The Last Stand” i pozmieniał słowa w piosenkach. Tyle w temacie.
  • Steel Panther „Heavy Metal Rules” – lubię komediowy rock i metal, ale bez przesady. Piosenki o wielkiej chęci onaniz*wania się nie trafiły w moje gusta. Jedynym miłym aspektem jest utwór „Always Gonna Be a Ho”, którego nawet miło się słucha.

Wstęp Szymona

O ile w 2018 roku wyszło naprawdę wiele płyt, które zostały ze mną na dłużej i chętnie słucham ich do dziś, o tyle w 2019 urodzaj był zdecydowanie mniejszy. Dla mnie ten rok upłynął przede wszystkim pod znakiem dobrych średniaków, których słuchałem sobie z przyjemnością w okolicy ich premiery, ale z czasem dawałem sobie z nimi spokój. Tak było z Amon Amarth, Sacred Reich, Death Angel i kilkoma innymi.

Jeśli już coś przyciągało moją uwagę na dłużej, najczęściej trudno było to jednoznacznie sklasyfikować jako krwisty i brutalny metal, a raczej muzyka, która czerpie i nawiązuje do tego gatunku – w zestawieniu moich ulubionych płyt 2019 roku są aż dwa takie krążki.

Żeby jednak nie było, że jestem totalną p1zdeczką i słucham tylko jakiegoś łagodnego vegepitolenia na gitarkach, które tylko udaje metal, było też kilka krążków, które nie brały jeńców i zadowolić powinny najbardziej zatwardziałych metalowców. Lecimy z listą trzech ulubionych i kilku wartych wspomnienia. Potem najgorsze płyty i rozczarowania.

Najciekawsze płyty w 2019 roku wg Szymona

Idle Hands – Mana

Pierwszy kontakt z tą muzyką był nieprzyjemny. Koleś śpiewa jakimś takim wysilonym barytonem, riffy niby są, ale ciężaru nie niosą ze sobą żadnego – ogólnie wyrób metalopodobny. Na szczęście tylko pozornie.

Debiutancki krążek Idle Hands to miks rock’n’rollowej zadziorności lat 80., lekko gotyckiego klimatu i niesamowicie przebojowych kompozycji. Naprawdę – trudno się od nich oderwać. Wbijają się w mózg i ani się człowiek obejrzy, a podśpiewuje je sobie radośnie na spacerze z psem czy pod prysznicem. Płyta po prostu sama się słucha.

Produkcja albumu jest specyficzna – dość ciepła, łagodna, mało metalowa, ale na swój sposób łączy zadziorność z luzackim, wręcz łobuzerskim klimatem. Dość podniosły wokal nadaje całej twórczości zespołu swoistej elegancji. Gdzieś tam czają się też świetne, ostre riffy, podwójna stopa i niezłe solówki, czyli to, co metalowe tygryski lubią najbardziej.

Całość jest – owszem – trochę kiczowata, ale na pewno nietandetna. To dla mnie zdecydowanie najciekawszy debiut 2019 roku i wprost nie mogę doczekać się występu Idle Hands w Polsce – na Metalmanii 2020.

Okładka płyty Mana zespołu Idle Hands
Idle Hands – Mana, 2019

Soen – Lotus

Na nową płytę Lotus czekałem z duży zaciekawieniem. Wydany w 2017 roku album „Lykaia” był w moim odczuci pierwszym, na którym zespół zaprezentował swój styl w pełni – nikogo nie udawał, nie chciał się nikomu przypodobać, ani sprostać oczekiwaniom przydomku „Nowy Tool”. Byłem przekonany, że zrzucone kajdany dadzą świetny efekt na kolejnej płycie. Nie myliłem się.

O zespole Soen mówi się, że grają metal progresywny, ale na albumie „Lotus” zakres stylistyczny jest o wiele szerszy. Owszem nie brakuje świetnych i ciężkich riffów, ale muzycy nie obawiają się też pięknych i lirycznych ballad, a inspiracje, które można usłyszeć na krążku, wykraczają daleko poza metalowy światek.

Wielką siłą muzyki Soen jest prostota – z jednej strony autorzy posiadają naprawdę wybitne umiejętności obsługi instrumentów, z drugiej natomiast indywidualny popis nigdy nie jest dla nich ważniejszy. Wspomniana już progresywność muzyki odnosi się raczej do swobodnego żonglowania nastrojami i emocjami, a niekoniecznie chęcią upchnięcia w jednym numerze, jak największej liczby zmiany metrum.

Soen na albumie „Lotus” bez wątpienia znalazł swoją drogę i ja bardzo chętnie będę nią razem z zespołem podążał.

Soen - Lotus, 2019
Soen – Lotus, 2019

Possessed – Revelation of Oblivion

W końcu coś z ciężkiej kategorii wagowej. Possessed nagrywa pierwszą od ponad 30 lat płytę studyjną i już to jest zdecydowanie faktem wartym odnotowania. Jednak krążek w tym zestawieniu nie znajduje się jedynie jako ciekawostka czy dziwadło. Wręcz przeciwnie – Jeff Beccera i spółka nagrali płytę, której właściwie nikt się po nich nie spodziewał.

„Revelation of Oblivion” jest przede wszystkim ukłonem w stronę oldschoolowego death/thrash metalu. Muzycy nie bawią się w różnorodność, dawkowanie emocji – jest ordynarnie i dosadnie od samego początku do ostatniej nutki.

Z drugiej strony krążek nagrany jest zgodnie z kanonami współczesnego grania – brzmi świetnie, tłusto i mięsiście. Wspaniale wypada wokal Beccery – nie sili się on na growl w całym tego słowa znaczeniu, ale jego krzyk z pewnością potrafi obudzić samego diabła.

Płyta jest też prawdziwą kopalnią świetnych riffów. Nie ma tutaj drogi na skróty, czyli wymyślenia jednego, dwóch motywów i próbowania dociągnięcia jakoś do końca kompozycji. Wręcz przeciwnie – numery są różnorodne (na death metalową modłę, rzecz jasna) i aż kipią od ciekawych pomysłów.

Po takim albumie nie wyobrażam sobie czekać na następcę „Revelation of Oblivion” kolejnych 30 lat. Dawać mi to natychmiast!

Possessed - Revelatons Of Oblivion, 2019
Possessed – Revelatons Of Oblivion, 2019

Warte wspomnienia:

Wśród albumów, które wzbudziły moje zainteresowanie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że na pewno zapamiętam jest z 2019 roku, są:

  • Mgła “Age of Excuse” – Czy trzeba coś dodawać? Polski black metalowy towar eksportowy, zespół, który nigdy nie zawodzi, no i kolejna wspaniała okładka Zbigniewa Bielaka. Klasa sama w sobie.
  • Metallica “Helping Hands… Live Acoustic At The Masonic” – No trudno, przyznam się – od zawsze mam wielką słabość do Metalliki. Ten nietypowy, bo akustyczny album koncertowy znalazł się na tej liście, bo zrobiłem rachunek sumienia oraz… sprawdziłem statystyki Spotify. Wyszło mi, że słuchałem tego albumu naprawdę sporo, a akustyczne wersje „The Unforgiven” oraz „Bleeding Me” wciąż powodują u mnie ciarki na plecach.
  • Slipknot – “We Are Not Your Kind” – Jak już lecimy z komerchą to dam też tutaj ostatnia płytę Slipknota. Brzmi fantastycznie, jest różnorodna, a Corey Taylor wspina się na szczyt swoich możliwości wokalnych, pokazując kolejne wcielenia. Riff z „Nero Forte” wciąż wgniata w fotel, a „Birth of the Cruel” miażdży niepokojącym klimatem.

Najgorsze płyty w 2019 roku wg Szymona

W 2019 roku mamy prawdziwą klęskę urodzaju, jeśli chodzi o rozczarowania. Albumów, po których spodziewałem się sporo, a okazały się co najwyżej średniej, było całe mnóstwo. Niektóre zbyt mocno nadmuchane balony oczekiwań pękały z hukiem (patrz: Tool) z innych powietrze schodziło powoli (ostatnia płyta Opeth). Były też takie, po których nie spodziewałem się za wiele, ale i tak to, co otrzymałem, okazało się sporym zawodem. Nie ma się co roztkliwiać – lecimy z listą.

Tool  “Fear Inoculum”

Kościół pod wezwaniem Świętego Toola wciąż ma wielu gorliwych wyznawców, uważających, że najnowsza płyta progmetalowych bogów to dzieło, którego nie jesteśmy godni słuchać, a nasze plugawe jestestwa powinny kwiczeć z zachwytu, że nam na to pozwolono.

Fanatyzm jest mi jednak obcy, a najnowszy album Toola to dla mnie wydmuszka – forma bez treści. Muzycy całkowicie zatracili się w komponowaniu, a album, który nam zaserwowali, brzmi bardziej jak zbiór pomysłów niż gotowa płyta. Trudno się tego słucha – nie dlatego, że jest to muzyka ciężka w odbiorze, ale dlatego, że jest wtórna, powtarzalna, niczym nie zaskakuje i trwa w nieskończoność.

Próbowałem podchodzić do „Fear Inoculum” na różne sposoby – słuchałem w skupieniu, słuchałem na luzie, w słuchawkach, na spacerze z psem, w samochodzie. Naprawdę żadnemu albumowi nie dawałem tyle szans – łudziłem się, że może w końcu zaskoczy, może przemówi do mnie głos, który powie: „Właśnie słuchacz wybitnego dzieła, chamie!”. Nic takiego nie nastąpiło.

Gwoździem do trumny okazała się jedyna dostępna fizyczna wersja „Fear Inoculum” – z jakimś ekranem, USB, duperelami i błyskotkami. Za chyba 400 złotych. Nawet dostałem propozycję na maila, żeby sobie na raty kupić. Wypuszczenie na rynek takiej wersji płyty jako podstawowej to dla mnie ostateczny dowód na całkowitą próżność i bufonadę Toola.

Okładka płyty Fear Inoculum
Tool – Fear Inoculum, 2019

Slayer  “The Repentless Killogy (Live at the Forum in Inglewood, CA)”

No bardzo śmieszne Slayerze, wypuszczasz album koncertowy, który brzmi, jakby był nagrany kalkulatorem i mówisz nam, że w taki sposób, żegnasz się ze swoimi fanami?! How dare you?! – zapytam, cytując Gretę Thunberg.

Sam nie wiem, czy ta fatalna jakość brzmienia to wypadek przy pracy, czy może celowy zabieg, który ma zakamuflować słabą formę zespołu, zwłaszcza Toma, który chyba o mało co nie wykitował na scenie, bo w jego wokalu nie ma za grosz mocy.

Wielka szkoda, że ta płyta wyszła, jak wyszła, bo po pierwsze Slayer na żywo miażdży – jest potężny i dziki. Na tym krążku co najwyżej popierduje sobie cichutko. Po drugie niezwykle rzadko wydaje albumy koncertowe. W zasadzie to zaledwie drugi pełnowymiarowy krążek live w dorobku Slayera (tak, wiem o “The Big 4” oraz “Live Undead” – celowo nie wliczam ich do tej kategorii).

Tym bardziej zespół mógł się do tego przyłożyć i zaserwować fanom coś specjalnego – nie tylko zdecydowanie lepsze brzmienie, ale również nieco inną setlistę, bo ta, która jest na albumie to w zasadzie to samo, co zespół gra od kilku lat, usilnie promując płytę “Repentless”, zamiast zagrać kilka mniej oczywistych numerów.

Slayera zdecydowanie lepiej zapamiętam z filmiku, który nagrałem sobie komórką na koncercie w Łodzi, niż z tej całkowicie nieudanej płyty live. Brzmi podobnie.

Okładka płyty The Repentless Killogy zespołu Slayer
Slayer – The Repentless Killogy, 2019

Kat “Without Looking Back”

Niczego się po tej płycie nie spodziewałem, a i tak jestem rozczarowany. Hard rock dla tatusiów – bez jaj, bez mocy, bez pomysłu. Gdzie jest zespół, który wytyczał szlaki wszystkim plugawym polskim kapelom? Gdzie jest diabeł, siarka i pożoga? Przecież „Without Looking Back” można puścić na rodzinnym obiedzie i nawet babci nie będzie przeszkadzać.

Nie chce mi się za dużo pisać – płyta absolutnie przeciętna, bezbarwna, nijaka. Do odegrania na żywo na dniach miasta ewentualnie jakimś festynie.

Okładka płyty Without Looking Back zespołu Kat
Kat – Without Looking Back, 2019

W grafice z nagłówka wykorzystano okładkę płyty “Age Of Excuse” zespołu Mgła, którą wykonał Zbigniew M. Bielak

Podobne artykuły

26 lat temu ukazał się album „Vulgar Display of Power” zespołu Pantera

Szymon Grzybowski

🔥 Max i Igor Cavalera próbują ożywić ducha Sepultury – koncert w Polsce

Szymon Grzybowski

Przekroczyć kolejną granicę – 25 rocznica wydania „Far Beyond Driven” Pantery

Szymon Grzybowski

Poważny wypadek The Dillinger Escape Plan w Polsce

Tomasz Koza

48 lat temu ukazał się debiutancki album Black Sabbath

Szymon Grzybowski

Sabaton i Akira Yamaoka tworzą nową ścieżkę dźwiękową i efekty do World of Tanks

Tomasz Koza

7 komentarzy

Michał 30 grudnia 2019 at 16:26

Na mnie największe wrażenie w tym roku zrobił album Wraith – Absolute Power. Nie przestaję go słuchać. Pozdrawiam.

Odpowiedz
Balans 30 grudnia 2019 at 17:16

Zupełnie nie zgadzam się co do najnowszego albumu zespołu Tool bo jest to dla mnie płyta roku. I nie chodzi tu o jakąś fanatycznosc, myślę że odbiór tej płyty na świecie miażdży opinie szanownych recenzentów którzy w plusach piszą że jest rozbudowana a w minusach że za długa. To nie jest płyta która można recenzowac po 5 przesluchaniach. Ta płyta wymagała od muzyków zaangażowania w budowę kompozycji a od słuchaczy wymaga poswiecenia jej dużo czasu i chyba większość słuchaczy będących na nie nie może jej tego wybaczyć.

Odpowiedz
Karolina 30 grudnia 2019 at 19:16

Shadow of intent – “Melancholy” dla mnie najlepsza płyta roku (i nie tylko roku)

Odpowiedz
Paweł 31 grudnia 2019 at 08:33

Lubię, czytać te wszystkie recenzje muzykoznafcuw co tylko umieją krytykować i się na muzyce znają. Dla mnie i tak najlepszym krążkiem thrash owym będzie MAOT violent force, wzór niedościgniony, polecam

Odpowiedz
Piotrek 31 grudnia 2019 at 12:04

Witam
Z Toolem jest jak ze Słowackim u Gombrowicza: jest wielkim zespołem i ma zachwycać nawet jeśli nie zachwyca….

Odpowiedz
Piotr 2 stycznia 2020 at 19:08

Insomnium – Heart Like a Grave, Swallow the Sun – When a Shadow is forced into the light, Killswitch Engage – Atonement

nawet nie wspomniane przez nikogo

Odpowiedz
Tomasz Koza 2 stycznia 2020 at 19:49

No przecież wspomniałeś. 😉

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!